Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

MAGNUM - The Visitation [2011]
Wydawca: SPV Records / Steamhammer

  1. Black Skies
  2. Doors To Nowhere
  3. The Visitation
  4. Wild Angels
  5. Spin Like A Wheel
  6. The Last Frontier
  7. Freedom Day
  8. Mother Nature's Final Dance
  9. Midnight Kings
  10. Tonight's The Night
The Visitation

Skład: Bob Catley - śpiew; Tony Clarkin - gitary; Mark Stanway - instrumenty klawiszowe; Al Barrow - gitara basowa; Harry James - perkusja

Produkcja: Tony Clarkin

Na tę płytę, jak sądzę, czekała cała rzesza fanów. Ciągle wiernych i oddanych, choć temu brytyjskiemu zespołowi nie zawsze udało się nagrywać dobre krążki. Mimo to niezmiennie od roku 1978, kiedy to ukazał się ich debiutancki krążek Kingdom Of Madness fani ciągle wierzą, ciągle wyglądają nowej płyty swojego ulubionego zespołu. Bo i jest na co czekać. Nie ma takiej drugiej grupy w całym metalowym światku. Kto jak nie oni wyznaczali tak dobrze nam znaną, brytyjską elegancję grania? Kto dał światu tyle wspaniałych wydawnictw? Magnum!

Na nowy LP panowie Clarkin i Catley kazali czekać dwa lata. Szumne zapowiedzi głosiły, że ma to być wydawnictwo bardzo dopracowane. Powiem więcej. To miała być płyta tego Magnum, które wszyscy pamiętają z lat 80-tych i początku lat 90-tych. Atmosferę oczekiwania podsycały także wieści, że ma to być album odpowiadający dzisiejszym standardom. Że ma być nowoczesny. To ostatnie wywołało mój niepokój. Nowoczesne Magnum? Błagam, tylko nie to! Ja mimo wszystko wciąż żywiłem nadzieję, że tak się nie stanie. Ale... coś się zmieniło. Coś pękło. To jest wciąż te stare Magnum. Wciąż jest TA atmosfera i TEN głos, ale czegoś zabrakło. Może ja za dużo wymagam, może za dużo oczekuję, ale mimo wszystko odnoszę nieodparte wrażenie, że ten krążek jest smutny. A smutne Magnum to jedno z najbardziej niedobrych zjawisk w całym metalowym świecie. To się po prostu nie mieści w głowie. Niestety nie da się niczego innego powiedzieć o otwierającym album Black Skies. To jest ciągle te heavy metalowe Magnum, to prawda. Ale posłuchajcie tego utworu bardzo uważnie. Jest ta atmosfera, ta magia nut Clarkina, gdy jednak wchodzi Catley, to od razu uderza to jego zmęczenie. Jest tu sam, smutny, jakiś taki zrezygnowany. Nie usłyszy się tu tych jakże dobrze wszystkim znanych, kapitalnych wokalnych harmonii. I dlaczego ciągle ten jeden riff? Po co to przygnębiające pianino? Ktoś mi powie, że przecież nadal jest elegancko. Owszem. Tylko jednak to wszystko jakoś tak naciągnięte. Jak maska na twarzy aktora. Do tego ten tytuł. Ciężkie, czarne, ołowiane chmury. Ech... Nieco lepiej jest już w Doors To Nowhere. Fajny, rockowy kawałek. Tylko mam wrażenie, że tu przydałoby się ciut więcej gitar, a i Bob śpiewa już lepiej. Wiecej jest też tego grania "stricte" Magnum. To jednak dla starych fanów będzie chyba za mało. Tu z całą pewnością przydałoby się więcej pazura, wiecej mocy i tego charakterystycznego dla nich polotu. Nie jest jednak aż tak źle i pewne błyski dawnego geniuszu pojawiają się tu i ówdzie. Tytulowy The Visitation to znów jest te stare, dobre Magnum. Ciekawe, czy tylko ja mam wrażenie, że to znów jest jakieś takie sztucznie napompowane? Cholera, a może to ja za duzo wymagam? Przecież wszystko jest jak trzeba. Niby tak, ale mi tu jednak czegoś brakuje. Czegoś nieuchwytnego. Poważnym zarzutem, chyba najpoważniejszym ze wszystkich będzie utwór Wild Angels. Ja się nie zgadzam na to, by z typowego kawałka Magnum robić coś tak topornego. Nie mieści mi się w głowie, by znów zostawić Catleya samego. Przecież to jest wymarzony dla niego kawałek. I tak to schrzaniono... no, te zakonczenie woła o pomstę do piekła. Bardzo duże, wręcz ogromne nadzieje budzi Spin Like A Wheel. Świetny kawałek, a ja mimo kilku niedociągnięć nie będę się już znęcać. Bardzo podoba mi się ten numer. Nareszcie coś dla mnie na tym LP. To rozwinięcie to jest coś, co bardzo lubię w tego rodzaju graniu. Nie przekonuje mnie jednak The Last Frontier. Za mało w tym mocy, iskry, tego czegoś co podnosiłoby dusze. Próżno tu tego szukać. A szkoda, bo ten utwór mógłby być czymś więcej, może nawet sztandarową kompozycją Magnum, by nie powiedzieć hymnem. Zaiste nierówna ta płyta. Smutna. Są przebłyski, ale brakuje owego zwieńczenia. Tego najjaśniejszego diamentu w koronie, który świeci jasnym blaskiem. Czasem bywa tak, że gdy już się straci nadzieję, pojawia się TO. Freedom Day to najczystsze Magnum. Uwielbiam słuchać, jak ten utwór nabiera sił, rozpala się. Uwielbiam czekać na mniej wiecej szóstą minutę tego kawałka. Czysta magia tego wszystkiego, czym jest ten zespół. Po prostu ach i och. Znów będę jednak się złościć. Tym razem za zepsucie Mother's Nature Final Dance. Kto wymyślił ten refren? Po co? No, pytam po co? Sprawca tej zbrodni powinien za to pofrunąć. Niby to do siebie pasuje, ale burzy tę senną atmosferę. Niepotrzebnie. Wszak powiedziano "Nie budźcie marzeń ze snu..." Midnight Kings utworem złym nie jest, ale zaryzykuję stwierdzenie, że bardziej pasowałby na płytę poprzednią. To jeszcze jeden dowód, że oni wciąż mogą dać radę. Na zakończenie zespół serwuje Tonight's The Night. To nadal Magnum, tyle że w bardzo wygładzonej formie. Fajny, bardzo rockowy kawałek. Ale też niestety nic ponadto. I nie wiem, dlaczego niektóre nuty jakoś tak nachalnie kojarzą mi się z inym zespołem...

Dziwna ta płyta. Są umiejętności, są chęci, ale coś nie wyszło. Czegoś zabrakło. Zamiast tego jest wszechobecne zmęczenie. Jakaś taka apatia. To jest zbyt smutne wszystko. Nie ma tego ognia, tej radości. Niby wszystko jest na miejscu. Wszystko? Nie. Na pewno nie. Tylko Freedom Day. Jaka szkoda... Ech, ocenę trzeba jednak postawić. Niech więc z powodu sympatii dla Magnum będzie naciągane 7/10. Zainteresowanym umiarkowanie polecam.

Oficjalna strona zespołu: www.magnumonline.co.uk

Vincent
styczeń 2011