Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

METALLICA - ...And Justice For All [1988]
Wydawca: Elektra / WEA / Vertigo / Phonogram / Universal / Mercury

  1. Blackened
  2. ... And Justice For All
  3. Eye Of The Beholder
  4. One
  5. The Shortest Straw
  6. Harvester Of Sorrow
  7. The Frayed Ends Of Sanity
  8. To Live Is To Die
  9. Dyers Eve
  10. The Prince [japoński bonus track]
...And Justice For All

Skład: James Hetfield - śpiew, gitara rytmiczna; Kirk Hammett - gitara prowadząca; Jason Newsted - gitara basowa, chórki; Lars Ulrich - perkusja

Produkcja: Metallica i Flemming Rasmussen

Po ogromnym sukcesie komercyjnym, jaki przypadł w udziale albumowi Master Of Puppets, amerykańska megagwiazda thrashu Metallica przystąpiła do kolejnego studyjnego ataku już z basistą Jasonem Newstedem w składzie. Mam ogromny sentyment do tej płyty, bowiem było to jedno z pierwszych wydawnictw z gatunku thrash metalu, jakie usłyszałem i jedno z tych, które na kilka lat zawładnęły moim gustem. Nieliczne znane mi wówczas kapele hard rockowe poszły wtedy w odstawkę, a na moim sprzęcie zagościły ostrzejsze dźwięki. Z hard rockiem oczywiście nie ma płyta nic wspólnego, aczkolwiek na załączonym do książeczki zdjęciu widać, że styliści od włosów również wzięli się i za Metallikę. Do ... And Justice For All mam też inny sentyment, był to bowiem drugi krążek CD, jaki kupiłem (amerykańskie wydanie z Elektry) i mam go po dziś dzień. Nie posiadałem wówczas otwarzacza kompaktów, słuchałem więc tego z kopii na kasecie, do pierwszego odsłuchania CD musiałem poczekać jeszcze prawie 3 lata.

