|
Skład: Mario Marras - śpiew, gitara rytmiczna i prowadząca; Marco Cossu - gitara rytmiczna i prowadząca; Antonio Borgesi - gitara basowa; Roberto Piu - perkusja
Produkcja: Megahera
Nie lubię muzyki metalowej z Włoch. Ba! Poza nielicznymi wyjątkami nawet nie cierpię. Jednak nawet w kraju "makaroniarzy" zdarzyć się może formacja, która pozwala mi łaskawszym okiem spojrzeć na to, co się tam obecnie gra. Tym razem mój wybór i to dzięki okładce i buńczucznemu tytułowi, padł na debiutantów z Sardynii. No, może tak do końca zieloni to oni nie są, bo popełnili po drodze EP-kę Lethal Noise Of Violence.
Przyznam, że z wyżej wymienionego powodu nie znam tego wydawnictwa. Coś mnie jednak tknęło, gdy patrzyłem na okładkę tej płyty. Białe Flying V... Zaraz, zaraz, gdzie to już było? Najpierw była Metallica, cwaniak Zazula i jego Megaforce, a potem było Kill 'Em All. Myślicie, że sobie kpię? Ani mi to w głowie, bo ja nawet nie chcę myśleć, co by się mogło stać, gdyby ten zespół podsunąć Zazuli zamiast ekipy Ulricha i Hetfielda. Czy efekt byłby taki sam? A może byłby jeszcze bardziej zabójczy? Nie zrozumcie mnie źle. Tu wszystko pachnie starą Metalliką, speed metalem, kopalnym heavy metalem ze Stanów i tym zapomnianym już, szczerym duchem, który wtedy liczył się bardziej niż umiejętności. Powiem więcej. Ten LP, ten cholerny, debiutancki długograj zawiera coś, co powoduje, że hasło "Bang That Head That Doesn't Bang" znów nabiera aktualności i mocy. Heh, to nawet nie jest chamska zrzynka, to nie jest chęć stania się na chwilę "tym" zespołem. To jest chwycenie się za bary z absolutnymi początkami metalu, łącznie ze starym Black Sabbath, kanadyjskim Exciterem i Metalliką z roku 1983. I nie uśmiechajcie się tak kpiąco, bo powinniście tego po prostu posłuchać. Gwarantuję, że nikt z Was zawiedziony nie będzie, a niektórym może nawet szczęki opadną ze zdziwienia, tak jak mi. Po wysłuchaniu tego CD stawiam tezę, że dziś to już jest płyta klasyczna. Po prostu oldschoolowa. Bez żadnego oglądania się na innych, bardziej utytułowanych i bez żadnego dla nich respektu. Kto wie, czy nie będzie to najbardziej gitarowa płyta w tym ro(c)ku? Obydwaj wioślarze robią tu doskonałą robotę. Masa niesamowitego, wysokooktanowego grzania, zajebistych solówek, pojedynków i pościgów oraz takiego trochę "maidenowego" grania unisono. Nadal mi nie wierzycie? No to posłuchajcie rozpoczynającego płytę numeru Metal Maniac Attack. No i kto mi powie, że tu wszystko od początku nie pachnie pierwszą Metalliką? Rzecz jasna wokalista w osobie pana Mario Marrasa drugim Hetfieldem nie jest, ale tu na kilometr wszystko ocieka takim Whiplash czy Metal Militia chociażby. Kapitalny utwór, a te solówki jakby wprost spod palców młodziutkiego Hammetta. No, identyko. Do tego speed/thrashowa motoryka i mamy ścieżkę, jak się patrzy. I już w tym miejscu zasadne staje się pytanie, co mogłoby się stać, gdyby zespół Megahera debiutował w tamtych czasach i trafił do stajni Zazuli. No i najważniejsze - utwór długi, bo ponad sześciominutowy, ale ani na moment nie nudzi. To jest ogromna zaleta tego wydawnictwa. W jeszcze dłuższym i równie buńczucznie zatytułowanym Welcome Back (Heavy Metal) znów nie ma się do czego przyczepić. Tu już jest bardziej heavy metalowo, ale te solówki nadal są przednie. No i te "metallikowe" brzmienie. Kto chce i uważnie posłucha, może sobie wyłapać coś ze starego Black Sabbath w zastosowanych tu, notabene bardzo pomysłowych rozwiązaniach. Ja nie mogę wyjść z podziwu, w jaki sposób przywrócono tu ducha Kill 'Em All. Jak do cholery obudzono tu tę niesamowitą wściekłość i agresję. Jak, no jak? No i ciekawe, co by powiedział papa Zazula. Komu mało Black Sabbath, to niechże posłucha sobie nawiązania do pewnego słynnego, jak mniemam, utworu w Before The Night. Fajny, thrashujący, zawadiacki i taki nieco "łobuzerski" kawałek. Zupełnie niezobowiązujący, choć nadal Metallica króluje. Osobiście przyznam, że te solówki bardzo mi się podobają. Swoją drogą ciekawe, czy Hammet będzie miał okazję kiedyś posłuchać, jak