Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

M.A.R.S. - Project: Driver [1986]
Wydawca: Shrapnel Records

  1. Nations On Fire
  2. Writing On The Wall
  3. Stand Up And Fight
  4. Nostradamus
  5. Unknown Survivor
  6. Fantasy
  7. Slave To My Touch
  8. I Can See It In Your Eyes
  9. You And I
Project: Driver

Skład: Tony MacAlpine - gitara elektryczna, instrumenty klawiszowe; Rob Rock - śpiew; Tommy Aldridge - perkusja; Rudy Sarzo - gitara basowa
Gościnnie: Mike Mani - programowanie instrumentow klawiszowych; Bret Douglas - chórki; Tommy Cosgrove - chórki; Mark Tate - chórki; Dino Alden - chórki; Mike Varney - chórki

Produkcja: Mike Varney

Czasem w metalowym światku zdarza się tak, że zbiera się kilku ludzi o znanych nazwiskach i nagrywa płytę. Efekty są różne, czasem lepsze, czasem gorsze. Nie zawsze jednak rewelacyjny skład i znane nazwiska gwarantują sukces. Można powiedzieć, że stało się także i w tym przypadku, choć tak naprawdę, czy do końca?

W przypadku zespołu M.A.R.S., nazwa pochodzi od pierwszych liter nazwisk Mac Alpine - gitara (zastąpił Craiga Goldy'ego), Aldridge - perkusja, Rock - wokal, Sarzo - bass. Z powyższego widać, że grają tu same sławy. Czy jednak ma to przełożenie na zawartość krążka? I tak i nie. Co prawda wirtuozerii MacAlpine'a specjalnie tu nie słychać, a wokalnie Rob Rock też raczej prezentuje się bardzo przeciętnie... Czy jednak jest to aż taki zły album, że nie da się go słuchać? Hmmmm, ja pozwolę sobie nie zgodzić się z takim stawianiem sprawy, choć jednocześnie przyznaję rację, że to wydawnictwo nie wchodzi od razu i trzeba kilku do niego podejść. Mi nie spodobało się za pierwszym razem i byłem gotów wywalić toto w cholerę i nie wracać do tego krążka nigdy więcej. Dałem temu jednak szansę i pierwsze, na co zwróciłem uwagę, to sposób gry Mac Alpine'a, a raczej jego rezygnacja z wszelkich neoklasycznych zagrywek i solowych pościgów. Ten pan gra tu rasowe heavy. Podoba mi się! I taka mała uwaga od razu: to, że Tony nie gra tu neoklasycznie, nie oznacza to automatycznie tego, że nie jest tu w formie. Nic bardziej mylnego. Po drugie, uwagę zwraca sposób śpiewania Roba Rocka - i tu oczywiście można wyłapać co nieco z jego solowych dokonań. Czy ktoś jednak spodziewał się, że będzie inaczej? Chyba nie ma takowych delikwentów. Ten wokalista właściwie na każdym krążku, na jakim śpiewa, robi to mniej lub bardziej podobnie do swoich solowych dokonań. Rasowi wokaliści już tak mają. Tak na marginesie, mało kto wie, że ta płyta miała być pierwszym, po rewelacyjnie przyjętej EP-ce, longplayem formacji Driver, gdzie także udziela się ten wokalista. Jak powszechnie wiadomo, demo to nigdy nie ukazało się w formie CD. Stało się to dopiero na krążku Sons Of Thunder z 2008 roku, na którym znalazły się m. in. dopieszczone wersje utworów z legendarnej demówki. No, ale wróćmy do M.A.R.S. Mamy tu do czynienia z dobrze podanym, amerykańskim heavy metalem, do którego można potupać nogą i śpiewać refreny. Może wielu mnie za to ukamienuje, ale słuchając Project: Driver mam skojarzenia z dwoma zgoła odmiennymi zespołami, mianowicie Racer X i Queensryche. W zasadzie nie mam się tu do czego przyczepić. Poza zarzutem (niestety, ale jednak) szablonowości, ten album naprawdę może się podobać. Są tu dobre, pędzące utwory takie jak I Can See It In Your Eyes, Writings On The Wall, epickie klimaty w najdłuższym na płycie Nostradamus, czy przebojowe hard rockowe granie jak w You And I (ach, te dalekie echa Scorpionsów). Szkoda, że ten zespół został potraktowany nieco po macoszemu, a fani nigdy nie dali im szansy na to, by mogli szerzej zaistnieć. Przecież tworzyli go ludzie, którzy mieli znaczący wpływ na muzykę metalową w latach osiemdziesiątych XX wieku. Mimo tego, ten zespół jest dziś zapomniany lub zbywany pogardliwym wzruszeniem ramion. Wielu taguje ten album łatką "Traditional Metal" i ja się z tym zgadzam. Czy jednak cały krążek jest aż tak "tradycyjny"? Co z agresywnym Unknown Soldier? Czyż i ten kawałek nie może się podobać? Śmiem twierdzić, że tak i to bardzo.

Podsumowując: bardzo fajny LP, który jednak nie chwyta od razu. Wydawnictwo bardzo, hmmm, techniczne, jeśli wiecie, co chcę powiedzieć i bez wątpienia ambitne. Uwagę zwraca bardzo oryginalny "sound" płyty. Wymienione cechy stanowią dla mnie o sporej wartości tego krążka. I nie zrażają mnie wpadki, które tu i ówdzie zdarzają się na tym albumie. Czas na notę. Moim zdaniem, jako że słucham tej płyty dość często, można postawić 8/10. A co! Tym, którzy po przeczytaniu tej recenzji nie zniechęcili się do tej płyty, niniejszym serdecznie polecam.

Brak oficjalnej strony zespołu

Vincent
wrzesień 2010