|
Skład: Joe Lynn Turner - śpiew; Yngwie J. Malmsteen - gitary akustyczne i elektryczne, gitara basowa; Jens Johansson - instrumenty klawiszowe; Anders Johansson - perkusja; Bob Daisley - gitara basowa w [1, 2, 8, 9]
Produkcja: Jeff 'Björn' Glixman i Yngwie Malmsteen
Po wydaniu dobrze przyjętego albumu Trilogy dla Malmsteena nadchodzi ciężki okres. Okoliczności nie są dla niego sprzyjające, a dla jego muzyki najgorszy staje się fakt, że gitarzysta ulega wypadkowi samochodowemu, skutkiem czego traci władanie w prawej ręce. Rekonwalescencja zajmuje 18 miesięcy i wreszcie muzyk może przystapić do nagrywania jednego ze swoich największych komercyjnych sukcesów - płyty Odyssey. Jak zwykle zmienia się obsada zespołu wspierającego Yngwiego, tym razem mikrofon przejmuje Joe Lynn Turner, wokalista znany z wcześniejszych występów u innej legendy hard rocka (Rainbow), a partiami basu w kilku utworach zajmuje się Bob Daisley (m. in. grał z Ozzym Osbournem).
Płyta zaczyna się dość ostro i dynamicznie od Rising Force, utworu który swym tytułem nawiązuje do debiutanckiego krążka i nazwy zespołu Yngwiego, pod jaką występował od czasu swego drugiego dzieła. Zaskakuje nieco brzmienie tego albumu, bowiem jak na rok jego wydania brzmi on nieco archaicznie. Inne zespoły owego okresu dysponowały już brzmieniem bardziej wygładzonym, chciałoby się rzec, bardziej komercyjnym i nastawionym na emisję radiową. Mimo tego kawałek brzmi porządnie, słychać, że to rasowy hard rock, a nie jakaś tam muzyka pop. Poza riffem otwierającym numer najbardziej podoba mi się genialna solówka, silnie nacechowana wpływami neoklasycznymi, ale to przecież żadna nowość dla obeznanych z twórczością Szweda. Po ostrym wstępie płyta zakręca w bardziej ckliwe klimaty i prezentuje Hold On. Więcej tu klawiszy, a rytmika utrzymana jest w stylistyce marszowej, zupełnie jak w kilku utworach z albumu Trilogy. Można by pomyśleć, że to ukłon w stronę radia, gdyby nie bezlitosne solo skierowane w stronę bardziej ortodoksyjnie nastawionej części miłośników hard rockowej muzy. Yngwie tak bardzo się zapędził, że aż piosenkę trzeba było przy końcu wyciszyć ;). Heaven Tonight to najbardziej znany kawałek z zestawu, zapewne dlatego, że promowany był teledyskiem. Można w nim ujrzeć Malmsteena kopiącego powietrze, z czego niejeden się już naśmiewał oraz gryzącego struny, co zapoczątkował chyba Hendrix, a zakończył Axel Rudi Pell ;). Melodycznie przypomina to jedną z kompozycji z krążka poprzedniego, a także jeden z największych hitów Malmsteena - Teaser z kolejnej płyty studyjnej. Wydanie albumu w latach '80, który nie zawierałby ballady, to rzadkość, toteż i tutaj mamy Dreamin (Tell Me). Słyszałem już tak wiele pościelówek, że już mało która może mnie poruszyć, a ta akurat nalezy do tych, które zbytnio mnie nie ruszają. Owszem, piosenka jest składna, miła dla ucha, z pewnością spodoba sie kobietom i niejednemu słuchaczowi. W moim odczuciu jednak brak jest jej czegoś szczególnego, co odróżniłoby ją od setek podobnych. Dalej na szczęście jest Bite The Bullet, czyli coś, co tygrysy lubią najbardziej. Popis ostrego ale przemyślanego grania, porządne wymiatanie na gitarze, taka kwintesencja Yngwiego i strawa dla uwielbiających neoklasyczne