|
Skład: Dave Mustaine - śpiew, gitary; Chuck Behler - perkusja; Jeff Young - gitary; David Ellefson - gitara basowa, chórki
Gościnnie: Steve Jones - solo w [3]
Produkcja: Dave Mustaine i Paul Lani
W 1987 roku Megadeth w zasadzie przestało istnieć. Z zespołu wylecieli Chris Poland oraz Gar Samuelson. Mustaine na szybkiego dokooptował dwóch nowych muzyków po to, żeby nagrać kolejny krążek i ruszyć w trasę. Mimo zapewnień, że Megadeth znów jest zespołem, po trasie promującej So Far, So Good... So What! Mustaine zwolnił Behlera i Younga i grupa ponownie zawiesiła działalność. Nie jest prawdą, że Mustaine nie mógł znaleźć odpowiednich muzyków. Po prostu nie był, delikatnie mówiąc, w najlepszej formie w owym czasie. Potwierdził to też David Ellefson twierdząc, że ten album grupa nagrała niejako pod przymusem.
Kiedy pierwszy raz zetknąłem się z tym krążkiem, nie miałem o tym wszystkim oczywiście pojęcia. Była taśma z tym nagraniem i wiele godzin prawdziwej radochy, kiedy przekładało się kasetę,
by ją ponownie odpalić. Na kasecie miałem nieco inny układ utworów, ale oczywiście będę trzymał się wersji kompaktowej, która o wiele później zagościła na mojej półce. Album rozpoczyna
instrumentalny kawałek Into The Lungs Of Hell. I powiem szczerze, że taki wstęp bardzo mi pasuje. Brzmienie nienaganne, Jeff Young spisuje się nieźle w roli gitarzysty, a Mustaine
sprawnie wygrywa kolejne melodyjne tematy tej krótkiej kompozycji. Pełen profesjonalizm. Fani thrashu co prawda powiedzą, że "to jeszcze nie to", ale fani klasycznego heavy metalu będą zadowoleni. Osią tego krążka są 3 kompozycje. Pierwsza już na pozycji numer 2. Set The World Afire to wspaniały przykład thrashu w wydaniu Megadeth. Bardzo szybkie sprinty
gitar i charakterystyczna praca sekcji rytmicznej. Trochę w tym już tego, co zespół pokaże na płycie Rust In Peace dwa lata później, aczkolwiek Dave Mustaine nie do końca chciał
zrywać z niezbyt odległą przeszłością i sytlistyką znaną z poprzedniego krążka. A więc jedną nogą w przeszłości, jedną w przyszłości, ale na pewno słychać, że gra Megadeth. Przed
drugim z trzech ważnych kawałków na albumie mamy cover formacji Sex Pistols Anarchy In The UK. Posunięcie typowo komercyjne i ono w dużej mierze przyczyniło się do dobrej sprzedaży So Far, So Good... So What! Nakręcono do tego numeru teledysk, a solówkę gościnnie zagrał tu sam Steve Jones, niegdyś podpora legendy brytysjkiego punk rocka. Jeśli nie jest się fanem punka, można sobie ten numer całkowicie odpuścić. Nie wystawia on też najlepszej laurki Mustainowi & Co., niezależnie w jakiej lider był wówczas formie. Biorąc pod uwagę że jakieś kompozycje były potrzebne do tej i tak krótkiej płyty, taka 'wpadka' mogła się tu przytrafić. Mnie o wiele bardziej podoba się inna scieżka Pistolsów, wykonana niegdyś przez kolegów Mustaina z thrashowego podwórka, czyli grupę Anthrax. Ale to nie ma tutaj większego znaczenia, bo oto mamy drugi z ważnych utworów na płycie, jeden z moich ulubionych w całej dyskografii Rudzielca, Mary Jane. Kompozycja to bardzo wyjątkowa i niesamowicie skonstruowana. Rozkręca się niczym For Whom The Bells Tolls Metalliki, ale dalej jest już bardziej skomplikowana. Szczerze powiedziawszy nie wiem, jak Mustaine na to wpadł, gdyż wydaje się, że numer nie mógł zostać skomponowany na jednej gitarze. Sporo tu melodyjnych zagrywek gitary prowadzącej, w dalszej części kawałka także i popisowych wariackich solówek. Wiele napięcia i dramatyzmu. Tytuł sugeruje, że Mustaine śpiewa tutaj o pewnym zielu palonym w celach rozrywkowych, nie mniej z tekstu to nie wynika. Z tego tekstu w zasadzie nic nie wynika, ale czy to ma znaczenie? Równie dobrze może być on o jakiejś pięknej pani, która zginęła walcząc na wojennym froncie. Albo o pocałunku śmierci. Sam nie wiem. Słucham go od lat i zawsze wywołuje u mnie ogromne emocje. Zanim trafiamy na trzeci i ostatni ważny moment krążka, mamy kolejny po coverze filler. 