|
Skład: King Diamond - śpiew; Hank Shermann - gitary; Timi 'Grabber' Hansen - gitara basowa, chórki; Kim Ruzz - perkusja; Michael Denner - gitary
Produkcja: Henrik Lund
Don't Break The Oath to drugie pełnometrażowe wydawnictwo duńskiego Mercyful Fate. Pamiętam, że jakoś nie do końca przekonał mnie ten album po pierwszym, drugim i trzecim... a co ja będę mówił. Nie przypadł mi do gustu wtedy, chociaż byłem już wielkim fanem Kinga Diamonda, a i lubiłem inne wczesne wydawnictwa Mercyful. Pewnym paradoksem jest to, że dwa kawałki z tej płyty rajcowały mnie, ale w innych, wczesnych wersjach. Oba pojawiły się na kompilacyjnym albumie nagrań archiwalnych pod tytułemiReturn Of The Vampire. Po latach jakoś wróciłem do Don't Break The Oath, by odkryć ten album na nowo. Stało się to zaledwie parę lat temu po ponad dekadzie od pierwszego zetknięcia się z tym krążkiem.
Płytę rozpoczyna numer A Dangerous Meeting, który w swej pierwotnej wersji miał tytuł Death Kiss i pojawił się na wspomnianym wcześniej
albumie kompilacyjnym. Oczywiście mamy tutaj do czynienia z innym, lepszym brzmieniem gitar, ale wokale trochę schowano, choć brzmi to na pewno profesjonalnie. Solówka wypadła gorzej niż za pierwszym razem, ale i tak Dangerous Meeting to naprawdę świetny utwór. Każdy, kto kojarzy Kinga Diamonda, wie, czego się spodziewać, chociaż Mercyful Fate grało inaczej niż poźniejszy zespół Kinga. Gitarowo mamy do czynienia z szablonowym metalem, a basista Timi Hansen upadabnia się stylem gry do Steve'a Harrisa. Nightmare pokazuje wyraźnie ciągotki w stronę riffów a'la Deep Purple czy Budgie. W sumie numer przypomina taką dziwną hybrydę hard rockowo / metalową, z tym całym bagażem gitarowych popisów charakteryzującym wczesnych rzeźbiarzy gatunku zwanego New Wave Of British Heavy Metal. Podobne zresztą zacięcie ma kawałek Night Of The Unborn, ale w jego końcówce pojawia się jakby nawiązanie do stylu prezentowanego na pierwszym krążku Mercyful Fate Melissa. Desecration Of Souls nazywał się wcześniej On A Night Of Full Moon i był po części improwizowany. Tutaj naturalnie
zadbano o odpowiednie proporcje, ale najważniejsze że magia tego kawałka nie uciekła. To z całą pewnością jeden z najlepszych utwórów na albumie. Dla wielu faworytem tego krążka jest jednak The Oath. Mimo tego sztampowego intra prezentuje się bardzo żywiołowo, by nie rzec rock and rollowo, ale to mnie absolutnie nie dziwi, gdyż Mercyful Fate traktuję bardziej jako część sceny hard rockowej niż metalowej. Wiem, że wielu starych metali puka się teraz czoło i złowrogo grymasi, ale dla mnie siła Mercyfula to przede wszystkim te rozbujane rock and rollowe riffy, a nie teksty o szatanie, które należy oczywiście traktować z przymróżeniem oka. Końcówka The Oath mnie normalnie powala i cieszę się, że nie zrobiono z tego utwóru jakiegoś black metalowego dziwoląga. Jeśli już mowa o rock and rollu, to chyba nic bardziej na tej płycie nie buja niż Gypsy. Spokojnie można by zamieścić ten kawałek na Melissie. 3 minuty wpadającego w ucho metalu. Co ciekawe, utwór upodobały sobie późniejsze kapele black metalowe i go często coverowano. Wcale mnie to nie dziwi, gdyż biorąc pod uwagę mierne umiejętności instrumenentalne piewców ideologii satanistycznej tylko ten kawałek mogli przerobić, bo prosty.
Mercyful Fate jednak stać było na więcej. O wiele więcej. Przekonuje o tym następny na płycie Welcome Princess Of Hell. To mój ulubiony numer na Don't Break The Oath. Co prawda może bardzo skomplikowany nie jest, ale bardzo pomysłowy.Tutaj czuć poszanowanie dla klasyki hard rocka, czuć siłę klasycznego metalu. Dla mnie to oczywiście rock and roll, ale zastrzegam od razu, że nie ma to nic wspólnego z Chuckiem Berrym, ani nawet Black Crowes. To po prostu metal, tyle że zagrany z dużym wyczuciem melodii i witalności. To One Far Away to taka sobie miniaturka mająca zapewne wprowadzić słuchacza w nastrój zadumy. Ja w każdym razie w tym miejscu robię skip. Album zamyka jedna z najbardziej znanych kompozycji Mercyful Fate. Zresztą King Diamond grał ją później na koncertach z nowym zespołem i świadectwem tego niech będzie płyta Alive. Come To The Sabbath to jakby zapowiedź tego, co King zrobił na wczesnych solowych płytach. Ten syntezator, ta szybka praca sekcji rytmicznej jak później w Mansion In Darkness. Dlatego dla tych, którzy bardziej kochają twórczość King Diamond, ten utwór może być najlepszy na płycie.
Tytułem podsumowania. Don't Break The Oath to płyta kultowa, głównie ze względu na całą otoczkę towarzyszącą muzyce, gdyż na dobrą sprawę mamy tutaj patenty wcześniej opracowane przez wykonawców NWOBHM czy hard rockowych. Można też dopatrzeć się wpływów Excitera z Heavy Metal Maniac (niektóre riffy podobne). Co by nie mówić ten album to klasyka i każdy fan metalu powinien go posiadać. Fani hard rocka mogą bez bólu po niego sięgnąć, jeśli przełkną satanistyczną otoczkę całości. O tej płycie nie wypada źle napisać.
Oficjalna strona zespołu: www.covenworldwide.org
LSDisease maj 2008
|