Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

MARTY FRIEDMAN - Scenes [1992]
Wydawca:Shrapnel Records / Roadrunner / Metal Mind

  1. Tibet
  2. Angel
  3. Valley Of Eternity
  4. Night
  5. Realm Of The Senses
  6. West
  7. Trance
  8. Triumph
Scenes

Skład: Marty Friedman - wszystkie gitary; Brian BecVar - wszystkie instrumenty klawiszowe, instrumenty perkusyjne; Nick menza - perkusja

Produkcja: Kitaro, Marty Friedman i Steve Fontano

Marty Friedmana specjalnie przedstawiać nie trzeba. Szerszemu gronu słuchaczy ten gitarowy wymiatacz znany jest przede wszystkim z udzielania się w takich zespołach jak Cacophony czy Megadeth, sporo fanów zna również jego dokonania solowe. Jeszcze będąc w grupie Mustaine'a Friedman zarejestrował swoją drugą płytę solową, jakże odmienną od Dragon's Kiss. Tam prezentował podejście typowo shredderskie, spod jego palców lały się setki dźwięków, stylistycznie podobne to było do Cacophony i do twórczości jego kolegi po fachu, Jasona Beckera (obaj panowie zresztą wymienili uprzejmości i gościnnie zagrali na swoich debiutach). Tym razem Marty porzucił gitarową ekwilibrystykę na rzecz nastroju i by ten nastrój uczynić jeszcze bardziej wyraźnym na współproducenta krązka wybrany został mistrz instrumentów klawiszowych Kitaro (wyprodukował pierwsze 4 ścieżki).

