|
Skład: King Diamond - śpiew; Hank Shermann - gitara; Mike Wead - gitara; Sharlee D'Angelo - gitara basowa; Bjarne T. Holme - perkusja
Produkcja: Kol Marshall i Mercyful Fate
9, czyli po prostu dziewiąty i zarazem ostatni jak dotychczas album w dyskografii Mercyful Fate, ukazał się 9 lat temu więc w dziewiątą rocznicę dziewiątki powstaje ta recenzja ;). Pozwoliłem sobie na odrobinę luźnej symboliki, ale prawda jest taka, że dopiero teraz do mnie ten krążek
w całości przemówił. Wtedy, kiedy się ukazał, budził we mnie mieszane uczucia. Niby dwa świetne utwory na początek, lecz dalej jakoś tak bezpłciowo i schematycznie. Nie wiem, czy dorosłem do tego dzieła, czy po prostu album zyskał z czasem, tak czy owak słuchając dzisiaj tej płyty mam cholernie pozytywne doznania.
Płytę otwiera szybki Last Rites. Ta konkretna naparzanka i jak zwykle demoniczny wokal Kinga Diamonda nadają numerowi agresywności. Od razu słychać też, że Mercyful Fate postanowili nagrać najostrzejsze wydawnictwo w swojej karierze. Tak więc zaczyna się od 'Ostatniego Namaszczenia' z takim ogniem, że miażdży cztery lietery ;). Dla odmiany drugi na płycie The Church Of Saint Anne jest już wolny, ciężki, sabbathowy z absolutnie rewelacyjnym zakręconym riffem, nadającym taki element zła tej kompozycji. Ten riff prześladował mnie przez długie lata, gdyż to jeden z dwóch numerów z tej płyty, które od początku mi się podobały. Oczywiście, jeśli ktoś zastanawia się, na ile ten album przypomina takie Don't Break The Oath, powiem, że są tutaj momenty, gdzie grupa gra tak jak na swoich dwóch legendarnych już płytach z lat '80. Nie mniej jednak brzmienie i ciężar riffów, jaki przyjęli na siebie wiosłowi, to muzyka końca lat '90, tyle że doświadczenie nabyte wcześniej procentuje i nie mamy tutaj żadnego nu-metalu. Sold My Soul zaczyna się dziwnie, niczym jakiś kawałek Alice In Chains, z psychodelicznie brzmiącą gitarą i zawodzącym wokalem Kinga. Oczywiście cały numer nie jest taki, gdyż np. refren to już typowe Mercyful Fate. Ciężko mi sobie zresztą wyobrazić, że jakoś inaczej miało by to zostać rozwiązane. Swoją drogą to pewien unikat w katalogu zespołu, bowiem King przez chwilę śpiewa tutaj swoim naturalnym głosem i nie brzmi to ani trochę diamondowo. Sold My Soul to niewątpliwie udany utwór właśnie przez te ciekawostki, chociaż riff jest tutaj standardowy, czyli po prostu nieco podrasowane Black Sabbath. To też coś, co mi się w zespole zawsze podobało, czerpali zawsze z najstarszej klasyki hard rocka i w sumie niewiele zmieniali w samym podejściu do grania. House On The Hill to powrót do szybkiego tempa. Co ciekawe, przewodni riff tego kawałka brzmi jak coś z repertuaru Slayera. To oczywiście ostry kawał metalu, może jeszcze nie thrash, ale prawie. Chociaż skoro Painkillera Judasów nazywa się thrashem, to tym bardziej House On The Hill na takie miano zasługuje. Dalej jest Burn In Hell, też kompozycja szybka, aczkolwiek to wejście z początku brzmi trochę jak rzecz z płyt sygnowanych logiem King Diamond. Szybko jednak przekonujemy się, że to klasyczne Mercyful Fate i to właśnie z okresu Don't Break The Oath czy Melissy. Mnie się bardzo ten kawałek podoba. Jest w nim ten rock and roll, który ukrywa sie między ostrymi riffami i dynamiczną sekcją rymticzną. Szczególnie przypadł mi do gustu fragment, gdzie King śpiewa, "where's your Jesus now, Jesus in heaven" ;). Ostatnie solo w tym utworze to już pierwotne Mercyful. No klasa. The Grave z kolei to szybkie i wolne tempa, zaczyna się właśnie od wolnego w późniejszej części mamy do czynienia z konkretnym czadem. Utwór jest dobry i ma w sobie tę magię starych nagrań Mercyfula. Insane to świetny tytuł dla tego mega szybkiego kawałka, gdzie naparzanka na dwie stopy trwa od pierwszych sekund. Brzmi to trochę jak Overkill np. w Certifiable. Po prostu ogień jak na okładce ;). Dla odmiany początek Kiss The Demon to kojąca, akustyczna partia przechodząca w typowy heavy metalowy kawałek, który zgadnijcie... jest bardzo dobry. Nie wiem, dlaczego nie podobał mi się ten album przed laty. Tutaj jest i czad i melodia i rock and roll, ale uwaga, to nie jest taki całkiem staroświecki metal z lat '80, bo nie zabrakło ognia na miarę ubiegłej dekady. Buried Alive, już przedostatnia kompozycja, no jeden z moich absolutnych faworytów. To utwór w średnim tempie, co tutaj idealnie pasuje. Nie zabrakło udanego refrenu i nie zabrakło tych zakręconych 'szatańskich' riffów. Brzmi to trochę jak taki staruśki hicior Gypsy z legendarnego Don't Break The Oath. Najlepszym momentem kawałka jest oczywiście solo, najlepsze na płycie, rewelacyjne i melodyjne, czasami nawet jakby pod Maiden zrobione, ale co to ma za znaczenie, skoro słucha się tego wybornie. I na koniec utwór tytułowy, tutaj trochę poeksperymentowano, ale King eksperymentował w tytułowych kawałkach na kilku wcześniejszych płytach Mercyful Fate, więc to w sumie żadna nowośc. Numer rozpoczyna nawiedzone intro, po czym w wolnym tempie wchodzi zespół. Struktura riffów w tym kawałku
to lata '70 przeplatające się z czymś, co chyba już było na Conspiracy grupy King Diamond, w utworze Cremation. Tyle że 9 to wolny utwór. Świetne zakończenie jednej z najlepszych płyt końcówki lat '90, wydanej w 1999 (jak odwrócimy, mamy trzy szóstki ;)) i jak dotąd ostatniej płyty
w katalogu Mercyful Fate. Może trochę szkoda, że King nie zdecydował się nagrywać dalej z tym zespołem, bowiem ostatnie dziecko King Diamond, Gimme Your Soul...Please, jest jak dla mnie porażką jednego z największych metalowych artystów wszechczasów. A 9 jak dla mnie zyskała z czasem.
To album rockowy, to album metalowy, to album ostry, to album ciężki, to album z klasycznym hard rockiem i nowoczesnym heavy metalem. Na 9 nie ma słabych puntków, oczywiście są utwóry, które lubię mniej i bardziej, ale słucham tej płyty w całości, bez żadnych skipów, tym bardziej że trwa zaledwie nieco ponad 41 minut. Kto odpuścił przed laty, niech nadrobi, kto nie zna, niech się czym prędzej zapozna, jest okazja, zbliża się Halloween ;).
Oficjalna strona zespołu: www.covenworldwide.org
LSDisease październik 2008
|