|
Skład: Eric Adams - śpiew; Donnie Hamzik - perkusja; Ross 'The Boss' Friedman - gitary, instrumenty klawiszowe; Joey De Maio - gitara basowa
Gościnnie: Sir Christopher Lee - narracja w [6]
Produkcja: Manowar
Z pewnym niedowierzaniem przyjąłem jak zwykle pompatyczne i pełne charakterystycznej (a jakże) emfazy zapowiedzi szefa Manowar, pana Joeya DeMaio, o ponownym zamiarze nagrania klasycznego już, debiutanckiego krążka Battle Hymns. Po co robić jeszcze raz to, co dziś nadal jest przykładem jednego z najbardziej imponujących i bezprecedensowych heavy metalowych debiutów? Nieraz przecież można się było przekonać, że nowe wersje starych utworów wypadały po prostu źle.
Po co brać się za ponowne nagrywanie prawdziwego klasyka? Po co nagrywać raz jeszcze, skoro dwa razy ukazywały się wersje remasterowane tego LP? Przypomnę, że w roku 2000 wytwórnia EMI wypuściła pierwszy remaster, a już rok później Metal Blade, nie chcąc być gorsza, wydała własną, remasterowaną wersję Battle Hymns. Jakby tego było mało, prac nad tą drugą, poprawianą i upiększaną wersją debiutanckiego albumu Manowar, pilnował sam DeMaio. I to zapewne z tego powodu dołączono do tego wydania 20-stronicową książeczkę ze zdjęciami, "upiększoną" okładką i wywiadami z muzykami zespołu. Nie mam nic do tych zabiegów, uważam je za całkiem fajną i potrzebną działalność. Ale chyba to wystarczy i nie trzeba nagrywać starych numerów raz jeszcze? Bo co w nich było takiego złego, że najgłośniejszy band świata postanawia nagrać je ponownie? Przecież tamte wersje sprzedawały się i zapewne sprzedają całkiem nieźle. No cóż, myślę, że powody tej decyzji są conajmniej dwa. Pierwszy z nich to zapewne ten, że DeMaio nie ma żadnej kontroli nad tym jak i w jaki sposób ta płyta jest udostępniana fanom. Czyli mówiąc wprost - apodyktyczny szef Manowar zarabia na tym zdecydowanie za mało. Po drugie, jak zapewne wszystkim wiadomo, zespół po rozstaniu z poprzednim wydawcą założył własną wytwórnię, szumnie ochrzczoną jako Magic Circle Music, a jak wiadomo, biznes musi na siebie zarabiać. Jak widać organizacja Magic Circle Festival to za mało. Wydawanie płyt kolegi Rossa widocznie też. Nie mówiąc o pomniejszych zespołach, które są pod ojcowską opieką Joeya. Pytanie nasuwa się zatem takie: czy czeka nas cała fala raz jeszcze nagrywanych albumów Manowar? Szczerze mówiąc - nie zdziwiłbym się. Mało tego. Słuchając sobie Battle Hymns MMXI jestem zdecydowanie za. Bo odkurzone wersje starych kawałków brzmią, co tu dużo gadać, po prostu kapitalnie. Nie będę hipokrytą i przyznam się, że słuchając wcześniej dostępnych próbek w postaci "surowego miksu" byłem pełen obaw o zawartość tego krążka. Zastanawiałem się, dlaczego DeMaio chce psuć świetny album. No cóż, muszę pochylić z szacunkiem głowę i powiedzieć, że się po prostu myliłem. Dlatego czekam na kolejną porcję smakowitych kawałków. Kto wie, może się doczekam? Snując rozważania, po co, na co, komu, dla kogo i kto ile na tym zarobi, przyszedł mi do głowy jeszcze jeden powód, dla którego Amerykanie zdecydowali się na ten śmiały i co tu dużo dywagować - bardzo ryzykowny krok. To bardzo proste i rzekłbym, że nawet prozaiczne. Bo... czyż nie można temu zasłużonemu zespołowi odmówić prawa do zagrania raz jeszcze pod swoją nazwą tych samych kawałków w odświeżonych aranżacjach? Czyż nie mają prawa do poczucia TEJ magii raz jeszcze, magii chwil w których nagrywa się debiutancką płytę? Jakie mamy prawo odmawiać im tego, choćby miała to być naprawdę ostatnia rzecz, jaką mieliby zrobić? Przecież nawet jeśli zagraliby nowe kawałki pod swoim szyldem, to czy zarobiliby mniej pieniędzy? Na pewno nie! Jasne, można mówić i szydzić z nich, wytykając ich palcem, oskarżać ich o przysłowiowy "skok na kasę". Zanim jednak to