O ile jedynka Friedmana mi się bardzo podobała, o tyle dwójka powaliła mnie na kolana. Przede wszystkim jak na wydawnictwo ze Shrapnela, krążek ten bardzo wyróżnia się od calej reszty typowo gitarowych wydawnictw. Podczas gdy inni wioślarze próbowali kopiować Malmsteena czy Beckera i zapędzali się w neoklasykę, podczas gdy jeszcze inni próbowali wplatać elementy muzyki fusion czy funky, Marty inspiracji szukał gdzie indziej. Znalazł je w blisko i dalekowschodnich egzotycznych skalach, w muzyce etnicznej i skomponował na ich podstawie bardzo spójny, spokojny, liryczny album. Nie oznacza to wcale, że nie ma tu wymiatania w ogóle, czy też że Friedman nagle zaczął grać nietechnicznie, o nie, nic z tych rzeczy. Wykonawstwo techniczne sięgnęło tu zenitu, a do tego Marty rozwinął się pod wzgledem kompozycyjnym i aranżacyjnym, a przy tym odnalazł swój styl (pokażcie mi gitarzystę, który by go podrabiał!). Tibet rozpoczyna się od uderzeń dzwonów, a zaraz potem mamy akustyczne gitary stylizowane na muzykę Tybetu i jest to granie tak sugestywne, że czujemy się, jakbyśmy się tam właśnie znajdowali. Niektórzy zarzucali tej płycie, że jest przesłodzona, ale oni słuchali muzyki grunge, więc nie można ich traktować poważnie. Jak dla mnie to jest właśnie taki Friedman, jakiego lubię najbardziej. Angel jest połączony z poprzednikiem tak płynnie, że gdyby nie przeskok cyfr na odtwarzaczu, nie wiedzielibyśmy, że to już następna piosenka. W utworze wchodzą od razu gitary przesterowane, najpierw ogrywając dość spokojny motyw, potem zaś z cięższą i bardziej zakręconą solówką. Dodam jeszcze, że całość kompozycji składa się z bardzo rozbudowanych motywów i podobnie będzie w kolejnych numerach. Na koniec znowu tybetańskie dzwony i zaraz po wyciszeniu płynne przejście w trzeci kawałek, Valley Of Eternity. Klimaty znowu wschodnie, kto wie, czy jeszcze nie bardziej na wschód od Tybetu. Schemat się powtarza, główny trzon piosenki to ilustracyjne podkłady klawiszowe (nawet pianino słychać) i gitary akustyczne. Zanim dojdzie do trzeciej minuty, mamy znowu przesterowane gitary i podobnie nastroje wolne i szybkie, chociaż tutaj schemat się odwrócił w stosunku do kompozycji poprzedniej - zmieniła się kolejność tych zagrywek. Znów można odróżnić coś w stylu zwrotek i refrenów. Solówki z drugiej połowy numeru to po prostu mistrzostwo świata (wliczając w to motyw odegrany bodajże z delayem), Marty przeszedł samego siebie, a przy okazji zadeptał konkurencję. Wraz z Night powracają akustyki, przester pojawi się dopiero pod koniec utworu. Jeszcze jeden nastrojowy i relaksacyjny kawałek, aż tak daleko nie odbiegający od reszty i trzymający się tego samego schematu. Przenosimy się jeszcze dalej na wschód, konkretnie do Japonii, gdzie leży królestwo zmysłów - Realm Of The Senses. Sugestywny głos Japonki z westchnieniem na końcu i ponownie część spokojna, akustyczna, a po niej ostrzejsze gitarowe solówki, ale z zachowaniem dobrego smaku i pasujące do kompozycji. Takich aranżacji może pozazdrościć Friedmanowi niejeden muzyk. Treść utworu oddaje idealnie jego tytuł, lub na odwrót. Koncówka to deszcz, który zarazem rozpoczyna kolejny numer. Tym razem nasza podróż za swój kierunek obrała zachód, by nie było wątpliwości, kawałek zatytułowany jest West. Faktycznie, dźwięki akustyków bardzo przypominają westernowe melodie, ale są zagrane dużo wolniej, łatwo na myśl przychodzi jakiś kowboj pomału na swym rumaku przemierzający prerię. Kto jednak szuka tu podkładu pod strzelaninę w salonie, czy pojedynku w samo południe, może być zawiedziony, ale Marty chciał tu pokazać raczej, że ten zachód nie jest wcale taki dziki. Na końcu deszcz i znów płynne przejście do kolejnego utworu. Teraz znacznie weselej i niezbyt długo trzeba czekać na przesterowane gitary. Ciekawie brzmią tu centralki perkusji odgrywane przez Nicka Menzę, de facto kolegę Friedmana z zespołu Megadeth, natomiast co jakiś czas uderzenia w werble kojarzą się z Metalliką. W porównaniu z resztą setu jest to dość krótka kompozycja i zaraz po niej startuje zamykający krążek Triumph. Można uznać, że jest to cover własnego utworu, bo Marty przearanżował tu główny motyw z Thunder March znajdujący się na jego debiucie. Teraz całość jest bardziej spokojna, syntezatory gdzieniegdzie zaopatrzone zostały w brzmienie harfy lub podobnego instrumentu. Cała płyta jest tak spójna, że można traktowac ją jak jeden długi kawałek. Po przesłuchaniu pozostaje pewien niedosyt (ale lepsze to chyba niż przesyt), co zniwelować można słuchając go po raz kolejny, lub... słuchając następnego albumu z solowej dyskografii artysty.

Scenes Friedmana to jedna z najlepszych płyt gitarowo-instrumentalnych, jakie dane mi było słyszeć i zdecydowanie jeden z najlepszych albumów, jakie słyszałem w ogole. Polecam go absolutnie wszystkim i to bez względu na preferencje muzyczne, bo jest to wydawnictwo dość uniwersalne. Niezastąpiona płyta, by się odprężyć, zrelaksować, posłuchać wczesnym rankiem lub poźnym wieczorem, by posłuchać czegoś nietypowego, choćby w towarzystwie niewiasty. Jak bardzo cenny jest to album, niech świadczy fakt, że z czystym sumieniem mogę go polecić nawet kobietom ;).

Oficjalna strona artysty: www.martyfriedman.com

Guitarrizer
październik 2007