|
Skład: Andy Pyke - śpiew; Dave Martin - gitara; Andy Southwell - gitara; Mick Donovan - perkusja; Malcolm Gould - gitara basowa
Produkcja: Ian Allen - Dave Keates
Wreszcie udało mi się dopaść debiut tego zasłużonego, choć bardzo niedocenianego brytyjskiego zespołu, który jak na złość zawsze miał pod przysłowiową "górkę". Warto jednak zapoznać się z ich płytami i na własne uszy przekonać się, że grać porządny heavy metal potrafili nie tylko panowie z Judas Priest.
Pierwsza płyta Marshall Law, zatytułowana po prostu Marshall Law, ukazała się w roku 1989, czyli tak naprawdę należy powiedzieć, że moment wybrano zły. Co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze królowały wtedy zespoły hard rockowe, a po drugie wezbrana fala powodzi zwanej NWOBHM zdążyła już opaść. No i oczywiście scenę zdominowały zespoły już znane i cenione. Mimo to panowie z Marshall Law zdołali nagrać swój debiutancki album. Album co najmniej dobry, co było zasługą gitarzystów Dave Martina i Andy'ego Southwella, którzy w niczym nie ustępowali umiejętnościom słynnej parze Tipton/Downing. Grali z wyraźną lekkością, bez niepotrzebnej napinki, a ich gitarowe dialogi, choćby te w Hearts And Thunder, to kawałek w obrębie klasycznego heavy metalu, ale naprawdę może się podobać. Sporą podporą zespołu jest tu także bardzo dobrze śpiewający Andy Pyke. Do najlepszych numerów na płycie zaliczyć także należy bez wątpienia Under The Hammer, oparty o doskonałe szarże obydwu wioślarzy, bardzo dobre melodie, choć mocno osadzone w tradycyjnym, metalowym graniu. Choć oczywiście cały czas nośnym i dynamicznym. Nieco inaczej można odebrać Screaming. Ten utwór jest bardziej, hmmm, dramatyczny. Chyba najbardziej z powodu melodii, jakie poprowadzono w refrenie. Czasami słuchając sobie ekipy Halforda miałem wrażenie, że niektóre riffy są grane bardzo siłowo. Nie lubię czegoś takiego i byłem miło zaskoczony obcując z tytułowym Marshall Law. Bo tu te same riffy zagrano z hard rockowym feelingiem. To wystarczyło, żeby wypaść naturalnie i przekonująco. We're Hot to następny killer z nośnym i dynamicznym riffem. No i ciągle mamy tu do czynienia z pojedynkującymi się gitarzystami, którzy jednak robią to ze słyszalną radością i luzem. Nie oznacza to jednak tego, że poza tym nic sie tu nie dzieje. Mamy tu oczywiście chóralne zaśpiewy, zmiany tempa no i zgrabnie wplecione, mocniej zagrane hard rockowe riffy. Takie jak na przykład w Feel It, który to jest tylko przedsmakiem do tornado, które nadciągnęło w System X. No, może nieco i przesadziłem (gdzie są doniczki?), ale ta ścieżka z pewnością należy do najlepszych na tym LP. Po raz wtóry podkreślam swobodę tego zespołu, który potrafi się także poruszać także w graniu bardziej, hmmm, "true", jeśli wiecie, co chcę powiedzieć... Wystarczy posłuchać takiego Rock The Nation. Nie obyło się jednak bez mielizn, a nawet wpadek. Bo co powiedzieć o takim When Will It End? Kompozycja taka sobie i nie ratuje jej nawet doskonałe wykonanie. I druga wpadka w postaci Feel It. No, po co to? Zwykły, rockowy numer, nie pasujący do zawartości płyty ani do tego, co ten zespół sobą reprezentuje. Jeśli się do czegoś przyczepić, to chyba właśnie do wymienionych utworów, no i do brzmienia, które jak na owe czasy mogło być zdecydowanie lepsze.
Obserwując ten zespół na dalszych płytach myślę, że poszli w złą stronę, a mogli być trzecią siłą, zaraz po Iron Maiden i Judasami w brytyjskim metalu. Grali swoje w ramach klasycznego i melodyjnego heavy metalu z przemykającymi tu i ówdzie elementami power. Niestety podążając za tymi drugimi zabrnęli w ślepą uliczkę, ale o tym może kiedyś indziej. Póki co, polecam zapoznać się z tym krążkiem. Niektórym może się naprawdę spodobać. Ocena dobra.
Oficjalna strona zespołu: www.marshalllaw.co.uk
Vincent sierpień 2010
|