Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

YNGWIE J. MALMSTEEN'S RISING FORCE - Perpetual Flame [2008]
Wydawca: Rising Force Records

  1. Death Dealer
  2. Damnation Game
  3. Live To Fight (Another Day)
  4. Red Devil
  5. Four Horsemen (Of The Apocalypse)
  6. Priest Of The Unholy
  7. Be Careful What You Wish For
  8. Caprici Di Diablo
  9. Lament
  10. Magic City
  11. Eleventh Hour
  12. Heavy Heart
Perpetual Flame

Skład: Tim 'Ripper' Owens - śpiew; Yngwie J. Malmsteen - gitara prowadząca i rytmiczna, gitara basowa, dodatkowe partie instrumentow klawiszowych, chórki; Derek Sherinian - instrumenty klawiszowe; Patrick Johansson - perkusja

Produkcja: Yngwie J. Malmsteen

Pomimo mojego uwielbienia dla gry Malmsteena nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Yngwie coraz bardziej się wypala. Ostatnim wielkim dziełem Szweda było dla mnie genialne Alchemy wydane dziewięć lat temu, trzy kolejne studyjne krążki przyniosły muzykę zaledwie poprawną, ustepującą poprzednikom i nie uratowała ich nawet obecność takich profesjonalnych wokalistów jak Boals i White. Nie obiecywałem zatem sobie niczego szczególnego po tegorocznym Perpetual Flame, na którego pretensjonalnej okładce Malmsteen po pewnej przerwie poostanowił pojawić się po raz kolejny, także obecność w składzie Rippera Owensa, za którym z kolei nigdy jakoś nie przepadałem, nie budziła we mnie specjalnych nadziei. Jakiś czas temu grupa Yngwiego grała dość blisko mojego miejsca zamieszkania, na koncert ten jednak nie poszedłem myśląc sobie, że jest wystarczająco dużo pięknych kobiet na ulicach, by iść oglądać jakichś podstarzałych muzyków, po zapoznaniu się z Perpetual Flame szczerze zacząłem żałować mojej tamże absencji.

