|
Skład: Eric Adams - śpiew; Scott Columbus - perkusja; Ross 'The Boss' Friedman - gitary, instrumenty klawiszowe; Joey De Maio - gitara basowa
Gościnnie: stuosobowy męski chór Canlodir
Produkcja: Manowar
"Najgłośniejszy zespół na świecie" (co można sprawdzić w Księdze Rekordów Guinessa). "Królowie Metalu" - tak nazwali ich fani i w sumie mieli rację, biorąc pod uwagę fakt, iż grali bezkompromisowo i nic się nie zmienili muzycznie ani ideologicznie przez 30 lat. Okładki i pozy rodem z epoki Miecza Posępnego czerepu, obnażone muskularne torsy, dużo stali i harczaące silniki Harleyów. Dla jednych pozerzy, dla innych bogowie. Manowar.
Ilekroć słyszę termin "heavy metal", jednym z pierwszych zespołów, jaki przychodzi mi na myśl, jest właśnie Manowar (obok Judas Priest i Iron Maiden). W 1988 r. grupa wydała płytę Kings Of Metal, jedną z najlepszych w swej karierze, a kto wie, może i nawet najlepszą. Było to pierwsze wydawnictwo Mańka, jakie usłyszałem i pomimo upływu lat nadal ten album podoba mi się najbardziej. Pierwsze w zestawie jest Wheels Of Fire rozpoczynające się od warkotu motocyklowych silników. Dalej kawałek przechodzi niestety w mało ambitną sieczkę, co trochę psuje obraz całego wydawnictwa, de facto jeden z najszybszych numerów w karierze grupy. Całe szczęście kompozycję zaopatrzono w znakomity, nieco hymnowy, melodyjny refren stylistycznie osadzony w latach '80 (a niby to muzycy odcinali się od rocka komercyjnego). I nadciąga dużo lepszy kawałek tytułowy - Kings Of Metal. Muzyka zdecydowanie motocyklowa ze względu na gitary, ale rytmicznie to marsz kojarzący sie od razu z pochodem legionów. Pasuje to idealnie do okładki albumu, na myśl przychodzą wojownicy i czasy Conana Barbarzyńcy. Prawdziwe rytmy wojny. Heart Of Steal to jedna z najciekawszych pozycji na płycie, utrzymana w formie ballady. Podstawą są tutaj klawisze aranżowane na pianino, a głos Adamsa brzmi już znacznie łagodniej, drapieżność poszła w odstawkę. Zupełne przeciwieństwo dwóch pierwszych numerów, co idzie na plus, bo wydawnictwo dzięki temu nie jest monotonne stylistycznie. Na uwagę zasługuje chórek w drugiej części piosenki, który przypomina, że dalej mamy do czynienia z klimatami bitewnymi. A teraz nadszedł czas na solowy popis basisty Joeya DeMaio, jak dla mnie czlowieka numer jeden w tej kapeli. Joey postanowił przerobić słynny "Lot Trzmiela" Rimskiego-Korsakowa, co zaowocowało brawurowym wykonaniem tej klasycznej kompozycji tutaj ochrzczonej Sting Of The Bumblebee. Słyszałem już kilka coverów tej pozycji, ale wszystkie były grane na gitarze, w basowym wykonaniu DeMaio faktycznie numer nabrał żądła i potrafi ukąsić. Perełka. Z nagraniem The Crown And The Ring (Lament Of The Kings) wiąże się dość ciekawa opowieść. Otóż dla uzyskania odpowiedniego efektu udano się do Birmingham i w katedrze św. Pawła nagrano partie stuosobowego chóru męskiego, co nadaje kawałkowi bardzo podniosłego nastroju. Można się tu doszukać pierwowzoru dla charakterystycznych chórków w grających ponad dekadę później kapelach pokroju Rhapsody czy HammerFall. Po tym spokojnym numerze następuje bardziej dynamiczne, utrzymane już w średnim tempie, ale i bardzo melodyjne Kingdom Come. Jedna z najlepszych piosenek na płycie i w ogóle w dyskografii Mańka. Do tego dochodzi jeszcze sprytnie zaaranżowane gitarowe solo, czyli coś, co tygrysy lubią najbardziej. Bonusowe Pleasure Slave to raczej słaby utwor i zdobył sobie slawę tylko kontrowersyjnymi tekstami, które mogłyby urazić niejedną kobietę, zwłaszcza feministkę ;) Kawałek to dość rozwlekły i chyba najciekawszą jego częścią są te wszystkie damskie jęki... Hail And Kill składa się jakby z dwóch części, jedna jest epicka i jak dla mnie nudnawa, druga bardziej ostra i dynamiczna, bardziej pasująca do reszty repertuaru. Ponownie mamy do czynienia z polem bitwy i niektóre momenty kojarzą mi się z późniejszymi dokonaniami Grave Diggera, no ale to jednak Manowar zdecydowanie należał do prekursorów tego typu grania. Kolejne The Warrior Prayer nie jest w zasadzie typową piosenką, a raczej narracją opowiedzianą przez dziadka wnukowi na dobranoc. Starzec opowiada dzieje pewnej bitwy, którą miał rzekomo widzieć na własne oczy. Nie brak sugestywnych odgłosów owego starcia, słychac rżenie koni i uderzenia stali o stal. Jest to bardzo dobry wstęp do zamykającego krążek Blood Of The Kings jeszcze jednej bitewnej pozycji w zestawie. Przywodzi mi ona na myśl niektóre kawałki Judas Priest z podobnego okresu działalności, co opisywany album. Najbardziej podoba mi się tutaj solówka i wszystko wokoło niej.
Fanów Mańka nie trzeba przekonywać do tego wydawnictwa, oni już je mają pewnie w kilku egzemplarzach, podobnie jak i inne krążki zespołu. Co się zaś tyczy przygodnych słuchaczy, którzy po prostu chcieliby się zapoznać ze stylistyką gry tej dość oryginalnej kapeli, to Kings Of Metal z pewnością nada się na płytę pierwszego kontaktu. To bardzo udany album i aż dziwne, że wytwórnia nie przyłozyła się należycie do jego promocji w conajmniej tak dużym stopniu jak do poprzednika.
Oficjalna strona zespołu: www.manowar.com
Guitarrizer marzec 2008
|