Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

LUCIFER'S FRIEND - Lucifer’s Friend [1970]
Wydawca: Vertigo / Billingsgate Records / Repertoire Records / Brain / SPV / MSI Music Corporation

  1. Ride In The Sky
  2. Everybody’s Clown
  3. Keep Goin’
  4. Toxic Shadows
  5. Free Baby
  6. Baby You’re A Liar
  7. In The Time Of Job When Mamon Was A Yippie
  8. Lucifer’s Friend
  9. Rock N’ Roll Singer [bonus w niemieckiej reedycji]
  10. Satyr’s Dance [bonus w niemieckiej reedycji]
  11. Horla [bonus w niemieckiej reedycji]
  12. Our Word Is A Rock N’ Roll Band [bonus w niemieckiej reedycji]
  13. Alpenrosen [bonus w niemieckiej reedycji]
Lucifer’s Friend

Skład: Peter Hesslein - śpiew, gitara prowadząca, instrumenty perkusyjne; Peter Hecht - pianino, instrumenty klawiszowe, róg francuski w [1]; John Lawton - śpiew; Dieter Horns - gitara basowa; Joachim Rietenbach - perkusja

Produkcja: Herbert Hildebrandt

Ilekroć myślimy o klasykach hard rocka, przed oczami stają nam wyłącznie giganci tej sceny, jak Deep Purple, Black Sabbath, czy Led Zeppelin. A przecież na początku lat 70-ych grało całkiem sporo lepszych lub gorszych, zapomnianych kapel, które wspomnianej trójce ustępowały niewiele (o ile w ogóle). Do takich zagubionych pereł z pewnością należy niemiecka ekipa o wdzięcznej nazwie Lucifer’s Friend, której wydany w 1970 roku, eponimiczny debiut mógłby śmiało stawać w szranki z albumami powszechnie uznawanymi za kamienie milowe w rozwoju muzyki popularnej. Być może o braku wielkiego, światowego rozgłosu tej grupy zadecydował kraj pochodzenia, być może coś jeszcze innego. W każdym razie obecnie, dzięki reedycjom, jesteśmy w stanie odkurzyć sobie te dźwięki i delektować się nimi.

