Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

MILLION DOLLAR RELOAD - Anthems Of A Degeneration [2009]
Wydawca: Lime Records / Bulletproof 20/20 Records / Koch Records

  1. Get It Up
  2. Livin' In The City
  3. Goodnight New York
  4. Give It All
  5. Degeneration
  6. International Anthem
  7. The Last Icon
  8. Inspermental
  9. Tattoos And Dirty Girls
  10. Superslave
  11. Dead Like You (Freeloader)
  12. Fire Your Guns
  13. Cold Hard Day
  14. You Can't Stop Me From Flying
  15. Travel
Anthems Of A Degeneration

Skład: Phil Conalane - śpiew, pianino; B.A.M. - gitary, chórki; Andy Mack - gitary, chórki; Kie McMurray - gitara basowa, chórki, Davy Cassa - perkusja i instrumenty perkusyjne, chórki

Produkcja: Neal Calderwood

Irlandia Północna to w ostatnich latach istna wylęgarnia młodych, dobrych, (hard)rockowych zespołów. Ostatnio na fali jest chociażby The Answer, ale coraz głośniej robi się też o ich rodakach z Million Dollar Reload. Grupa brzmieniowo i stylistycznie czerpie garściami z klasycznego hard rocka lat '70, ale i nie unika melodyki charakterystycznej dla lat późniejszych.

