Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

METALLICA - Master Of Puppets [1986]
Wydawca: Elektra / WEA / Music For Nations / Universal / Mercury / SMJI / Phonogram / Sony

  1. Battery
  2. Master Of Puppets
  3. The Thing That Should Not Be
  4. Welcome Home (Sanitarium)
  5. Disposable Heroes
  6. Leper Messiah
  7. Orion
  8. Damage, Inc.
Master Of Puppets

Skład: James Hetfield - śpiew, gitara rytmiczna; Kirk Hammett - gitara prowadząca; Clifford Burton - gitara basowa, chórki; Lars Ulrich - perkusja

Produkcja: Metallica i Flemming Rasmussen

Kiedyś w odległych latach '80 usłyszałem u kolegi zespół, który dawał znacznie większego czadu niż to, czego wówczas słuchałem. Mimo że było to raczej agresywne i ciężkie, bez trudu wyłapywałem melodie i szybko stałem się zwolennikiem tej grupy. Mowa o Metallice, najbardziej znanym thrashowym zespole wszechczasów. Master Of Puppets to jak biblia dla fana wszelakiego metalu. Ciężko mi też pisać recenzję tej płyty na chłodno, bo choć minęło tyle lat, chociaż dawno starciłem zainteresowanie tym zespołem po ostatnich raczej miernej jakości pozycjach, wciąż mam ogromny sentyment do pierwszej thrashowej płyty, jaką usłyszałem.

Zerkając na okładkę i słuchając pierwszych dźwięków Battery mam wrażenie, że odbywa się jakieś misterium. Że to wstęp do czegoś podniosłego i monumentalnego. Po części jest to faktem, bo zaskoczeń na albumie jest wiele, niemniej jednak po spokojnym wstępie zaczyna się konkretne thrashowe młócenie. Tym, co od razu mnie przekonało do zespołu, to umiejętność połączenia potężnego metalu z bardzo melodyjnymi solówkami i zagrywkami, które pojawiają się już w tym pierwszym utworze. Słychać wyraźnie, gdzie lekcje pobierał Kirk Hammett, a nie były to lekcje przy dźwiękach Sex Pistols. Jego solówki najbardziej kojarzą się ze starą szkołą hard rocka i zespołami pokroju UFO (co zresztą sam przyznawał), z tym że zagrane są na nieco inaczej nastawionym sprzęcie. Sporo tutaj efektów typu wah-wah, podrasowanych flangerem tu i ówdzie. Mnie to pasuje, zwłaszcza że po prostu brzmi dobrze. Dalej mamy utwór tytułowy. Ponad 8 minut różnych klimatów i jakby zapowiedź tego, co Metallica zaprezentuje na następnym krążku. Bardzo podoba mi się nastrojowa wstawka w środku tego kawałka, zagrana bardzo precyzyjnie i w sumie wprowadzjąca trochę ciepła i relaksu do tego thrashowego wymiatania. Myślę, że i fani melodyjnych odmian rocka mogą cmoknąć z zachwytu. Grobowy głos Hetfielda najlepiej sprawdza się w kolejnym na płycie The Thing That Should Not Be. To raczej wolny i ciężki numer. Jest w nim mniej melodii, ale jest coś, co przykuwa uwagę. Inna sprawa, że takie właśnie numery stały u podłoża powstania dekadę później nu-metalu. Może rzecz jest w prostocie tego kawałka, trzeba jednak przyznać, że Metallica zrobiła to z klasą. Na pozycji numer 4 mamy coś, co można nazwać balladą. Welcome Home to absolutny klasyk gatunku i kawałek przy którym nawet wrogowie thrashu przystają z uwagą, bo ciężko nie zachwycać się tymi wspaniałymi zdubbingowanymi solowymi partiami gitar. Nadają one tym ciężkim riffom koloryt i zdecydowanie odróżniają zespół od innych thrashowych herosów. Oczywiście ten numer to taki odpowiednik Fade To Black z płyty poprzedniej. Nawet pozycja na płycie się zgadza ;). W tym kawałku pojawia się też muzyczny cytat z Tom Sawyer Rush, co sprawne ucho wychwyci, o ile zna kanadyjską grupę. Solówki kończące kawałek dają nam z kolei pojęcie, gdzie zęby zatapiała Metallica, a zatapiała je w 22 Acacia Avenue Iron Maiden. Podobne podejście i generalnie poszanowanie dla klasyki hard rocka. Przyszedł czas na kolejnego kloca, Disposable Heroes, ponad 8 minut thrashu w dość oryginalnym stylu. Kawałek ma już konstrukcję numerów poźniejszych i to chyba nie przypadek był, że Metallica nagrała dwa lata później dłuższą płytę. Mimo że trwa to sobie w najlepsze, nie nuży ani przez chwilę. Leper Messiah ma coś z kawałka The Thing That Should Not Be, ale jest bardziej żywiołowy. Zespół punktuje tutaj równo w średnim tempie. Nie za długo na szczęście. No i czas na opus magnum krążka. Orion to istny kosmos;). Przy tym numerze warto zatrzymać się na dłużej. To instrumentalny kawałek i uważam, że żaden thrashowy, ba żaden metalowy zespół nie mógł się równać z Metallicą, jeśli chodzi o instrumentalne utwory. Orion> jest długi i Orion jest piękny. Orion zawiera liczne przyjemne dla ucha solówki, ale Orion ma też coś więcej. Pojawia się tutaj rytmiczna partia w takt walca. Coś, co naprawdę mnie zaskoczyło, ale później, bo kiedy odkrywałem to granie, nie zwracałem na to uwagi. Kiedy zdałem sobie sprawę, że Metallica bawi się w walce... ;) Tak czy owak to zasługa Cliffa Burtona i partii, która wraz z Ulrichem wygrywa. Na tym tle gitarzyści czarują sobie ciekawe melodyjki. W ogóle solówki tutaj palce lizać. To musi być wielki utwór, bo ja z reguły za instrumentalami nie przepadam, a jeśli wskazuję Orion jako faworyta na albumie... Oczywiście ten numer to jakby odpowiednik The Call Of Ktulu z płyty poprzedniej. I myślę, że tak skonstruowane jest Master Of Puppets. Podobne jak album poprzedni, tylko kawałki są już trochę dłuższe. Damage Inc. zamyka całość. Zamyka ostrym thrashowym wymiataniem. Trochę jak Battery, ale zabrakło mi tutaj tych smaczków, jakie pojawiły się w pierwszym utworze.

Master Of Puppets to lekcja obowiązkowa, lekcja do odrobienia nie tyle przez fanów thrashu, bo oni mają ten album na ołtarzyku, ale lekcja do odrobienia dla każdego fana metalu. Metallica jak mało który thrashowy zespół potrafiła zagrać na tyle melodyjnie, że mogą spokojnie trafić do fanów klasycznego heavy metalu, a nawet melodyjnych odmian hard rocka. O ile oczywiście kogoś nie uprzedza nazwa zespołu, która w ostatnich latach straciła całkiem swój splendor.

Oficjalna strona zespolu: www.metallica.com

LSDisease
grudzień 2007