Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

YNGWIE MALMSTEEN' - Eclipse [1990]
Wydawca: Polydor / PolyGram

  1. Making Love
  2. Bedroom Eyes
  3. Save Our Love
  4. Motherless Child
  5. Devil In Disguise
  6. Judas
  7. What Do You Want
  8. Demon Driver
  9. Faultline
  10. See You In Hell (Don't Be Late)
  11. Eclipse
  12. Making Love (Extended Guitar Solo) [tylko w japońskim wydaniu]
+ dodatkowy CD [tylko w japońskim wydaniu]:
  1. Eclipse
  2. Overture 1383
  3. Krakatau
  4. Far Beyond the Sun (live)
  5. Crying
Eclipse

Skład: Göran Edman - śpiew; Yngwie J. Malmsteen - gitary elektryczne i akustyczne, gitarowy syntezator Korg 23, pedały basowe Taurus, chórki; Mats Olausson - instrumenty klawiszowe, chórki; Svante Henryson - gitara basowa, kontrabas, chórki; Michael Von Knorring - perkusja

Produkcja: Yngwie J. Malmsteen

Poprzedzająca niniejsze wydawnictwo Odyssey odniosła komercyjny sukces. Album trafił do pierwszej 40 Billboardu, a w Ameryce oblał się złotem. Pomimo tego zespół prowadzony przez miewającego humory Szweda rozpadł się i muzyk był zmuszony poszukać nowego składu. Tym razem do kapeli trafili wyłącznie rodacy Malmsteena, co niewątliwie jest ciekawostką samą w sobie. Nie podejrzewałbym Yngwiego o przesadny patriotyzm, nie w tym rzecz. Wybór padł na utalentowanych muzyków, którzy w 100% wywiązali się z zadania. W 1990 roku, na rynku pojawiło się promowane przez Polygram wydawnictwo zatytułowane Eclipse.

