Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

LYNYRD SKYNYRD - Vicious Cycle [2003]
Wydawca: Sanctuary Records

  1. That's How I Like It
  2. Pick'em Up
  3. Dead Man Walking
  4. The Way
  5. Red White And Blue
  6. Sweet Mama
  7. All Funked Up
  8. Hell Or Heaven
  9. Mad Hatter
  10. Rockin Little Town
  11. Crawl
  12. Jake
  13. Life's Lessons
  14. Lucky Man
  15. Gimme Back My Bullets (feat. Kid Rock)
Vicious Cycle

Skład: Johnny Van Zant - śpiew; Gary Rossington - gitara; Rickey Mendlocke - gitara; Hughie Thomasson - gitara; Leon Wilkeson - gitara basowa; Billy Powell - instrumenty klawiszowe; Michael Cartellone - perkusja

Przyznam się, że mój wzrok zawsze skierowany był na zachód, a dokładnie za Atlantyk. Kocham amerykańską muzykę, amerykańską kulturę, amerykańskie mity. Jest w tym coś ekscytującego, jakieś przyjemne naiwne zadęcie, niewyszukana filozofia i brak męczącej i nużącej martyrologii. Gdy spojrzeć na kraj Wuja Sama przez pryzmat zabawnego kina lat '80, komiksów, czy amerykańskiego rocka, na myśl nasuwa się tylko jedno: "Cholera, jakiż to zajebisty kraj". Gdy pomyśleć o najbardziej amerykańskim z amerykańskich zespołów, na myśl przychodzi jeden - piewcy południa, ostatni konfederaci, Lynyrd Skynyrd.

Na swej najnowszej płycie Vicious Cycle panowie nadal dumnie trzymają się southernowej tradycji, zaskakując jednak od czasu do czasu mocniejszym, nowoczesnym brzmieniem. Już pierwszy utwór That's How I Like It uświadamia nam, że kowboje ani myślą sie zestarzeć. Potężny mięsisty riff zapowiada przyzwoitą hard rockową jazdę. I tak właśnie jest, przez 4 i pół minuty raczeni jesteśmy pierwotną niemal heavy metalową mocą, wspaniałym, zapadającym w pamięć refrenem i... doskonałą produkcją. Skoro już o produkcji wspomniałem, muszę przyznać, ze panowie postawili na nowoczesność. W cięższych utworach gitarzyści obniżyli strój gitar, przez co lekko upodobnili się do młodych ciężko grających kapel (That's How I Like It, All Funked Up, Dead Man Walking, The Way). Jako, że zabieg ten wykonany został ze smakiem i umiarem, nie drażni to "klasycznie nastawionego" ucha, a wręcz przeciwnie, sprawia całkiem przyjemne wrażenie. Dla takich, którym przeszkadza nawet malutka dawka nowych brzmień Lynyrdzi przygotowali prawdziwie rajcowne kawałki, jak Pick'em Up i Sweet Mama, gdzie dęciaki, slide'owa gitara, Hammond i pianinko wspaniale budują atmosferę przytulnego saloonu gdzieś w Alabamie. Skórzanym hardrockowcom do gustu przypadnie mocny Jake, prowadzony przez maszerującą partię basu i perkusji. Gdy włącza się gitara, robi się prawdziwy rasowy hard rock, aż chce się zdjąć zakurzony pokrowiec z wysłużonego Junaka. Osobną historią są zawarte na płycie ballady, z których każda z osobna wymaga krótkiego chociaż omówienia. Red White And Blue to wzruszająca opowieść amerykańskiego patrioty, oprawiona w przecudną rozmarzoną melodię. Przyznam, że tak cudnej piosenki dawno nie słyszałem. Mamy tutaj odpowiednią dawkę patosu, śliczne klawiszowe solo, świetny, prawdziwie męski głos Johnny'ego Van Zanta i cudną solówkę gitarową przy samym końcu. Za wielką wodą murowany hit, u nas rzecz godna podziwu. Kolejna ballada to Hell Or Heaven. Tekstowo bardzo blisko legendarnego Simple Mana. Tak samo jesteśmy świadkami rozmowy syna i matki, tak samo mały Van Zant dowiaduje się o podstawowych wartościach w życiu jakimi są Bóg, miłość, honor, ojczyzna. Muzycznie, bliżej stylu lat '80, a to za sprawą mocnego nośnego refrenu wzmocnionego orkiestrowym podkładem. Momentami blisko balladowej estetyki Bon Jovi. Kolejna przytulanka Life's Lessons i jeszcze bardziej przebojowo. Jakże wspaniale się to rozwija. Najpierw śpiew, delikatne wejście orkiestry a później mocniej i mocniej. Czuć piach pustyni na twarzy, zapach stopionego słońcem asfaltu, można nawet dojrzeć małe arkadyjskie, południowe miasteczko na linii horyzontu. Znów doskonała praca trzech gitar, znów murowany hit, znów skojarzenia z tym kowbojskim Bon Jovi. Niesamowita potęga brzmienia, cudna orkiestrowa aranżacja, mnogość chwytliwych motywów w 6 minutach. Prawdziwie epickie dzieło. Ostatnia ballada, Lucky Man, została zamieszczona przy końcu chyba po to, by obniżyć zwyżkująca dawkę adrenaliny w organizmach słuchaczy. Jest ładna i to chyba wszystko co można o niej napisać. Ładna, profesjonalnie zagrana i zaśpiewana. Ostatnim, bonusowym utworem, jest wykonany w duecie z Kid Rockiem lynyrdowy standard Gimme Back My Bullets. Kid Rock, jak wiadomo, jest dość osobliwym zjawiskiem w świecie muzyki popularnej, gościem, który niezbyt ma pojęcie o tym, co ma robić, tutaj jednak nie przynosi wstydu ani sobie ani Lynyrdom. Fajne zakończenie, choć kooperacja dość niefortunna.

Podsumowując tę południową opowieść, jest więcej niż bardzo dobrze. Piewcy Południa z dumą mogą nosić swoje kapelusze, ponieważ nagrali naprawdę mocna płytę i udowodnili, że southern rocka czas się nie ima. Rzecz obowiązkowa dla niepoprawnych marzycieli i wiecznych rockersów, dla reszty płyta godna polecenia.

Oficjalna strona zespołu: www.lynyrdskynyrd.com

BlackHeart
marzec 2004