|
Skład: Chris Cade - śpiew, gitary; Jayson Lane - gitary; Eddie Wohl - instrumenty klawiszowe; Dave Clark Howell - gitara basowa; Pete Greene - perkusja
Gościnnie: Mark Falchook - instrumenty klawiszowe; Michel Foucault - gitara; Benny Harrison - chórki
Produkcja: Chris Cade, Ron Baird i Thom Trumbo
"Wizja z czwartego wymiaru" - prawda, że brzmi to nieco dziwacznie, jak na tłumaczenie nazwy zespołu hardrockowego? Przypomina raczej reklamę jakiegoś filmu science fiction... Ale właśnie tak objaśniała swój szyld ta nowojorska kapela, powstała w końcu lat 80-ych. Na początku tamtej dekady istniała formacja o nazwie Hellion (ale została zmuszona do rezygnacji z jej używania przez sławniejszych kolegów po fachu z Los Angeles), potem jako Cade 88 (wydając po drodze kilka dem), następnie po zmianie składu jako Yolana, by ostatecznie przepoczwarzyć się w Melidian. Tej ostatniej mutacji składu udało się podpisać kontrakt z koncernem płytowym CBS Records, czego efektem było nagranie albumu, który niniejszym mam okazję zrecenzować.
Amerykanie nie oferują słuchaczowi niczego oryginalnego, natomiast zaproponowana przez nich muzyczna mieszanka, łącząca w sobie wpływy Ratt, Dokken, Icon i Van Halen, powinna uradować ciało i duszę każdego miłośnika melodyjnego hard rocka, bo właśnie do takiego odbiorcy jest skierowana. Hardrockowe riffy i zdecydowanie pracującą sekcję rytmiczną skonfrontowano tu z łagodnymi, AOR-owymi klawiszami i z zachrypniętym, przepalonym głosem wokalisty (brzmi jak bardziej chropowata wersja Davida Lee Rotha), który, nawiasem mówiąc, wydaje się być najsłabszym ogniwem grupy. Pierwszy na liście, zagrany w średnim tempie Ready To Rock, swego czasu ilustrowany nawet wideoklipem, przyciąga uwagę swoimi fajnymi, okrągłymi riffami a’la Dokken i prościutkim, acz bardzo charakterystycznym motywem klawiszowym ("pożyczonym" kilkanaście lat później przez Fate w I’ll Get By...). Plus oczywiście do tego wydzierający się wokalista, którego można lubić nieszczególnie, ale trzeba przyznać, że najzwyczajniej w świecie pasuje do muzyki, a melodia chwyta. W podobnej stylistyce utrzymany jest Livin’ Under The Gun, tym razem jednak klawiszy mamy tu zdecydowanie więcej; ze względu na ich użycie, krótką, ale treściwą solówkę, cięte riffy i harmonie wokalne w przedrefrenie numer kojarzy się bardziej z Icon z okresu Night Of The Crime. Z kolei riffy, brzmienie gitar i ogólny klimat party rockowego Fire Up The Heart mają wiele wspólnego z tymi obecnymi w piosenkach Ratt; sam kawałek jest dość schematyczny, ale ze względu na swoją potencjalną przebojowość przyjemny w odbiorze. Na tle poprzedników ballada Sleepless Nights zaskakuje swoją pastelowością, jest taka spokojna, wręcz eteryczna. W tym momencie zespół udowadnia, że potrafi stworzyć doskonale skomponowany i chwytliwy AOR, oparty na wiodącej roli instrumentów klawiszowych. Pomyślałem sobie, że chłopaki mogliby uczyć dzisiejsze młode kapele, w jaki sposób łączyć brzmienie różnych instrumentów, by te się ze sobą nie gryzły. W Hands Off wokalista śpiewa na modłę Lee Rotha, a numer ten wnosi ze sobą tyle radości i pogody ducha, że nadawałby się w sam raz na jakąś imprezę sylwestrową (pomyśl o tym, Czytelniku, przed Nowym Rokiem!). Ozdobą tego wesołego utworu są typowo "vanhalenowe”, gitarowo-klawiszowe podkłady. Tytułowy Lost In The Wild, zagrany w marszowym tempie, wyróżnia się tajemniczym, jakby filmowym, delikatnym motywem, przewijającym się przez całą piosenkę. Sama melodia wygląda na przeciętną, diabeł jednak tkwi w szczegółach, takich jak zbudowana tu atmosfera, perfekcyjna solówka, czy finałowe crescendo z tappingiem. W Overheated linie wokalne rodem z dokonań Lee Rotha łączą się harmonijnie z podkładami w stylu Icon (takie wrażenie potęgują zwłaszcza umiejętnie wykorzystane klawisze, wyeksponowana perkusja i ultramelodyjna solówka). W pracy sekcji rytmicznej i riffach Top Of The Rock znowu słyszymy nawiązania do Ratt; ten prosty kawałek nie jest niczym szczególnym, ale ewidentnie złym nazwać go nie można, a to ze względu na znakomite przyspieszenie w końcówce. Balladowy Broken Toys otwiera gitarowy motyw z gatunku tych momentalnie wchodzących do podświadomości, będący szkieletem kompozycji. Znów Melidian wykreował za pomocą gitar i klawiszy łatwo rozpoznawalną, melancholijną, "nocną" atmosferę, która po prostu wciąga; szkoda tylko, że tego numeru nie wykorzystano w żadnym soundtracku.
Debiut Nowojorczyków, jakkolwiek nie dorównuje dokonaniom legend hard rocka z lat 80-ych, stanowi miłą dla ucha porcję zgrabnych, zagranych z klasą, potencjalnie przebojowych utworów. Niewątpliwą zaletą krążka jest brak jakichkolwiek wypełniaczy. A zatem wypada tylko ubolewać, że nie doczekaliśmy kontynuacji, a wizja z czwartego wymiaru rozpłynęła się jak zjawa we mgle.
Brak oficjalnej strony zespołu
Hardlover grudzień 2009
|