A o tym, że jest czym, przekonujemy się już po kilku pierwszych taktach. Czyż bowiem wstęp do Ride In The Sky z motywem zagranym na rogu nie wydaje się nam dziwnie znajomy? I to w tak dużym stopniu, ze jeszcze raz sprawdzamy zawartość okładki, gdyż zarówno początek tego kawałka jak i jego dalsza część (galopujący rytm, charakterystyczny, prosty riff, a nawet artykulacja wokalisty) muszą nasuwać skojarzenia z Immigrant Song Led Zeppelin. Ponieważ debiut Niemców i "trójka" Sterowca wyszły w tym samym roku, trudno określić, kto pierwszy wpadł na taki pomysł. Muszę tutaj podkreślić, że numer tych pierwszych podoba mi się bardziej, ze względu na bardziej pełnokrwisty, gitarowo-klawiszowy podkład. A to zaledwie preludium do Everybody’s Clown, wprawiającego w trans, sześciominutowego utworu z lekko jazzującym rytmem i dominującą rolą organów Hammonda oraz gitary basowej, spod warstwy których wyłaniają się tu i ówdzie krótkie, gitarowe solówki. Złożoność partii organowych i linii melodycznej każą stawiać ścieżkę numer dwa obok najlepszych dokonań Uriah Heep. Z kolei Keep Goin’ rozpoczyna się jak ciężki, masywny blues. Nisko nastrojone, złowieszcze gitary i niespieszne, rozlane linie wokalne przywodzą na myśl wczesne Black Sabbath, przynajmniej do czasu, w którym kompozycja przyspiesza i przechodzi w gitarowego, aczkolwiek podbarwionego klawiszami "patataja" tak charakterystycznego dla ówczesnych piosenek Deep Purple. Trzeba przyznać, że wykorzystanie głosu i artykulacja Petera Hessleina to tutaj (i na całym krążku zresztą) absolutne mistrzostwo świata. Nokautujący Toxic Shadows rozpoczynają bardzo szybko wpadające w ucho organowe, marszowe motywy, którym wtórują dość ciężkie jak na swój czas gitary. Potem to wszystko przechodzi w typowo hippisowski przebój. Utwór doskonale zachowuje balans między wciskającymi się wszędzie klawiszami, a ciepło brzmiącymi, popisowymi solówkami gitary, trochę przypominającymi te grane przez Carlosa Santanę. W podobnej stylistyce utrzymany jest Free Baby, tym razem jednak swoim rytmem i partiami gitary basowej bardziej nawiązujący do jazzu. Podobnie jak we wcześniejszych kawałkach pierwszoplanową rolę odgrywają tu Hammondy, gitara prowadząca wychodzi z cienia dopiero w psychodelicznym solo. Kolejny wielki plus należy się zespołowi za łatwo zapamiętywaną melodię. Baby You’re A Liar już nie robi tak dużego wrażenia, a to ze względu na zbyt duże podobieństwo do dwóch wcześniejszych kompozycji. Oczywiście wszystko wykonano w nim na niezłym poziomie, podobać się może "sabbathowy" riff i organowe pasaże nieocenionego Petera Hechta, ale co za dużo, to niezdrowo. W zdecydowanie bardziej dynamicznym In The Time Of Job When Mamon Was A Yippie, bazującym na dość prostym riffie i przeplatających się liniach gitar i klawiszy, powracają skojarzenia z Deep Purple i Uriah Heep (z tymi drugimi zwłaszcza w "odjechanym", lekko atonalnym solo Hammondów). Na ścieżce numer osiem witają nas niepokojące odgłosy albo pracującej fabryki, albo... piekielnych czeluści. W tym ostatnim przeczuciu utwierdza dość ciężki, "purplowy" riff i budujące niesamowitą atmosferę klawisze w momentach, w których piosenka zwalnia tempo. Dodajmy do tego jeszcze opętańcze krzyki wokalisty, świetnie współgrające z aranżacją... Tak, tytułowego wynurzenia kolegów Lucyfera nie powstydziłby się żaden z hardrockowych klasyków. Tym mocnym akcentem płyta pierwotnie się kończyła, jednak do reedycji z 1995 roku dodano jeszcze pięć bonusów. Czy słusznie? Mam wątpliwości, bo choć niektóre z nich wypadły ciekawie, zaburzają spójność całości. Ot, taki Rock N’ Roll Singer, oparto na prostym do bólu, rockandrollowym pomyśle z partiami instrumentów dętych, w warstwie aranżacyjnej, a nawet stylem śpiewu wokalisty nawiązującym do KISS. Natomiast Satyr’s Dance jest krótką, w pełni instrumentalną, jazzową improwizacją, zainspirowaną muzyką Bliskiego Wschodu, z robiącymi spore wrażenie solówkami gitary i instrumentów klawiszowych. Horla zaczyna się od rozdzierającego, nieco "hendrixowskiego" solo, przechodzącego w kolejny kawałek instrumentalny; tym razem znacznie więcej pola do popisu miał tu perkusista i wywiązał się ze swojej roli celująco. Na tym tle zgrzytem wydaje się być Our Word Is A Rock N’ Roll Band, mocno estradowy, pasujący bardziej do płyt Eltona Johna niż do tej. Trudno mi się zachwycać tą estetyką. Dzieło kończy Alpenrosen, nabijany bardzo szybkimi bębnami pokaz instrumentalnych możliwości formacji. Znów bardzo wyraźnie odwołujący się do jazzu, szczególnie w partiach klawiszy oraz w zwolnieniach z towarzyszeniem instrumentów dętych, tak więc będzie gratką głównie dla miłośników tej muzyki.

Swoim zaskakująco dojrzałym debiutem niemieccy kumple Lucyfera udowodnili, że droga do piekła może być bardzo przyjemna. Kilka bardziej znanych zespołów mogło im w tym czasie jedynie pozazdrościć klasy wykonawczej. Moim zdaniem Lucifer’s Friend (jeśli brać pod uwagę osiem pierwotnych utworów) przebił wszystkie dokonania takiego Led Zeppelin, dorównując najlepszym dziełom Deep Purple, czy Uriah Heep. Tym samym krążek należy uznać za kolejne wydawnictwo, które kładło podwaliny pod rozwój hard rocka. Dlatego polecam je wszystkim zainteresowanym klasycznym hard rockiem w doskonałym wydaniu.

Oficjalna strona zespołu na MySpace: www.myspace.com/lucifersfriend1

Hardlover
listopad 2009