Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

MERCYFUL FATE - Into The Unknown [1996]
Wydawca: Metal Blade Records

  1. Lucifer
  2. The Uninvited Guest
  3. The Ghost Of Change
  4. Listen To The Bell
  5. Fifteen Men (And A Bottle of Rum)
  6. Into The Unknown
  7. Under The Spell
  8. Deadtime
  9. Holy Water
  10. Kutulu (The Mad Arab Part Two)
  11. The Ripper [japoński bonus track]
Into The Unknown

Skład: King Diamond - śpiew, instrumenty klawiszowe; Hank Shermann - gitary; Michael Denner - gitary; Sharlee D'Angelo - gitara basowa; Bjarne T. Holm - perkusja

Produkcja: Tim Kimsey i King Diamond

Na początku 1996 roku Mercyful Fate weszli do studia, by zarejestrować następcę Time. Sam King Diamond miał o wiele krótszą przerwę, gdyż rok wcześniej ukazał się album Spider's Lullabye firmowany pseudonimem wokalisty. Zresztą krótko po zakończeniu tej sesji King wszedł do studia, by zarejestrować wydawnictwo Graveyard. Jak widać pracy mu nie brakowało. Można by pomyśleć, że Into The Unknown nagrane podczas krótkiej dwumiesięcznej sesji nie będzie zbyt dopracowanym albumem, ale wcale tak nie jest.

Płytę otwiera intro w postaci ścieżki zatytułowanej po prostu Lucifer. Tak, wiem, wielu od razu pomyśli, że King Diamond nic tylko czeka, żeby upchnąć gdzieś swój satanizm. Ale prawda jest taka, że nie ma to większego znaczenia w obliczu innych, zróżnicowanych tematycznie kawałków. Pierwszym właściwym utworem na płycie jest The Uninvited Guest. Bardzo mocny, agresywny numer z konkretnie nabijającą rytm perkusją. Ta nawalanka na dwie stopy nie ma jednak nic wspólnego z power metalowymi galopadami, to po prostu wgniata w ziemię. I takie jest to nagranie. Dawka potężnego metalu między oczy. Do tego kawałka zrobiono videoclip w zabytkowym kościele, który zamienił się na czas kręcenia teledysku w prawdziwe sanktuarium Szatana. Oczywiście, jeśli Szatan równa się głośnemu graniu. The Ghost Of Change to bardzo ciekawa i również świetna kompozycja (być może najlepsza na płycie). Nie jest to szablonowe nagranie. Nie ma tutaj co prawda żadnego kombinowania, po prostu zrezygnowano ze schematu zwrotka-refren-zwrotka-refren-solo-refren. Najbardziej podobają mi się dwa identyczne podkłady, na których w pierwszym wariancie jest wokal Kinga, w drugim solówka. Świetny pomysł, a że riffy są z piekła rodem, to już inna sprawa. Listen To The Bell nie może się równać z poprzednikiem, co nie znaczy, że jest zły. Wręcz przeciwnie, przewodni riff sprawia, że przechodzą mnie ciarki po plecach, szkoda że refren taki sobie. Dochodzę do wniosku, iż King Diamond chciał urozmaicić album pewnymi wokalnymi ciekawostkami, stąd zredukowanie refrenu do pokazania jego nieprzeciętnych umiejętności. Fifteen Men to tajemniczy i monumentalny utwór, którego autorem jest Michael Denner (jeśli chodzi o muzykę rzecz jasna). Ta dziwna opowiastka o piratach kończy się oczywiście fatalnie (wszyscy utonęli), ale myślę, że innego zakończenia nikt się nie spodziewał. Nie brakuje tutaj charakterystycznego wężowatego riffu mającego zabarwienie z lekka orientalne. Bardzo dobra kompozycja w każdym razie. Into The Unknown, nazwany tak na część opisywanej płyty, to najbardziej zawiły numer w zestawie. Akustyczne momenty relaksu mieszają się z agresywną metalową stylistyką. Wszystko wydaje się mało spójne, ale robi wrażenie. Najbardziej podoba mi się wplecenie gitarowej partii a'la Marty Friedman w pewnym momencie kawałka. Brzmi to trochę japońsko, ale całkiem optymistycznie, co jest przeciwwagą dla raczej posępnej reszty. Utwór opowiada o przenosinach w nieznane i selekcji, która następuje całkiem przypadkowo. Oczywiście owe przenosiny w nieznane oznaczają śmierć. Ale koniec tego dołowania się, bo oto następuje Under The Spell bardzo dobry kawał metalu rozpoczynający się od solówki Hanka Shermanna. W sumie podobne patenty zespół stosował już na płycie Time i ten kawałek mógłby się pojawić na tamtym albumie. Pewne rozwiązania melodyczne pokazują, na jakiej muzyce wyrośli panowie i chodzi oczywiście o klasyczny hard rock. Nastrojowa wstawka, która pojawia się z nienacka, tylko dodaje smaku temu wyjątkowemu nagraniu. Na początku Deadtime King delikatnym śpiewem (nie falsetowym) wprowadza jakiegoś malucha do wyjątkowo wrednej wersji bajki o Czerwonym Kapturku. Powiem tylko, że ta wersja bajki oczywiście nie kończy się dobrze. Muzycznie mamy tutaj do czynienia z metalem, mocno nasączonym klasyką hard rocka spod znaku Deep Purple. Po prostu solidny numer. Holy Water to kolejny znakomity i typowo mercyfulowy kawałek. Tego typu numery grupa serwowała już wcześniej. W zasadzie nie ma się co rozpisywać. Ciekawie opisano tutaj historię dwóch źródeł: boskiego i szatańskiego. Nie muszę chyba tłumaczyć, które zdaniem Kinga lepsze;). Kutulu czy jak kto woli The Mad Arab Part Two, to po prostu kontynuacja opowiadania zawartego na albumie Time. Jak dla mnie to najsłabszy fragment płyty. Po prostu metal z bardzo charakterystycznym, bliskowschodnio brzmiącym motywem wygrywanym na gitarze. Gdzieś w środku numeru wpleciono delikatny motyw, także kojarzący się z muzyką arabską. No i to już koniec. Trzy kwadranse w zupełności wystarczą.

Into The Unknown to jedna z cięższych płyt Mercyful Fate i jedna z lepszych. Pod względem produkcji myślę, że żaden album zespołu nie może się z nim równać. Pod względem samych kompozycji również jest czego posłuchać i do czego odprawić czarną mszę raz na jakiś czas. King Diamond nigdy nie zapomina o profesjonalizmie i mamy go tutaj w doskonałej formie, a panowie Denner i Shermann jeszcze raz odświeżyli sobie stary warsztat. Bym zapomniał. Japońskie wydanie wzbogacono coverem Judas Priest The Ripper (za to na całym świecie dostępne na Tribute albumie dla Priestów). Bardzo dobry cover. Napisałbym, że lepszy od oryginału, ale by mnie...

Brak oficjalnej strony zespołu

LSDisease
wrzesień 2010