Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

METALLICA - Death Magnetic [2008]
Wydawca: Warner Bros. / WEA / Mercury Records / Universal

  1. That Was Just Your Life
  2. The End Of The Line
  3. Broken, Beat & Scarred
  4. The Day That Never Comes
  5. All Nightmare Long
  6. Cyanide
  7. The Unforgiven III
  8. The Judas Kiss
  9. Suicide & Redemption
  10. My Apocalypse
Death Magnetic

Skład: James Hetfield - śpiew, gitara rytmiczna; Kirk Hammett - gitara prowadząca; Robert Trujillo - gitara basowa; Lars Ulrich - perkusja

Produkcja: Rick Rubin

Po 15 latach od zakończenia trasy promującej Czarny Album Metallica de facto przestała istnieć jako zespół grający thrash metal. Pamiętam wielkie rozczarowanie płytą Load i jeszcze większe, kiedy ukazał się następca o bliźniaczym tytule, Reload. Od tego czasu Metallica stała się jedynie maszynką do zarabiania pieniędzy, odwracając się całkiem od swoich starych fanów wygłupiała się z orkiestrą i nagrywała kolejną porcję coverów, z których Whisky In A Jar sprawił, że legendę thrashu zaczęto kojarzyć z zespołem tatuśków grających dla szalonych nastolatek czytujących gazetki pokroju Bravo Girl. Przyglądałem się temu z tym większym niesmakiem, że przecież thrash metal całkiem nie zniknął u schyłku poprzedniej dekady i grały go jeszcze takie zespoły jak Overkill czy Testament, wciąż radząc sobie całkiem nieźle.