naśladują go jego młodsi - i co tu dużo gadać - bardzo utalentowani koledzy po fachu. I taka jeszcze jedna uwaga gwoli siatkowego. Żaden z niego rasowy wokalista, krzykacz, pieniacz, heros czy jak sobie tam wolicie. Śpiewa może i amatorsko, ale czy właśnie ten jego nieoszlifowany wokal nie jest kolejnym urokiem tego wydawnictwa? Ładnie, może nawet za ładnie i zaskakująco jak na ten krążek brzmi wstęp do Nasty Savage, ale to kolejny sygnał, że panowie nie zamykają się w speed/thrashowym getcie i czerpią pełnymi garściami z innych wzorców. Tu mamy co nieco z amerykańskiego heavy metalu, a może nawet co nieco z NWOBHM (ja się nie znam, nie bijcie), choć ciągle w metallikowej manierze. No i ręka do góry, kto nie zaśpiewa z nimi tego refrenu. Dano zaszaleć basiście i mamy też ładne, rockowe zwolnienie, które osobiście kojarzy mi się chociażby z The Police i ich Message In A Bottle, czy może nawet Walking On The Moon. Posłuchajcie, z jakim wyczuciem gra perkusista. Odrobina Metalliki w solówce, a potem przepiękne, przezajebiste i chyba najlepsze solo, jakie w tym ro(c)ku słyszałem. Zwalające z nóg. Zadziwia mnie tu multum użytych środków i to, że mimo znacznej ich ilości nie zanudzili słuchacza na śmierć. Przeciwnie, w takim Nostalgia udowadniają, że nie tylko thrash, speed czy heavy im w głowie, ale potrafią też porwać się na coś zupełnie innego. I może nie jest to żadne tam rasowe heavy, ale czy w tej agresywnej oprawie nie może to robić wrażenia? Może i robi wrażenie. I to jakie! Ciekawe czy tylko ja słyszę tu odrobinę Megadeth? Sabbathowo zatytułowany The Electric Wizard, przesterowany bas i skojarzenie może być tylko jedno - słynne (Anesthesia) Pulling Teeth. Ciekawe, czy jest to tylko trybut, czy może też próba udowodnienia, że nie tylko Cliff tak potrafił? Chociaż nie, kto by się tam porywał na detronizowanie Mistrza Burtona. Ja odczytuję to raczej jako właśnie pełen szacunku ukłon i hołd oraz próbę nawiązania muzycznego dialogu z dawnym basistą Metalliki. Dla lepszego efektu proponuję najpierw odpalić słynną "Wizytę u dentysty", a później ten numer. Podobieństwo nie ulega żadnej wątpliwości, a obydwa utwory pięknie ze sobą rozmawiają. Myślę, że Cliff Burton z uśmiechem słucha sobie tego gdzieś tam na wysokości i już z basem w ręku układa kontrę. Apocalyptic Ride to już nie tylko Metallica, ale także i Exciter. Po raz kolejny zastanawiam się, co stałoby się z tym materiałem, gdyby wpadł w łapska Johna Zazuli. Mam nadzieję, że tak czy owak zapozna się on z tym dziełem i dopadną go wspomnienia. Nie mam słów, by opisać takie Thrashing Mad. No, Whiplash przy tym to fraszka. Demolujący obiekty numer i tyle. Słuchając go mam w głowie tylko jedno słowo: AGRESJA. Ciekawym utworem, choć zbytnio nie pasującym do całości jest Along The Rainbow. Fajne heavy, ale nic więcej. Nie sądzę, by takie próby majestatycznego grania pasowały na taki krążek. Nie chcę się znęcać, więc zwalam to na karb niedoświadczenia. Może też wymogła to wytwórnia, może trzeba było zapełnić czas płyty? No nieważne, jest i niech sobie będzie. Na koniec tej niezwykłej płyty zespół serwuje Megahera. Czyli coś flagowego. I tu już jest o niebo lepiej. Łagodny, bardzo interesujący i jakże rockowy wstęp i schemat niemal jak w balladach Metalliki, bo potem następuje niekontrolowany wybuch agresji, morderczej siły i furii zniszczenia. Mnie zmiotło.
Świetny album. Pełen młodzieńczej pasji, energii, buntu i radości grania. Dawno nie było czegoś tak świeżego i porywającego. Duże brawa dla wioślarzy i gnającej na złamanie karku sekcji. Wyrazy uznania za rasowy, choć ascetyczny image muzyków. Ten LP mógłby spokojnie powstać sobie we wczesnych latach osiemdziesiątych. Wtedy też Historia Metalu z pewnością wyglądałaby inaczej. Patrzcie ich, cholera jasna. Oni są z Włoch! A najfajniejsze jest to, że tego wcale, a wcale tego nie słychać. Panie i Panowie! Oto przed Wami nowa, lepsza Metallica! Ode mnie 9/10. Polecam!
Oficjalny profil zespołu na MySpace: www.myspace.com/megahera
Vincent czerwiec 2011
|