Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

MELIDIAN - Lost In The Wild [1989]
Wydawca: Columbia Records / CBS Records / Sony

  1. Ready To Rock
  2. Livin’ Under The Gun
  3. Fire Up The Heart
  4. Sleepless Nights
  5. Hands Off
  6. Lost In The Wild
  7. Overheated
  8. Top Of The Rock
  9. Broken Toys
Lost In The Wild

Skład: Chris Cade - śpiew, gitary; Jayson Lane - gitary; Eddie Wohl - instrumenty klawiszowe; Dave Clark Howell - gitara basowa; Pete Greene - perkusja
Gościnnie: Mark Falchook - instrumenty klawiszowe; Michel Foucault - gitara; Benny Harrison - chórki

Produkcja: Chris Cade, Ron Baird i Thom Trumbo

"Wizja z czwartego wymiaru" - prawda, że brzmi to nieco dziwacznie, jak na tłumaczenie nazwy zespołu hardrockowego? Przypomina raczej reklamę jakiegoś filmu science fiction... Ale właśnie tak objaśniała swój szyld ta nowojorska kapela, powstała w końcu lat 80-ych. Na początku tamtej dekady istniała formacja o nazwie Hellion (ale została zmuszona do rezygnacji z jej używania przez sławniejszych kolegów po fachu z Los Angeles), potem jako Cade 88 (wydając po drodze kilka dem), następnie po zmianie składu jako Yolana, by ostatecznie przepoczwarzyć się w Melidian. Tej ostatniej mutacji składu udało się podpisać kontrakt z koncernem płytowym CBS Records, czego efektem było nagranie albumu, który niniejszym mam okazję zrecenzować.

Amerykanie nie oferują słuchaczowi niczego oryginalnego, natomiast zaproponowana przez nich muzyczna mieszanka, łącząca w sobie wpływy Ratt, Dokken, Icon i Van Halen, powinna uradować ciało i duszę każdego miłośnika melodyjnego hard rocka, bo właśnie do takiego odbiorcy jest skierowana. Hardrockowe riffy i zdecydowanie pracującą sekcję rytmiczną skonfrontowano tu z łagodnymi, AOR-owymi klawiszami i z zachrypniętym, przepalonym głosem wokalisty (brzmi jak bardziej chropowata wersja Davida Lee Rotha), który, nawiasem mówiąc, wydaje się być najsłabszym ogniwem grupy. Pierwszy na liście, zagrany w średnim tempie Ready To Rock, swego czasu ilustrowany nawet wideoklipem, przyciąga uwagę swoimi fajnymi, okrągłymi riffami a’la Dokken i prościutkim, acz bardzo charakterystycznym motywem klawiszowym ("pożyczonym" kilkanaście lat później przez Fate w I’ll Get By...). Plus oczywiście do tego wydzierający się wokalista, którego można lubić nieszczególnie, ale trzeba przyznać, że najzwyczajniej w świecie pasuje do muzyki, a melodia chwyta. W podobnej stylistyce utrzymany jest Livin’ Under The Gun, tym razem jednak klawiszy mamy tu zdecydowanie więcej; ze względu na ich użycie, krótką, ale treściwą solówkę, cięte riffy i harmonie wokalne w przedrefrenie numer kojarzy się bardziej z Icon z okresu Night Of The Crime. Z kolei riffy, brzmienie gitar i ogólny klimat party rockowego Fire Up The Heart mają wiele wspólnego z tymi obecnymi w piosenkach Ratt; sam kawałek jest dość schematyczny, ale ze względu na swoją potencjalną przebojowość przyjemny w odbiorze. Na tle poprzedników ballada Sleepless Nights zaskakuje swoją pastelowością, jest taka spokojna, wręcz eteryczna. W tym momencie zespół udowadnia, że potrafi stworzyć doskonale skomponowany i chwytliwy AOR, oparty na wiodącej roli instrumentów klawiszowych. Pomyślałem sobie, że chłopaki mogliby uczyć dzisiejsze młode kapele, w jaki sposób łączyć brzmienie różnych instrumentów, by te się ze sobą nie gryzły. W Hands Off wokalista śpiewa na modłę Lee Rotha, a numer ten wnosi ze sobą tyle radości i pogody ducha, że nadawałby się w sam raz na jakąś imprezę sylwestrową (pomyśl o tym, Czytelniku, przed Nowym Rokiem!). Ozdobą tego wesołego utworu są typowo "vanhalenowe”, gitarowo-klawiszowe podkłady. Tytułowy Lost In The Wild, zagrany w marszowym tempie, wyróżnia się tajemniczym, jakby filmowym, delikatnym motywem, przewijającym się przez całą piosenkę. Sama melodia wygląda na przeciętną, diabeł jednak tkwi w szczegółach, takich jak zbudowana tu atmosfera, perfekcyjna solówka, czy finałowe crescendo z tappingiem. W Overheated linie wokalne rodem z dokonań Lee Rotha łączą się harmonijnie z podkładami w stylu Icon (takie wrażenie potęgują zwłaszcza umiejętnie wykorzystane klawisze, wyeksponowana perkusja i ultramelodyjna solówka). W pracy sekcji rytmicznej i riffach Top Of The Rock znowu słyszymy nawiązania do Ratt; ten prosty kawałek nie jest niczym szczególnym, ale ewidentnie złym nazwać go nie można, a to ze względu na znakomite przyspieszenie w końcówce. Balladowy Broken Toys otwiera gitarowy motyw z gatunku tych momentalnie wchodzących do podświadomości, będący szkieletem kompozycji. Znów Melidian wykreował za pomocą gitar i klawiszy łatwo rozpoznawalną, melancholijną, "nocną" atmosferę, która po prostu wciąga; szkoda tylko, że tego numeru nie wykorzystano w żadnym soundtracku.

Debiut Nowojorczyków, jakkolwiek nie dorównuje dokonaniom legend hard rocka z lat 80-ych, stanowi miłą dla ucha porcję zgrabnych, zagranych z klasą, potencjalnie przebojowych utworów. Niewątpliwą zaletą krążka jest brak jakichkolwiek wypełniaczy. A zatem wypada tylko ubolewać, że nie doczekaliśmy kontynuacji, a wizja z czwartego wymiaru rozpłynęła się jak zjawa we mgle.

Brak oficjalnej strony zespołu

Hardlover
grudzień 2009