nuty. Ten instrumentalny kawalek wydaje się dość krótki, na szczęście następujące po nim Riot In The Dungeons stanowi jego naturalną kontynuację i zaczyna się od identycznego riffu. Również jedna z najlepszych kompozycji w zestawie, ciekawie wypada tutaj głos Turnera, chociaż zawsze będę twierdził, że w utworach traktujących o świecie fantasy lepiej moim zdaniem sprawuje się Ronnie James Dio. Ponowna dawka neoklasyki w postaci pojedynku gitar i klawiszy, w tej ostatniej roli doskonale sprawuje się Jens, przy okazji warto dodać, że to już ostatnia płyta Malmsteena z jego udziałem. Przekorny tytuł Deja Vu, bo otwierająca go zagrywka ponownie przypomina dwa poprzednie numery, wprawdzie nie zupelnie dokładnie, ale stylistycznie jest bardzo zbliżona. Mam pewien sentyment do tego utworu, gdyż był to pierwszy kawałek Malmsteena, do którego zdobyłem nuty i wspominam teraz te wszystkie próby płynnego zagrania znajdujących się tam arpeggiów, w sposób nie kaleczący uszu potencjalnych słuchaczy - to było wyzwanie. Crystal Ball to najmniej lubiany przeze mnie numer z tej płyty. Nie wnosi nic nowego, powiela wcześniejsze(i późniejsze) schematy, słowem nie wyróżnia się niczym szczególnym, no może poza solówką. Jest to niestety jeden z zapychaczy, przed ktorymi nie ustrzegł się nawet gitarzysta takiej klasy jak Yngwie. Za to dalej następuje Now Is The Time, hicior typowo malmsteenowy, z demonicznym wstępem na klawiszach i kolejnymi ciekawymi aranżacjami rownież przy uzyciu klawiszy. Przebojowa zwrotka i pojawiające się tu i ówdzie ostre gitarowe riffy, z jednej strony kojarzące się z klasyką hard rocka, z drugiej hołdujące nieco Hendriksowi. Faster Than The Speed Of Light straszy nas ogromna prędkością, ale na pogróżkach się kończy. Żaden z muzyków nie osiągnął tu zapowiadanej superpredkości, także Yngwie nie pokazał tu niczego, czego nie słyszelibyśmy wcześniej, choć solówka oczywiście pełna jest szybkich przebiegów po gryfie, a do tego jeszcze trwa całkiem długo. Kolejne Krakatau, nawiązujące do jednego ze znanych wulkanów, jak się okazuje, nawiązuje też do wielu zagrywek znanych z pierwszej płyty solowej wirtuoza i stylistycznie idealnie by się na nią nadawało. Nic dziwnego, że recenzenci i krytycy wypominają Yngwiemu ciagłe powtarzanie się, przecież stosując takie patenty można nagrać nawet tysiąc bliźniaczo brzmiących wydawnictw. Na usprawiedliwienie gitarzysty zaargumentować możemy tylko tym, że kolejne krążki bedą zawierały różne smaczki i bedą bardziej zróznicowane pod względem tempa utworów. Płytę zamyka instrumentalna ballada o tytule Memories. W moim odczuciu jest o wiele lepsza od poprzedniej ballady z zestawu, mimo faktu, że jest bardzo krótka. A może to właśnie ta krótkość sprawia, że nie jest to kompozycja banalna?
Odyssey jest jednym z klasycznych albumów Malmsteena i każdy, kto chce prześledzić jego twórczość, niewątpliwie musi się z nim zapoznać. Moim zdaniem późniejsze krążki wypadają o wiele lepiej pod względem brzmienia, produkcji, jak i samych kompozycji, ale jak to zwykle bywa, wielu sie może ze mna nie zgodzić. Proponuję zatem wysłuchać wszystkie dzieła Yngwiego i wyrobić sobie własne zdanie.
Oficjalna strona artysty: www.yngwiemalmsteen.com
Guitarrizer styczeń 2008
|