Możecie mi wierzyć lub nie, ale Yngwie powrócił do starej dobrej formy, brzmienie albumu, jak by to ujął wulgarnymi ale i zabójczo trafnymi słowami mój kolega, po prostu "upierdala nogawki u nóg", a to dzięki temu, że za miksowanie wziął się Roy Z (współpracował z Halfordem i Dickinsonem, ostatnio wiosłuje w szeregach grupy Driver), także Owens ze swoim głosem wpasował się idealnie w stylistykę gry Malmsteena, a Sherinian to już jest marka sama w sobie i nie wymaga komentarza. Otóż wyobraźcie sobie taki miks tego, co słyszeliśmy na Trilogy z tym, co wylewało się z głośników na Alchemy. Tak właśnie wypada rozpoczynający album utwór Death Dealer, Ripper swą manierą wokalną naśladuje Soto i Boalsa, gitarowe riffy na zmianę przypominają zagrywki z wyżej wymienionych płyt. Dziewięć pieprzonych (teraz dla odmiany ja przeklnę) lat czekałem na taki kawałek! Jeszcze trochę i wyraz zadowolenia z twarzy trzeba mi będzie zdejmować chirurgicznie. Tempo dość szybkie, typowa dla Yngwiego mieszanka hard rocka, muzyki poważnej i power metalu, jaką fani maestra uwielbiają. Najwyraźniej gitarzysta próbuje odświeżyć swoje stare przeboje, bo z kolei w Damnation Game podobieństw dopatrzyć się można do czasów Marching Out, nawet brzmienie gitary jest jak żywcem wyjęte z tamtego krążka. Niech tam każdy mówi co chce, ale akurat tego muzyka lubię bardziej w starej sprawdzonej stylistyce niż eksperymentującego. Do samych kompozycji nie mogę się przyczepić, niestety tego samego powiedzieć o solówkach już nie mogę. Yngwie ogrywa oklepane schematy i coraz ciężej odnaleźć tutaj coś szczególnie zapamiętywalnego. Brakuje mi tu takich killerskich pomysłów, jakie Szwed miewał kiedyś grając solówki np. w Rising Force czy Demon Driver. No nic, trudno, nic nie trwa wiecznie, inwencja też kiedyś się kończy. Miło zaskakuje już nawet samym swoim intrem kolejne Live To Fight (Another Day). Dzwony kościelne (lub cmentarne), nieco demoniczny klimat, a dalej Owens z łatwością kameleona dostosowuje się do potrzeb kawałka i wypada trochę jak Vescera, kiedy to Malmsteen robi nam gitarową powtórkę z historii zapodając podobne riffy do czasów "Siódmego Znaku" / "Wielkiego Dzieła". Uwielbiam tamte płyty, więc nie trudno się domyślić, że i teraz ten typ grania mi odpowiada. Niespodzianek jeszcze nie koniec, bo oto Red Devil rozpoczyna się od wesołej i słodkiej melodyjki, takiej, co ciekawe, zupełnie nie malmsteenowej. Sam numer też w sumie nietypowy, chociaż na siłę dopatrzeć się można jakichś podobieństw do Bedroom Eyes. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że wszystkie dotychczasowe kawałki znacznie się od siebie różnią, tym razem nikt nie może zarzuciś Malmsteenowi, że się powtarza. Tytuł Four Horsemen (Of The Apocalypse) dla odmiany nie był dla mnie żadnym zaskoczeniem, po prostu wiedziałem, że po tych wszystkich "legionach wyklętych", "czarnych gwiazdach", wikingach, "kryształowych kulach", diabłach i "ogniu na niebie" wcześniej czy później pojawią się gdzieś motywy apokaliptyczne. Warto zwrócić uwagę na rytmikę utworu, gdzie partie gitary i aranżacje werbla z centralkami faktycznie pobrzmiewają tak, jakby tuż obok na złamanie karku pędzili jacyś jeźdźcy (Apokalipsy ;) ). Kiedyś też musiał się pojawić i zapychacz, tę niezbyt zaszczytną rolę przyjął na siebie Priest Of The Unholy. Wprawdzie nie jest to jakiś totalny gniot, ale wyraźnie ustępuje on poprzednim kawałkom, słucha się go dobrze, ale wciaż ze świadomością, że arcydziełem to nie jest. Problem niestety nie znika wraz z Be Careful What You Wish For, następną kompozycją w zestawie. Tak podobnych numerów Yngwie miał cała masę w swojej karierze, zwłaszcza na ostatnich płytach. Gdyby nie słowa, ciezko byłoby go jakoś odróżnić od reszty. Kto wie, może jednak utwór pojawi się w którejś z kolejnych części horroru "Wishmaster" ;). Powrót na wyżyny formy powraca w instrumentalnym Caprici Di Diablo, typowej malmsteenowej popisówce. Cała masa arpeggiów i techniki legato podbarwionej silniejszymi akcentami kostką, czyli to, do czego Yngwie zdąrzył juz nas przyzwyczaić. Przyznam się nieśmiało, że takie granie zawsze mi odpowiada, nawet pomimo świadomości, że jak na dzień dzisiejszy to już nic szczególnego. Lament to jeszcze jeden neoklasyczny instrumental, z tym że ogólne tempo jest zdecydowanie wolne, nie oznacza to jednak, że gitarzysta zrezygnował tu z szybszych przebiegów po gryfie. Takie kawałki też lubię. W bardziej bluesowej odsłonie Szwed pokazuje się w Magic City, choć i tym razem charakterystyczne wpływy z muzyki poważnej nie znikają jak kamfora. Jest to w sumie taki rodzaj rockowej ballady, gdzie nie ma gitar akustycznych, a nastrój tworzą grające wolno gitary przesterowane w towarzystwie klawiszy (sporo podobieństw dosłyszałem się tu do czasów Magnum Opus). Przedostatnie w zestawie Eleventh Hour ze względu na ciężkie i mocno nasycone środkiem brzmienie gitar kojarzy mi się z kolei z płytami typu War To End All Wars, przy czym warto wspomnieć, że klimatycznie nie odbiega to aż tak daleko od takich klasyków jak np. Final Curtain. To raczej mroczna kompozycja, tajemnicza, dokładnie tak samo jak jej pierwowzory. Dobrze się słucha solówek, także one trzymają klasę dawnej tworczości Malmsteena. Uwieńczeniem krążka jest jeszcze jeden utwór instrumentalny o mylącym tytule Heavy Heart. Wbrew pozorom nie jest to jakiś heavy metalowy numer, a bardzo spokojna, niemalże ilustracyjna ścieżka. Yngwie wymiata na swoim Fenderze, ale są to jego typowo bluesowo-neoklasyczne popisy na tle bardzo wolnego podkładu.

Wreszcie Yngwie Malmsteen nagrał płytę, na którą warto wydać pieniądze. Zrobił mi przy tym bardzo miłą niespodziankę, bo nie pomyślałbym, że skomponuje on jeszcze coś w klimatach starych albumów bardzo przeze mnie lubianych i chyba za szybko postawiłem na nim kreskę. Fani tego wirtuoza będą zapewne tak samo wniebowzięci jak ja, przeciwników Yngwiego i tak już nic nie przekona. Na zakończenie dodam jeszcze, że jest to chyba najlepsza płyta w karierze Rippera Owensa, którego też skreślilem wieki temu i też niesłusznie. Okazuje się, że to całkiem niezły wokalista, po prostu musi śpiewać w bardzo specyficznym repertuarze.

Oficjalna strona artysty: www.yngwiemalmsteen.com

Guitarrizer
październik 2008