Metallica po "czarnym albumie" wydała kilka płyt, które delikatnie mówiąc były cienkie, co zraziło mnie bardzo do tej grupy. Przez ostatnie lata ich wydawnictwa przeleżały po prostu na mojej półce, aż jakiś czas temu naszło mnie, by je sobie przypomnieć, odswieżyć w pamięci. Okazuje się ponownie, że najlepsze według mnie dzieło zespołu nadal pełne jest ognia i nadal mnie kręci jak niegdyś. Przede wszystkim jawi się jako doskonała studyjna produkcja, zakładam, że to zasługa większego budżetu po sukcesie poprzedniego krążka. Na szczególną uwagę zasługuje to, co Lars zrobił ze swoimi bębnami i to zarówno brzmieniowo jak i kompozycyjnie. Ogromny postęp instrumentalny perkusisty słychać już w otwierającym płytę numerze Blackened. Powolne crescendo gitar, a dalej thrashowa młócka, ale zagrana bardzo technicznie, wręcz wzorcowo. Kawałek wprawdzie traktuje o sprawach ekologicznych, ale ma pewne właściwości "lecznicze", przynajmniej w stosunku do mojej osoby. Kiedyś bolał mnie brzuch, a jak posłuchałem tej piosenki, przestał. Myślalem, że to przypadek, ale innym razem sytuacja się powtórzyła. Muzycznie najbardziej podoba mi się tu zagryweczka około trzeciej minuty, to taki thrash trochę w ówczesnym stylu Sacred Reich, ostro, ciężko, ale melodyjnie. Prawie 10 minutowe dzieło tytułowe można chyba śmiało nazwać progresywnym thrash metalem. ... And Justice For All to utwór rozbudowany, o bardziej skomplikowanej strukturze i traktujący o niesprawiedliwych sądach, bardzo dobrze oddaje go okładka krążka, chyba jedna z najlepszych, jakie widziałem. Tempo jest wolniejsze niż u poprzednika, jeszcze większą rolę odgrywają ścieżki perkusji. Przy okazji nadmienię, że partie basu są na całym albumie słabo słyszalne, grają wiele unison z gitarą rytmiczną, przez co zlewają się z nią w jedną całość. Nie można też nie wspomnieć o solówkach, które we wszystkich numerach są po prostu wyśmienite, sporo różnią się od tych hard rockowych, ale pasują do kompozycji jak ulał, a to jest przecież najważniejsze. "Justice..." to tak skomplikowany numer, iż grupa nie grała go wiele lat na koncertach, toteż tym bardziej warto go odsłuchać z płyty. Wstęp do Eye Of The Beholder był jednym z pierwszych riffów, jakie sam zagrałem na gitarze. Grałem to wtedy nieprawidlowo, ale grunt że zgadzała się rytmika i brzmiało to potężnie. W owym czasie był to mój ulubiony kawałek z krążka, teraz podobają mi się tu absolutnie wszystkie numery, chyba to jedyna płyta spółki Ulricha, która w moim mniemaniu nie ma słabego punktu pod względem kompozycyjnym. Tutaj podoba mi się głównie cała ścieżka prowadząca do solówki i sama solówka (krótka, ale konkretna), oczywiście poza samym riffem początkowym. Warto nadmienić, że Metallica w owym okresie to była ścisła czołówka thrash metalu, niemal wszyscy wówczas kopiowali ją lub Slayera, to były takie niedoścignione wzory. Nadszedł czas na coś spokojniejszego i w tej roli zespół zaserwował nam balladę o tytule One. To chyba jedna z najbardziej znanych kompozycji grupy, miedzy innymi za sprawą teledysku dość często emitowanego na MTV. Piosenka traktuje o żółnierzu pozbawionym przez minę kończyn, mowy i słuchu. Niezdolny do podstawowych czynności życiowych pacjent błaga w myślach opiekunow, by ulżyli mu w cierpieniu i Boga, by zabrał go do siebie. Sposób, w jaki ballada ta zamienia się w ostry thrashowy numer, to po prostu mistrzostwo świata, podobnie jak późniejsze gitarowe solo. Wiele kapel grało covery tej piosenki, niewielu udało się to zagrać tak dobrze, jak Metallice. Niby nieco odmienny stylistycznie wstęp do The Shortest Straw, ale już po chwili bardzo dużo nawiązań gatunkowych do końcówki poprzednika. Kiedy płyta wyszła, ten numer wydawał mi się najmniej ciekawy w zestawie, ale już kilka lat później wiedziałem, że to godny towarzysz reszty pozycji w zestawie, kompozycja bardzo składna. Ma w sobie sporo wspólnego z albumem Master Of Puppets, zwłaszcza z kawałkiem tytułowym, podobna rytmika, podobne rozwiązania melodyczne. Harvester Of Sorrow to również masa sentymentalnych wspomnień, grałem jak by nie było ten balladowy motyw z początku utworu, jak tylko dopadłem nuty z tabulaturami (nut jeszcze wtedy nie znałem). Jaka to wtedy była frajda zagrać coś z repertuaru Metalliki i mieć pewność, że gra się to tak samo jak idole! To ponownie numer bardzo perkusyjny, nic dziwnego, że prym wiedzie Lars. Chyba jest to pierwsza płyta, gdzie Ulrich zaczął używać triggerów dla wzmocnienia brzmienia swoich centralek, na poprzednich krążkach nie brzmiały one tak potężnie jak tutaj. Powrót w rytmy znane z "The Shortest..." nadchodzi wraz z The Frayed Ends Of Sanity. Zaczyna się od rewelacyjnego użycia efektu Wah-Wah, wydaje mi się, że Hammett to jeden z tych gitarzystów, którzy potrafią wykorzystać go w sposób najbardziej wysmakowany. Dalej robi się z tego dość przeciętna thrashowa kompozycja, którą ciągnie głównie Lars i jest tak aż do rozbudowanego motywu zapowiadającego solówkę. Właśnie ta umiejętność budowania napięcia jest tym, co chyba w grze tej formacji podoba mi się najbardziej. Pełny profesjonalizm, ozdobić przeciętny numer takimi perełkami. Skoro już o klejnotach mowa, to niejako standardem od drugiego albumu stało się zamieszczanie utworów instrumentalnych i tutaj takim diamentem jest najdłuższe w zestawie To Live Is To Die. Niemal 10 minut uczty dla zmysłów, ciężko i melodyjnie, gitary akustyczne i przesterowane, do tego wspaniała gra Larsa i ciekawa recytacja krótkiego wiersza napisanego ponoć przez Cliffa Burtona, wcześniejszego basistę grupy. Na zakończenie krążka wybrano Dyers Eve, najszybszy numer w zestawie, który z powodzeniem mógłby się znaleźć na "Master...". Gitary żwawo gonią do przodu, tempo to próbuje utrzymać Hetfield i udaje mu się to, wypada dość żywiołowo. Są takie momenty, że przypomina mi to Stone Cold Crazy, cover utworu zespołu Queen, jaki mniej więcej w okresie wydania tego albumu często grywała Metallica. Japończycy dostali jeszcze cover Diamond Head o tytule The Prince, znalazł się on poźniej na drugim wydaniu "garażówki", ale myślę, że podstawowy set płyty broni się bez niego.

Jak dla mnie jest to jedna z płyt wszechczasów, wydawnictwo ponadczasowe. Doskonałe było w momencie wydania i nadal powala na kolana. Jest to jedno z dzieł klasycznych, które po prostu trzeba znać, nawet jeśli na co dzień słucha się innych gatunków muzycznych. Co ciekawe, album ten podobał się wielu moim znajomym nie gustującym w ogóle w muzyce rockowej czy metalowej. Najwyraźniej Metallice udało się stworzyć dzieło uniwersalne, wpadające w ucho różnym słuchaczom. Tym bardziej polecam je czytelnikom naszego serwisu, choć trudno jest mi sobie wyobrazić, by ktoś jeszcze mógł go nie znać.

Oficjalna strona zespołu: www.metallica.com

Guitarrizer
grudzień 2007