Przez wszystkie lata swojej kariery Malmsteen miał szczęście do wokalistów. Mało znany w owym czasie Göran Edman uchodzi dzisiaj za jednego z lepszych śpiewaków. I można uznać, że występy w kapeli Malmsteena utorowały mu drogę do kariery (ani Norum ani Madison nie zapewniły mu takiego rozgłosu). Za pierwszym razem, gdy usłyszałem głos Edmana, byłem rozczarowany. Urzekły mnie gitary, urzekła mnie melodyjność. Wokal był jednak trochę bezbarwny. Po paru przesłuchaniach krążka przyzwyczaiłem się do barwy głosu Edmana i dzisiaj nie wyobrażam sobie nikogo innego śpiewającego na tym krążku. Göran i Yngwie są na tej płycie jak dwaj bracia, którzy doskonale znają się nawzajem i świetnie współpracują. Trafionymi okazały się również wybory basisty i klawiszowca. Zarówno znany ze współpracy z orkiestrami symfonicznymi Svante Heryson, jak i Mats Olausson stanęli na wysokości zadania. Eclipse zaczyna mocne, promowane przez teledysk Making Love. Utwór został nagrany w dwóch wersjach - "normalnej", przeznaczonej dla całego świata i w wersji z rozszerzoną solówką gitarową, która to trafiła na rynek japoński. Utwór świetny, choć z teledyskiem jest już gorzej. Pastelowe barwy, zespół (szczególnie Edman) wystylizowani na Enuff 'Z Nuff. Nie pasuje to do wizerunku, jakiego można by spodziewać się po Szwedach i było najprawdopodobniej efektem ślepej próby dopasowania się do aktualnie panującej mody. Wspomniany numer, podobnie jak What Do You Want może przywoływać na myśl takie płyty jak chociażby Trilogy. Widać zresztą, że w okresie tym dla Malmsteena równie ważną jak wirtuozeria stała się przebojowość. Trylogia i Odyseja niosły w sobie sporą dawkę melodyjności. Na Eclipse Malmsteen przeszedł jednak sam siebie i krążek ten należy uznać za najbardziej przebojowy i najlżejszy w jego dotychczasowej karierze. I choć zabrzmi to trochę sztucznie, duża ilość klawiszy chwilami mogłaby wskazywać na zbliżenie do muzyki AORowej. Takiej, jaką można by określić mianem "przyjaznej dla radio". Wracając do zawartości muzycznej, cieżko byłoby mi wybrać ulubione kawałki z tego wydawnictwa. Zachwyca mnie, niedoceniany przez niektórych, Faultline. Odrobinę orientalny klimat, świetne i mocne wejścia gitar stanowią jedynie przedsmak tego, co czeka nas dalej. Solówka gitarowa powala na ziemię (choć na krążku da się znaleźć lepsze), a prawdziwym smaczkiem są wyczyny Edmana. Czasami zdarza mi się słuchać tego kawałka tylko po to, aby usłyszeć te nieśmiertelne chórki. A propos solówek, jedna z nich - zagrana przez Szweda w utworze Demon Driver jest podobno elementem nauki w szkołach muzycznych w USA i jest uważana za jedną z jego najsłynniejszych. Nie muszę chyba dodawać, że łatwo połamać sobie na niej palce. Nieźle wypada Motherless Child. Malsteen wymiata tak jak ma w zwyczaju, a ciężar uczynienia kompozycji wyróżniającą się wziął na siebie Edman. Dynamiczne rockery są tym, w czym szwedzka ekipa świetnie się odnajduje. Na krążku znalazło się również parę innych, lekko odmiennych utworów. Mam tu na myśli niezłe i mocne zarazem Judas jak i bardzo oryginalne jak na Malsteena, można rzec - hendriksowe Bedroom Eyes. Uwagę zwraca na siebie w tym przypadku nietypowa dla Szweda rytmika kawałka i trochę inne niż zazwyczaj podejście do gry. Utwór Devil In Disguise został zaopatrzony w ciekawe, intrygujące intro. Ten mroczny kawałek ukazuje inne, odświeżone oblicze zespołu. Tajemniczość, mistycyzm zmieszane z malmsteenową wirtuozerią, lecz podane w wolnym tempie, czynią z tego numeru jeden z bardziej oryginalnych i takiego którego dobrze się pamięta. Na płycie można również odnaleźć nienajgorszą balladkę zatytułowaną Save Our Love i świetny, umieszczony na końcu krążka numer tytułowy. Eclipse to jedyny kawałek instrumentalny na płycie i słychać w nim, że Malmsteen miał na niego mnóstwo pomysłów. Ciekawe aranżacje, dobre pomysły i duża różnorodność nawet niedowiarków mogą przekonać do mistrzostwa Szweda. Jedynym słabszym numerem, choć bardziej odpowiednim określeniem byłoby tu "tylko przyzwoitym", jest See You in Hell (Don't Be Late). No ale przecież wszystko nie może być idealne. Jeden wypełniacz to i tak dobry wynik dla Malmsteena, któremu tu na późniejszych płytach zdarzało się ich wiele umieszczać. Jako ciekawostkę dodam to, że Szwed zadedykował opisywane wydawnictwo Grahamowi Chapmanowi - znanemu na całym świecie komikowi z grupy Monty Pythona.

Eclipse jest dla mnie z pewnych względów płytą szczególną, która to w znacznym stopniu poszerzyła moje horyzonty muzyczne i skierowała gusta w stronę melodyjnego hard rocka. Jej największą siłą jest według mnie to, że idealnie łączy w sobie przebojowość i wirtuozerię. W takiej muzyce można się z łatwością zakochać, nawet wtedy, gdy zazwyczaj słucha się czegoś zupełnie innego. Polecam.

Oficjalna strona artysty: www.yngwiemalmsteen.com

Guciomir
marzec 2008