Kwintet pochodzi z Belfastu, a jego początki sięgają gdzieś okolic roku 2005, kiedy to wydana została króciutka, trzyutworowa EP-ka o nazwie tożsamej z szyldem formacji. Właściwym debiutem było wydane dwa lata później Anthems Of A Degeneration (z tego co wiem, tylko lokalnie), które w 2009 r. zdecydowała się wypuścić na szersze, światowe wody wytwórnia Lime Records. W międzyczasie muzycy zdobywali szlify grając na żywo - występowali m. in. u boku Gilby'ego Clarke'a, Alice Coopera i Adler's Appetite. Graną przez chłopaków muzykę określiłbym jako udany miks wielu elementów charakterystycznych dla AC/DC, Led Zeppelin, Aerosmith, The Cult, The Black Crowes i Guns N' Roses, jeśli chodzi o starych wyjadaczy, lub porównał do muzyki granej przez The Last Vegas, Buckcherry, Young Heart Attack, The Mooney Suzuki i The Answer. Na pewno jest to kontynuacja rock'n'rollowej tradycji w czystej postaci. Dobrym przykładem tego może być już pierwszy w zestawie kawałek Get It Up, gdzie pobrzmiewają echa Aerosmith i AC/DC, z tym że przy tym zatroszczono się o dobre studyjne brzmienie. Ktoś może powiedzieć, że w muzyce rockowej jest to mało istotne, ale dla mnie takie detale mają znaczenie. Tak więc mamy świetny rocker, a po nim nie mniej energetyczny numer Livin' In The City. Ścieżka opiera sie na prostych riffach, lecz zagranych z odpowiednim czuciem i "pałerem". Stopy aż rwą się, by przytupywać w rytm nagrania, a głowa, by się kiwać. Aż chciałoby się mieć teraz długie włosy i zrobić z nich odpowiedni użytek... Goodnight New York to też rock'n'roll pełną parą. I kto powiedział, że rock umarł? Nie umarł i ma się bardzo dobrze, tyle tylko, że egzystuje poza głównymi nurtami medió. Już nie tak imponującą kompozycją jest Give It All, zabrakło w niej dobrego pomysłu na miarę wcześniejszych utworów, choć to nadal poprawnie zagrany numer. Po paru browarach można nawet zapomnieć, że słyszało się już takich setki. Lepiej jest z Degeneration, tutaj ekipa pozwoliła sobie na podryfowanie gdzieś w klimaty Guns N' Roses i L.A. Guns. Zresztą pośród tych nut odnaleźć można wiele podobieństw i do innych sleaze rockowych formacji. Interesujący jest numer o tytule International Anthem, gdzie grupa pożeniła ze sobą elementy różnych odmian muzyki rockowej. Na tle tej całkiem skocznej ścieżki znajdzie się coś z punka, AOR-u, modern rocka i klasycznego rock'n'rolla (Buckcherry, plus Gunsi, plus AC/DC). Klimaty zmieniają sie kompletnie w The Last Icon, gdzie spora część nagrania podpada niemal pod balladę. Trochę tu southern rocka, trochę nashville'owego country, ale głos wokalisty mimo łagodnego początku wciąż zachowuje tę specyficzną zadziorność w barwie. Pewną ciekawostką na wydawnictwie jest króciutki, instrumentalny numer, przewrotnie zatytułowany Inspermental. Do typowego, rockowego instrumentarium dodano seksownie brzmiące głosy kobiet (wydawanych podczas stosunku, albo przynajmniej dobrze udawanych). Fajnie się tego słucha. Tytuł Tattoos And Dirty Girls mówi sam za siebie, to utwór, obok którego fani sleaze rocka nie mogą przejść obojętnie. Wypada znakomicie lecąc z płyty, a na koncertach musi to być zapewne prawdziwy dynamit. W sumie jedna z moich ulubionych pozycji na krążku. Rewelacyjnie zaczyna się Superslave, a dalej to już bywa z nim różnie. Jest w nim kilka porządnie zmajstrowanych momentów, w tym i refren, są i fragmenty nieco słabsze, wliczając w to niezbyt pasującą do reszty solówkę. Ale na takie rzeczy po kilku przesłuchaniach nie zwraca się już uwagi, bo numer jest pełen energii i nogi same rwą się do tupania w posadzkę. Najszybszym w secie kawałkiem jest Dead Like You (Freeloader), bazujący, a jakże, na rock'n'rollu. Tutaj cała ścieżka jest składna i dopracowana, a zmyślna solówka dopełnia jeszcze dzieła zniszczenia. Słuchając Fire Your Guns nie trudno odgadnąć, że Irlandczyków inspirowali Australijczycy z AC/DC. Nawet w głosie Phila słychać manierę wokalną Bona Scotta, ale zarazem jest w nim też coś z Joe Elliotta z Def Leppard. Również miód-malina-orzeszki i dlatego uważam ten kawałek za jeden z najlepszych na płycie. Po takiej torpedzie Cold Hard Day nie miało łatwo i to naturalne, że wydaje się być kompozycją słabszą. Slabszą, co nie znaczy, że znacznie gorszą. Podobają mi się tutaj te momenty, gdzie grupa próbuje podchodzić pod stylistykę southern rockową. Chłopaki grają dość ostro i myślę, że ich koledzy z Black Stone Cherry mogliby im tych południowych nut pogratulować. Nieco southernowego grania pożenionego z szybkim rock'n'rollem mamy w You Can't Stop Me From Flying. Wokalista wydziera się w niebogłosy, czego efektem jest wchodzenie w falset - jak słychać, nawet Dizzy z Britny Fox może doczekać się swego naśladowcy. Płytę kończy porządna ballada Travel, w którą muzycy włożyli sporo uczucia, dzięki czemu nie jest to typowo komercyjna pościelówa sklecona naprędce dla szmalu. Co zadziwiające, kapela doskonale sprawdza się i w balladach i w żywiołowych rockerach.

Na bądź co bądź dosyć długim krążku znalazło się wprawdzie kilka słabszych kompozycji, ale nawet je ciężko byłoby nazwać wypełniaczami. Album wyrównany, z dużą dawką pozytywnej energii i z pewnością jest jednym z najlepszych wydawnictw roku 2009, nawet jeśli to tylko jego ponowna edycja. W recenzji padało wiele nazw zespołów, z których grupa pożyczyła to i owo, jeśli lubisz którykolwiek z nich, sięgaj śmiało po Anthems Of A Degeneration.

Oficjalna strona zespołu: www.milliondollarreload.com
Oficjalna srtrona zespołu na MySpace: www.myspace.com/milliondollarreload

Guitarrizer
styczeń 2010