Na początku obecnej dekady o Metallice trochę przycichło do momentu ukazania się w 2003 roku albumu St. Anger, który może nie był jakiś lekki, ale fani starej 'Mety' z obrzydzeniem wysłuchiwali pukania w perkusję przypominającego bardziej walenie w jakieś monstrualnych rozmiarów puszki. Nie pomogły same kawałki, których brzmienie było bardziej garażowe niż profesjonalne. Nie wierzyłem, że Metallica odżyje. Postawiłem na nich krzyżyk i kiedy czytałem wypowiedź Kirka Hammetta przed wydaniem Death Magnetic, że, uwaga, na płycie będą solówki, śmiać mi się chciało. Nie wierzyłem, że wrócą do formy... A jednak, zaskoczenie. Pierwszy numer That Was Just Your Life budzi już wielkie nadzieje, gdyż w końcu mamy do czynienia na płycie Metalliki z thrash metalem i to takim, jaki ten zespół prezentował 20 lat temu na ...And Justice For All. Mam tylko małe zastrzeżenia do wokalu, który wyraźnie brzmi 'nowocześnie', czyli po prostu zbyt płasko. W latach '80 dawało się lekki pogłos i to było całe majstrowanie przy wokalach. Brzmiały one naturalnie i głęboko, teraz wysterylizowane, lekko przesterowane brzmią słabo i psują ogólny obraz kompozycji. Oczywiście po paru minutach idzie się do tego przyzwyczaić i nie kole to już tak bardzo w uszy. Podoba mi się, że zespół postanawia wrócić do zakręconych riffów, chociaż czasami gra też prościej jakby nawiązując do stylistyki, jaką proponowało Anthrax na swoim kultowym Persistence Of Time, co akurat dla mnie jest dużym plusem. Drugi utwór to także niezły kloc, a jednak The End Of The Line nie porywa mnie w jakiś szczególny sposób. Długo i generalnie nudno. Warto dodać, że solówki faktycznie są i w tym akurat kawałku Hammett serwuje niezłą kaskadę wspartą już tradycyjnie "kaczuszką". Broken, Beat & Scarred jest nieco krótszy od poprzednika, chociaż trwa i tak ponad 6 minut. Tutaj muszę koniecznie powiedzieć, że płyta składa się niemal wyłącznie z długich kompozycji, wyjątkiem jest 5 minutowy zamykacz albumu. Tymczasem Broken, Beat & Scarred posiada całkiem fajny, wężowaty riff, który był już obecny gdzieś na Czarnym Albumie, tutaj też się sprawdza i muszę powiedzieć, bardzo mi się podoba. Czas więc na utwór numer 4, pierwszy singiel z płyty, The Day That Never Comes. Jest singlem i trwa aż 8 minut, .ale to nieważne. Zaczyna się balladowo i rozwija w podobny sposób jak One z "Justice...", chociaż jak dla mnie stylistyka bardziej zbliżona do The Unforgiven. Co ciekawe, partie perkusji brzmią niemal identycznie jak w To Live Is To Die z ... And Justice For All. To nie koniec niespodzianek. W pewnym momencie słyszę Master Of Puppets, a później jakby cytat z Orion. Wydaje mi się, że ten zabieg był całkowicie zamierzony, podobnie jak sieczka w dalszej części numeru rodem z One, o którym już wcześniej wspomniałem. Pojawia się też świetne solo udawadniające, że Hammett nie wyszedł z wprawy, gra nawet staroświeckim finger hammeringiem w pewnym momencie. Tak, to już Metallica jaką pamiętam sprzed lat, kiedy wukuwali wraz z innymi zespołami gatunek zwany thrash metalem. Niewykluczone, że to najlepsza kompozycja na płycie. Następnie mamy All Nightmare Long, który w pewnym momencie przypomina mi Wherever I May Roam z Czarnego Albumu, ale tak naprawdę Metallica chciała po prostu zrobić coś melodyjnego i myślę, że się udało, bo kawałek jest akurat jednym z najbardziej zapamiętywalnych na krążku. Cyanide też mi pasuje do stylistyki Black Albumu, chociaż gitary o dziwo brzmią momentami jak na Voivod ST. Czyż to nie ironia po tym, jak Jason Newsted, były bassman Metalliki, związał się z tamtym nieistniejącym już niestety zespołem? Cyanide jest oczywiście kawałkiem niezłym, ale nie tak dobrym jak dwa poprzednie. Przychodzi zatem czas na kawałek o jakże znajomym tytule. The Unforgiven III. Wiem, wiem, złośliwości cisną się na usta, nie mniej jednak całkiem zgrabnie udało im się poraz trzeci skonsumować ten numer. Rzecz jasna, nie jest to cover ani pierwszej wersji ani drugiej, chociaż podobieństwa się nasuwają, gdyż podobne tematy melodyczne tu wykorzystano. Jeśli mam jednak wybierać, wolę pierwsze Unforgiven, które nie straciło nic ze swojego pierwotnego uroku. III z tej płyty też mogę posłuchać, ot taki całkiem przyjemny utworek, chociaż słowo utworek do 8 minutowego kloca pasuje jak pięść do nosa. The Judas Kiss to powrót do ostrzejszych klimatów, jak dla mnie numer całkiem przeciętny. Taki zbiór riffów, które na pewno już wcześniej słyszałem w innym wszak układzie. Niepotrzebnie, tym bardziej że Death Magnetic to i tak długi album. Suicide & Redemption... instrumental, jak za starych dobrych czasów chciałoby się rzec. Numer zrobiono w oparciu o stary, sprawdzony szablon kawałka To Live Is To Die, włączając nastrojową partię w środek. Niestety nie jest to ani w połowie tak udane jak utwór z "Justice...". Mimo licznych solówek na pewno nie dorównuje tym klasycznym już instrumentalom. My Apocalypse zamyka nam krążek. Najkrótszy kawałek na płycie. Przypomina mi to pomysł z Dyers Eve, który kończył ... And Justice For All, tym bardziej że to również szybka kompozycja, co liczę na plus. Niestety szybkość jest jedynym atutem tego numeru, nawet solo nie wyszło tak, jak to znakomite z Dyers Eve. Album zatem kończy się mało efektownie i z całą pewnością jest za długi. Nie mniej jednak Metallica bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła.

To z całą pewnością najlepszy krązek od czasu Czarnego Albumu, no i Metallica w końcu gra tutaj thrash. Tym samym muszę stwierdzić, że Metallica to zespół, który kiedyś najbardziej mnie rozczarował ze wszystkich i teraz to zespół, który najbardziej mnie zaskakuje w pozytywnym sensie, gdyż nagrał płytę, jakiej się po nim nie spodziewałem po tylu latach. Po Death Magnetic mogą już spokojnie sięgnąć starzy fani Metalliki, którzy po Load odwrócili się od grupy, ale tych nowych fanów ten krążek również nie powinien rozczarować. Obok tej płyty nie można przejść obojętnie. To jeden z ciekaszych albumów tego roku, jakże wielki powrót.

Oficjalna strona zespołu: www.metallica.com

LSDisease
wrzesień 2008