|
Skład: Steve Hogarth - śpiew; Steve Rothery - gitary; Pete Trewavas - gitara basowa; Ian Mosley - perkusja; Mark Kelly - instrumenty klawiszowe
Produkcja: Michael Hunter
Marillion od dawna nie jest już tym zespołem, który kładł podwaliny pod gatunek zwany rockiem neo-progresywnym. Od ładnych klikunastu lat bowiem zespół dryfuje sobie obok tego. Z jednej strony są tacy, którzy nazywają muzykę Marillion prawdziwie progresywną na tle zjadających własny ogon herosów pokroju Pendragon, inni kręcą nosem zarzucając zespołowi oddalanie się od rocka jako takiego i kierowanie się w stronę popu. Ile w tym prawdy, ile przesady, postaram się nakreślić opisując najnowsze dzieło grupy Somewhere Else. Tym razem Rothery i spółka
postanowili skoncentrować się na tworzeniu muzyki pod kątem kompozycji, a nie tylko klimatu, co zaowocowało "tylko" jednym krażkiem zawierającym "zaledwie" 50 minut materiału.
Powiem od razu, że jak rzuciłem okiem na czasy piosenek, odetchnąłem z ulgą. Żadnych kilkunastominutowych dziwadeł jak na Marbles. To już budziło nadzieję. No i jeszcze wypowiedź Hoggy'ego, że płyta ma bardziej żywe brzmienie niż ostatnio... Album rozpoczyna The Other Half i co od razu rzuca się w uszy, to tępe nieco przytłumione brzmienie. Nie jest to dobra wiadomośc dla fanów potężnych produkcji, bo raczej ma się wrażenie, że Marillion dalej postanowił pławić się w pop-rockowym sosiku, całkiem bezpretensjonalnie i niestety najbardziej ucierpiał na tym bas i perkusja (w latach '60 to byłby pewnie szczyt możliwości, ale mamy już XXI wiek). Co ciekawe, Steve Rothery zaczyna sobie nieźle poczynać i w dalszej części utworu słyszymy nawet solówkę. Jak to musi brzmieć śmiesznie dla starego fana Marillion, który pamięta doskonale zapierające dech w piersiach popisy z Chelsea Monday czy Jigsaw. Jednak w dzisiejszych czasach (nie tylko w obozie Marillion) solówki gitarowe są po prostu reliktem. Steve gra oszczędnie, ale jego gitara po prostu "gada". Delikatnie przytłumione tremolo, tak, to już Rothery. Drugi numer to See It Like A Baby. Wybór tego kawałka na singla, jak dla mnie pomysł absolutnie chybiony (zresztą tak też było podczas promocji Marbles). Utwór nie zwraca absolutnie mojej uwagi. Steve Hogarth coś sobie nuci pod nosem, a kawałek nie jest nawet specjalnie melodyjny. No nic, jedziemy
dalej. Thank You, Whoever You Are jest wciąż senne, ale tutaj po raz kolejny zaczyna czarować gitara. Na tyle skutecznie, że słucha się tego całkiem przyjemnie, choć na dorbą sprawę dalej mamy do czynienia z raczej spokojnym pop rockowym graniem. Most Toys ma nam udowodnić, że Marillion potrafi zagrać ostrzej i w sumie wychodzi coś na kształt Anoraknophobii (tam takich momentów było więcej). Kawałek jest
dosyć prosty i chwytliwy, zakładając oczywiście wszystkie ramy, w jakich porusza się Marillion od ładnych kilkunastu lat. Utwór tytułowy niejako przypomina mi po części wspomnianą Anoraknophobię (tutaj z kolei w jej łagodniejszych fragmentach), ale w pewnej chwili wchodzi motyw niczym z legendarnego już Season's End. Bardzo podobny cytat no i pod koniec tego kawałka zespół na tyle się rozkręca, że mogę to już śmiało nazwać rockiem progresywnym, jaki znamy w wykonaiu zespołu przed laty. Voice From The Past płynie sobie spokojniutko i jedyne co w tym utworze mnie porusza to partia gitary Steve'a. Bardzo ładnie sobie czaruje melodie. Delikatny śpiew Hoggyego to jednak nie najlepszy pomysł moim zdaniem, bo tutaj bardzo przypomina mi to zabiegi z płyty Radiation, gdzie Hogarth po prostu marudził coś pod nosem przez całą długość trwania albumu. Choć generalnie pokazuje momentami że stać go na wiele. Może jeszcze nie w No Such Thing (swoją drogą kawałek idelanie nadający się na promocję tej płyty, tylko czy ja kiedyś już tego nie słyszałem?), ale w następnym The Wound. Utwór ma chyba najwięcej z rocka progresywnego, zdecydowanie wprowadza trochę ożywienia w ten senny klimat albumu. Zespół gra zdecydowanie rockowo i pewne proporcje intrumentalne są tutaj zachowane ściśle z właściwym dla Marillion gatunkiem. Wydaje mi się, że sam sposób grania Iana Mosleya jest zdecydowanie lepszy niż ostatnio (unika tutaj na szczęscie nowomodnych rytmów, choć jego bębny brzmią jak Moody Blues w latach '60). Pod Koniec The Wound zespół traci impet niestety. Trochę szkoda, ale oto zaczyna się juz następny na płycie The Last Century For Man. Żadna rewelacja, chociaż kawałek ma w sobie sporo z w miarę udanej płyty Anoraknophobia, jednak jest strasznie senny i proszę mi wierzyć, nie jest to żadne nadużycie, bo płyta jest naprawdę bardzo spokojna. Końcówka tej kompozycji sprawia wrażenie, jakby spiętrzone kakofonie dźwięków tworzyły klimat dnia Sądu Ostatecznego (efekt zastosowany już przez The Beatles w utworze A Day In Life). Na koniec płyty delikatna (a jakże) balladka, która zaśpiewana jest tak zwiewnie, że aż niesmacznie ;).
Niełatwo podsumować ten krążek. Mamy tutaj muzykę kontemplacyjną, czasami tylko mającą coś współnego z rockiem, bardzo mocno nasączoną klimatem lat '60. Myśle że jakby ten album ukazał się 4 dekady temu, byłby czymś absolutnie zwyczajnym, czymś na porządku dziennym. Na pochwałę
zasługuje jednak Steve Rothery i naprawdę nie spodziewałem się, że napiszę tak o gitarzyscie Marillion w jakiejkolwiek recenzji ich nowej płyty. Po prostu czasami słychać, jak odświeża sobie stary warsztat i te momenty krążka robią największe wrażenie. Dla kogo zatem jest ta płyta? Napewno ci, którym przypadły do gustu ostatnie albumy Marillion nie będą zawiedzeni, ale mogą sięgnąć po ten album i ci, którzy chcą trochę relaksacyjnej, niezbyt nachalnej muzyki z pogranicza popu i rocka. Tutaj jeszcze jedna rzecz warta odnotowania. To nie jest jakaś tam słodka muzyczka pop, bo większość kompozycji jest raczej smutna i żeby tak trochę spiąć to klamrą dodam, że to niesamowite solo z kawałka otwierającego album długo pozostaje w pamięci.
Oficjalna strona zespołu: www.marillion.com
LSDisease kwiecień 2007
|