Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

MARILLION - Radiation [1998]
Wydawca: Intact Castle Communication / Velvel / Koch Records / Sanctuary Records
/ Pony Canyon

  1. Costa del Slough
  2. Under The Sun
  3. The Answering Machine
  4. Three Minute Boy
  5. Now She'll Never Know
  6. These Chains
  7. Born To Run
  8. Cathedral Wall
  9. A Few Words For The Dead
  10. The Space (live acoustic) [japoński bonus]
  11. Fake Plastic Trees (live acoustic) [japoński bonus]
  12. Estonia (acoustic studio version) [amerykański bonus]
  13. Memory Of Water (Big Beat mix) [amerykański bonus]
Radiation

Skład: Steve Hogarth - śpiew; Steve Rothery - gitary; Pete Trewavas - gitara basowa, gitara akustyczna w [5]; Ian Mosley - perkusja i instrumenty perkusyjne; Mark Kelly - instrumenty klawiszowe

Produkcja: Marillion i Stewart Every

Po torturze albumem This Strange Engine nie spodziewałem się po Marillion powrotu do formy znanej choćby z płyty Brave. Album Radiation ukazał się nieco ponad rok po poprzedniku i tym razem miało to być bezpretensjonalne wydawnictwo, gdzie nikt na siłę niczego nie ciśnie. Biorąc pod uwagę zawartość "Promieniowania" mogę śmiało stwierdzić, że zamysł ten się udał, bowiem mamy tutaj różnorodne granie, w którym kombinowanie ograniczono do niezbędnego minimum, ale muzykę można dalej nazywać rockiem progresywnym.

Całość otwiera intro w postaci Costa del Slough, relaksacyjne granie niczym z lat dwudziestych XX wieku, gdzie Hogarth śpiewa zmodyfikowanym głosem, że dziura ozonowa mu pasuje, bo dzięki niej Anglia latem jest cieplejsza. Humor chłopakom dopisywał i bardzo dobrze, bo przy tak kontemplacyjnej muzyce, jaka znalazła się na Radiation, potrzebne są pozytywne emocje. Dalej wchodzi prosty rockowy Under The Sun. Jest to prawdziwy rock, żadna podróba z przesterowaniem gitar wykorzystanym tylko po to, byle narobić hałasu. Steve Rothery gra w manierze bluesowej, ale wszystko ciąży ku rock and rollowej stylistyce. Bardzo dobry początek. The Answering Machine przypomina mi trochę kompozycje, jakie parę lat później znalazły się na Vapor Trails grupy Rush. Kawałek może nie jest jakoś specjalnie porywający, ale słucha się go całkiem nieźle. Głos Steve's przepuszczono przez wokoder, co może niezbyt do Marillion pasuje, lecz tutaj liczy się konkretna stylistyka, wobec której panowie są po prostu ulegli. Three Minute Boy to kompozycja zrobiona z ogromnym rozmachem. Zaczyna się spokojnie, balladowo, by wejść w progresywny szyk, jaki pamiętamy choćby z płyt Season's End czy Brave. Utwór opowiada o zmarnowanym życiu rockowej gwiazdy i raczej nie ma optymistycznego przesłania, aczkolwiek nie jest to żadne smęcenie, z którego niestety grupa była już wówczas znana (głównie za sprawą Hoggy'ego, który pchnął grupę na psychodeliczne tory). Na pozycji numer 5 mamy właśnie do czynienia z takim marudzeniem Hogartha. Bardzo spokojny utwór, wyciszający i byłby całkiem niezły, gdyby nie miałczenie Steve'a. No właśnie, myślę że Hoggy generalnie nie popisał się na tym krążku. Owszem w Under The Sun pokazuje, że stać go na wiele, ale w spokojniejszych partiach płyty po prostu odlatuje w swoją krainę snu. I Now She'll Never Know jest tego najlepszym przykładem. These Chains zostało wydane na singlu i jest to wybór jak najbardziej naturalny, gdyż utwór jest całkiem przebojowy. Można powiedzieć, że to piosenka pop, tyle że naturalnie ambitniejsza niż to, co zapodawano wówczasz w radio. No i przyszedł czas na pierwszy blues w karierze zespołu. Born To Run to bardzo łagodny, melancholijny, ale nie przytłaczający smutkiem utwór bluesowy. Podobne nuty grywał Gary Moore, kiedy znudził mu się hard rock. Kawałek ma brzmienie krystaliczne i bardzo wyraźne. Uważam także, że jest jedenym z lepszych na płycie. Oczywiście nie jest to rock progresywny, ale jak wspomniałem na początku recenzji, nic na siłę. Na koniec dwa dłuższe numery, w których grupa stara się nadrobić progresywnego stylu. Na początek siedem minut Cathedral Wall. Nagranie zrobione z psychodelicznym zacięciem, ale i jednoznacznie rockowe. Kto wie, może to najlepsza kompozycja na płycie, w każdym razie z pewnością wpisuje się w szablon rocka progresywnego i ten rock Marillion jest naprawdę progresywny, bo nie ma tutaj kopiowania twórców z lat '70, którzy kładli podwaliny pod ten gatunek. A Few Words For The Dead to kolejny hipnotyczny fragment, tym razem ponad 10 minut i tutaj moim zdaniem przesadzili. Utwór rozwija się tajemniczo dźwiękami z zaświatów, by przerodzić się w bardzo jednostajny, monotonny numer, gdzie melodia jak z jakiegoś buddyjskiego snu powtarzana jest niczym mantra. Oczywiście utwór pod koniec nabiera rockowego rozmachu, ale nie jest to nic tak ekscytującego jak powiedzmy ścieżka The Space, która zamykała Season's End.

I tak kończy się "Promieniowanie", płyta stosunkowo krótka, bo trwająca niespełna 50 minut, ale powiedzmy sobie szczerze, tyle w zupełności wystarcza od zespołu grającego w ten sposób. Marillion przebyło długą drogę od czasu Script For A Jester's Tear i na Radiation nie ma już śladu po fishowych rozterkach, ani nawet po orkiestrowym rozmachu wczesnych płyt z Hogarthem. Marillion w 1998 roku byli już całkiem innym zespołem. Może nie pobili tym krążkiem swoich osiągnięć z lat '80 czy początku '90, ale przynajmniej nie zjedli własnego ogona jak ich rodacy z Pendragon. Płyty słucham rzadko, ale lubię do niej wracać. To bardzo oryginalne granie, nie do porównania z czymkolwiek.

Oficjalna strona zespołu: www.marillion.com

LSDisease
sierpień 2010