502 to punk metalowa nawalanka i tym razem nie mogę zwalić winy na jakieś obce czynniki, bo numer skompomował sam Mustaine. Żałość Davidzie, żałość. Nic tego kawałka nie ratuje. Nawet wstawka odgłosu syren wmontowana w środku. W końcu jednak następuje doniosły moment płyty. Trzeci i ostatni. In My Darkest Hour to jeden z najważniejszych numerów
w historii Megadeth i też wytypowany do promocji tego wydawnictwa. Niestety MTV odrzuciła teledysk, jaki nakręcono do tego nagrania, co i tak nie miało większego znaczenia, bowiem
można go znaleźć na kompilacji videoklipów Rusted Pieces, która weszła na rynek 3 lata później. No i Mustaine miał natchnienie pisząć ten numer, powstał on bowiem po śmierci Cliffa
Burtona, dawnego kolegi z Metalliki (Mustaine kiedyś grał w grupie Ulricha, chociaż to była akurat najmniej ważna rzecz, jaką tam robił). W tekście o tym oczywiście nic nie ma, bo
Mustaine żali się tam na jakąś kobietę, ale inspiracja wyszła z tamtego tragicznego zdarzenia. Efekt sukcesu takiej kompozycji murowany. Kawałek ma niby balladowe wstawki, co w jakimś stopniu może kojarzyć się czy to z Fade To Black, czy Welcome Home Metalliki, ale Dave nadał temu swojemu 'dramatowi' osobisty rys. Po prostu kawałek w stylu Megadeth, a i przy okazji mogą posłuchać go też ludzie, którzy za thrashem nie przepadają, za to uwielbiają klasyczny heavy metal. Dobrą solówką popisał się także Jeff Young i udowodnił, że nie jest jedynie statystą na tym wydawnictwie. I na tym koniec rewelacji, gdyż zostały nam do końca dwa numery, z których Hook In Mouth prezentuje się całkiem nieźle i z całą pewnością
zasługuje na pochwałę. Za to o Liar mnie nawet nie pytajcie. To zabawne, bo akurat Liar, podobnie jak pozostałe wypełczniacze, jest na pozycji nieparzystej, co sprawia wrażenie, jakby album specjalnie tak poukładano (wszystkie 3 fillery to najkrótsze kawałki na krążku). W wersji zremasterowanej album poszerzono o cztery dodatkowe miksy znanych z krążka kawałków,
ale nie to jest najważniejsze. Otóż płyta nie tylko została zremasterowana, ale i ponownie zmiksowana. Efekt jest powalający, chociaż zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim takie zabiegi się podobają. W stosunku do oryginału całość brzmi nie tylko głośniej, ale i bardziej selektywnie, a wokal Mustaine'a jest lepiej słyszalny.
Kiedyś kolega stwierdził, że Metallica to taka thrashowa wersja Black Sabbath, a Megadeth to thrashowa wersja Led Zeppelin. Jak się okazuje, nie była to taka bezpodstawna teza, gdyż sam Mustaine przyznał, że na bluesie uczył się grania na gitarze i słychać to w jego grze. A So Far, So Good... So What! to płyta, po którą mogą sięgnąć nie tylko fani thrashu. Jeśli ktoś lubi heavy metal, spokojnie ten album zaakceptuje i myślę, że dla tych paru perełek tutaj warto po niego sięgnąć. Jak dla mnie 3 genialne utwory, 2 dobre i 3 wypełniacze. Nie jest więc źle.
Oficjalna strona zespołu: www.megadeth.com
LSDisease kwiecień 2009
|