|
Skład: Lou Reed - gitara, continuum, śpiew; James Hetfield - gitara rytmiczna, chórki; Kirk Hammett - gitara prowadząca; Robert Trujillo - gitara basowa; Lars Ulrich - perkusja
Gościnnie: Sarth Calhoun - elektronika; Jenny Scheinman - skrzypce, altówka, aranżacje smyczkowe; Gabe Witcher - skrzypce; Megan Gould - skrzypce; Ron Lawrence - altówka; Marika Hughes - wiolonczela; Ulrich Maas - wiolonczela w [7, 8]; Rob Wasserman - stojący bas elektryczny w [10]; Jessica Troy - altówka w [10]
Produkcja: Greg Fidelman, Metallica, Lou Reed i Hal Willner
Doprawdy nie wiem, co mnie podkusiło, by recenzować ten album, ale odpowiedź może być w zasadzie tylko jedna. Odsłuchałem go w całości, co nie wydaje się takie oczywiste biorąc pod uwagę fakt, iż trwa on prawie 90 minut. Prawie półtorej godziny bezsensownych riffów i bełkotu Lou Reeda może złamać nawet najbardziej wytrwałego słuchacza.
Kirk Hammett w pewnym wywiadzie powiedział, że Lulu to jedna z najlepszych rzeczy, jaką Metallica kiedykolwiek zrobiła, zaś Lars Ulrich był zachwycony sposobem, w jaki Lou Reed wyrecytował swoje partie. Ja oczywiście wierzę, że panowie, którzy kiedyś nagrali takie arcydzieła jak Ride The Lightning czy Master Of Puppets, dobrze bawili się podczas pracy nad tym koszmarkiem i jestem przekonany, że granie tego było z pewnością lepsze niż późniejszy odsłuch, ale płyt nie wydaje się dla siebie lecz dla fanów, tudzież by pozyskać nowych słuchaczy. Tymczasem Lulu może jedynie zrazić starych fanów, a nowych raczej Metallica nie zdobędzie, no chyba że w szpitalach dla nerwowo chorych. Kiedy usłyszałem promujący owo wydawnictwo The View, byłem zdruzgotany, a możecie mi wierzyć, nie jest to wcale najgorszy fragment krążka. Rozpoczyna go coś, co można przy pewnych założeniach nazwać kawałkiem rockowym. Brandenburg Gate mógłby być całkiem normalnym utworem, gdyby wywalono Reeda i uzupełniono całość zwyczajnymi zwrotkami. Zastanawiam się, czy można po odsłuchaniu tego "dzieła" nazwać Lou Reeda najgorszym wokalistą świata. Co ciekawe, sam artysta (choć nazywam go tak dlatego, że kiedyś stworzył coś, co można nazwać sztuką) stwierdził, że zrobił to najlepiej jak potrafi, zatem jeśli to jest najlepiej, strach pomyśleć, jakby było najgorzej. Ale zostawmy na chwilę ten aspekt, bowiem tragedią tego albumu nie jest
sam Reed, którego głos nie dość że nie trzyma się żadnej rytmiki, to w dodataku brzmi strasznie obco. Muzyka na tym krążku jest okropna. Jednym z takich koszmarnych tematów jest z pewnością Mistress Dread, gdzie quasi thrashowa młócka wcale nie sprawia, że krew zaczyna krążyć szybciej, a raczej skłania, by zrobić zwyczajnie "skip" i przejść do kolejnego fragmentu. A tam nic szczególnego, bo choć Iced Honey na tle poprzedniego kawałka to normalna muzyka, Lou Reed masakruje efekt starań zespołu swoim beznadziejnym, beznamiętnym bełkotem. Co jakiś czas wtrąca się Hetfield i podobnie jak w utworze The View, stara się ratować ostateczny obraz nagrania. Jednak monotonia, jaka się z niego wylewa i to nie tylko za sprawą
Reeda, bo Metallica cały czas gra tak samo, po prostu wprawia w apatię. Na płycie przeważają długie utwory, tasiemce nieobce Metallice, chociaż Junior Dad trwające prawię 20 minut to absolutny rekord, jeśli chodzi o ten zespół. W momencie kiedy ktoś widzi czas utworu 19 minut z hakiem, nastawia się na ogół na jakąś progresywną suitę. Inaczej być wszak nie może, to nie te czasy, kiedy muzycy Grateful Dead potrafili proste tematy przeciągać w nieskończoność. W Junior Dad jest oczywiście jakaś próba grania muzyki, natomiast na całej płycie znajduje się ledwie namiastka czegoś, co stanowiło i tak przecież kiepskie St.Anger. Muzyka wylewająca się z głośników wprowadza w stan letargu. To nie jest nawet irytacja, to jest letarg. Pograliby tak jeszcze chwilę i ciąłbym komara.
Nie wiem, co strzeliło Ulrichowi do łba i dla kogo jest ten krążek. Zaakceptować go mogą chyba jedynie kompletni wykolejeńcy, świry, seryjni morderdy, albo pacjenci po lobotomii. Lou Reed zaś popełnił chyba największe muzyczne faux pas od czasu słynnej kakofonii Metal Machine Music, którą wydał w 1975 roku jako dwypłytowy album. Dodam, że Lulu jest równie niesłuchalne co tamto "dzieło", choć Metallica przyzwyczajona do grania -jednak- muzyki, starała się pokazać, że można zrobić awangardowy krążek w oparciu o kiedyś zdobyte umiejętności. Niestety owe starania spełzły na niczym, bowiem powtarzane w kółko monotonne riffy to ledwie ślad czegoś, co kiedyś stanowiło część fantastycznych albumów. Panowie, kiedy jakieś kolejne Kill'em All? Może na 30-lecie wydania tego kultowego krążka? Dajcie już temu Reedowi odsapnąć.
Oficjalna strona Lou Reeda: www.loureed.com
Oficjalna strona Metalliki: www.metallica.com
LSDisease listopad 2011
|