zrobicie, postawcie się w ich sytuacji. No i skoro tego chcieli, to nic nam do tego, bo wyszło po prostu kapitalnie. Niełatwo jest zespołom w XXI wieku uzyskać czyste, niczym nie skażone brzmienie żywcem wyjęte z lat '80 ubiegłego stulecia. Gdyby tak zrealizowany album z taką zawartością ukazał się dziś, to jestem tego pewien, że krytycy ślinili by się nad nim i zewsząd padałyby ochy i achy, a oceny byłyby bardzo wysokie. Sama płyta stałaby się z miejsca bestsellerem, a z zespołu uczyniłaby megagwiazdę muzyki metalowej. Tymczasem Manowar spokojnie pracował nad nowymi wersjami utworów. Chwil kilka trzeba poświęcić, by o nich opowiedzieć. Death Tone wita nas charakterystycznym rykiem silnika Harleya, by po chwili zespół zaskoczył wszystkich. Czym? No właśnie. To brzmi po prostu kapitalnie. Klasyczny heavy metal. Czystej, szlachetnej i królewskiej krwi. I ten niesamowity Adams... Jak on tu śpiewa! Żadnej napinki, żadnego udowadniania, co to nie on. Z naturalną lekkością, ale stanowczo pokazuje innym wokalistom: "Panowie, z całym szacunkiem, ale nie podskakujcie. Tam jest wasz kawałek podłogi. Tu rządzę ja!". Dobitnie utwierdza nas w tym przekonaniu zespół, który również pyta z uśmiechem: "No, kto nam podskoczy?". Hmmmm, zawodników brak. Metal Daze, czyli klasyczny, koncertowy utwór Manowar. Krótko: przebój. Śmiem twierdzić, że przebija oryginalną wersję z 1982 roku. Najbardziej podoba mi się ten chórek. No, brzmi to tak, jak nie przymierzając w tamtych latach i na tamtych, heavy metalowych płytach brzmiało. I wiecie co? Ten rzemieślnik, ten patałach Logan gra po prostu świetnie. A Donnie Hamzik chyba mocno wziął sobie do serca to wyzwanie. Gra bardzo Manowarowo i chyba nic się nie stało, że nie ma Columbusa w składzie. DeMaio demoluje basem, a Eric wspina się na swoje wokalne wyżyny. Pełen byłem obaw o arcyważny Fast Taker. Słysząc jak to zrobiono naprawdę się uśmiechnąłem. Cudownie to brzmi. Po prostu mega-przebój! Shell Shock nie może się nie podobać. Panowie! Bracia! Oddaję Wam pokłon. Odwaliliście kawał dobrej roboty. Noga sama wybija rytm. Pora na kolejny, koncertowy killer, czyli po prostu Manowar. Pamiętam, że w oryginalnej wersji tak jakoś nie bardzo mi się podobał. Tymczasem nowa, odświeżona wersja całkowicie burzy moje wrażenie. Klasa sama w sobie. Niech to Wam wystarczy za rekomendację. No i teraz prawdziwy test. Od tego wszystko zależało. Od tego jak zagrają Dark Avenger. Zagrali przecudownie. Na kolana! Miałem drugie pytanie: kto zastąpił Orsona Wellsa? Posłuchajcie. Świetnym posunięciem i chyba jedynym słusznym było zaproszenie sir Christophera Lee. Posłuchajcie tego, jak On to czyta! I te tło! Logan sprawił się tu na medal. No, ale Karl umie grać klimatycznie. Tu wypadł bez zarzutu. A potem wejście Adamsa. Coś niesamowitego! William's Tale, czyli popis DeMaio na basie. I nic więcej. I koniec, Wielki Finał: tytułowy Battle Hymn. Pozwólcie, że napiszę jedno słowo: cudownie. Po prostu cudownie zrobiony kawałek. Piękny i Majestatyczny z niesamowitym zakończeniem. Jako bonus dodano dwa utwory: pierwszy z nich to Fast Taker (live), wersja koncertowa z 31 lipca 1982, nagrana podczas występu w Taylor City Expo Center Arena w Abilene w stanie Texas. Drugi to Death Tone, też w wersji koncertowej, nagrany podczas występu w Dallas (Texas) w Reunion Arena 1 sierpnia 1982 roku. Powiem: e tam. Studyjna zawartość jest o wiele, wiele bardziej ciekawsza. Te dwa bonusy to taki uśmiech, wspomnienie o tym, jak zespół brzmiał i grał wtedy, a jak to robi dziś. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że różnica jest kolosalna.
Podsumowując: ten, kto się z tym Dziełem nie zapozna jest uboższy. Polecam serdecznie.
Oficjalna strona zespołu: www.manowar.com
Vincent listopad 2010
|