|
Skład: Lordi - śpiew; Amen - gitary; Kalma- gitara basowa; Kita - perkusja; Enary - instrumenty klawiszowe
Produkcja: TT Oksala
O Lordi słyszeli chyba wszyscy. Ich debiutancki krążek nie przyniósł im jednak wielkiego rozgłosu, choć na tle pozostałych wydawnictw kapeli wypadł moim zdaniem najlepiej. Pomysł na zespół zrodził się w głowie wokalisty grupy - człowieka, który nie dość, że chadza po świecie wystylizowany na demona, to w dodatku upiera się, że jest nim w rzeczywistości. Jeżeli chodzi o image, to w świecie muzyki ciężko jest zaprezentować coś nowego. Patent związany z przebieraniem się za potwory nie należy do Lordi, wcześniej robiło to już Gwar, a i oni nie byli pewnie pierwszymi. Finom trzeba jednak przyznać, że jak na warunki nowego tysiąclecia udało się im to nieźle sprzedać i w konsekwencji odnieść komercyjny sukces. Nie ważne, że jest to dziwaczne, czy też głupie. Liczy się to, że diabelskie kreatury spodobały się ludziom.
Podobnej metody wiele lat temu użyło legendarne KISS. W swoim czasie tysiące ludzi malowało swoje twarze, bądź też zakładało na siebie maski tylko po to, aby upodobnić się do znanych muzyków. świat oszalał. Z tą kultową formacją Skandynawów łączy nie tylko image. Muzyka przez nich grana czerpie z tradycji będących autorstwem Amerykanów. Łatwo wyczuć przebojowość, kompozycje choć nie należą do skomplikowanych, to są jednak chwytliwe. Intro można spokojnie ominąć. Jest to utwór, który został stworzony tylko po to, aby po prostu być i nic poza tym. Pierwszym właściwym numerem jest Get Heavy i dzięki niemu Lordi dają się poznać od dobrej strony. W miarę prosty riff, prosta melodia, piosenka ma jednak urok. Nazwijmy go urokiem prostoty. Takich rockerów dobrze się słucha i to jest chyba najważniejsze. Devil Is A Loser to jeden z bardziej znanych kawałków ekipy. Po pierwsze nakręcono do niego całkiem sprawny i ciekawy teledysk. Po drugie (żeby było śmieszniej) słowa numeru są zabawne, żeby nie powiedzieć idiotyczne, co w połączeniu z wyżej wymienionym teledyskiem daje komiczny efekt. Któż nie roześmiałby się widząc kilka śmiertelnie poważnych demonów wyśpiewujących "Cos devil is a loser and he's my bitch"? Zastrzegam jednak, że w żadnym wypadku nie naśmiewam się ze Finów. Przyjęli pewną konwencję i twardo się jej trzymają. Chwała im za to, gdyż w przeciwieństwie do wielu obecnie grających ekip, Lordi wiedzą, czego chcą, a realizacja ich planu idzie bez większych problemów. Czy wspomniałem już, że opisywany przeze mnie rocker to numer przebojowy, melodyjny, pełny energii i zabawny? Czysta rozrywka podana w przystępnej dla młodego pokolenia pigułce. Rock The Hell Outta You jest kolejną udaną pozycją na płycie. Finowie ponownie trafili z refrenem oraz z prostą i zarazem zgrabną melodią. "Potworne" chórki wcale nie są takie złe, jak mogłoby się wydawać. Wraz z Would You Love A Monsterman nadchodzi potężne uderzenie. Kawałek ten jest wyjątkowo udany. Czuć od niego melodyjnego ducha lat '80, a co więcej, nakręcony do piosenki teledysk ponownie trafia w łatwe do zaspokojenia gusta. W 2006 roku utwór został odświeżony za pomocą nowego wideoklipu i ponownie zagościł na listach przebojów. Lordi całą tą swoją maskaradą i błazenadą potrafią doskonale bawić publiczność. A to, że są przy tym poważni i że udają, że wierzą w swoje nienormalne pochodzenie, nakręca jedynie interes. Not The Nicest Guy oraz Dynamite Tonite to numery inspirowane twórczością KISS na zmianę z Alice Cooperem. Oba są wyjątkowo łatwe w odbiorze, stąd też można ich słuchać z przyjemnością i zarazem bez większego skupienia. Lubię takie kompozycje. Na krążku można również odnaleźć sporą dawkę wypełniaczy. Biomechanic Man to jakieś nieporozumienie, dziwna hybryda potwornego pomysłu z kosmicznymi dźwiękami nie ma prawa się udać. Znośnie wypada Last Kiss Goodbye. Pozostałe, nieopisane przeze mnie kawałki są z kolei na tyle bezbarwne, że po prostu ich nie pamiętam. Może z wyjątkiem klawiszy z Icon Of Dominance, brzmiących całkiem nieźle, niczym stary pop w mocniejszym opakowaniu. Zamykający płytę numer jest niesmaczny i nieciekawy, choć wpisuje się w przyjęty przez Norwegów diabelny wizerunek. Odradzam słuchanie go, chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że i tak wszyscy to zrobią.
Piekielne kreatury niosą ze sobą powiew świerzości. Debiutancka płyta Lordi to pozycja prosta, lecz zarazem bardzo łatwa w odbiorze i przebojowa. Takie krążki łatwo jest polubić. Jeżeli grana przez zespół muzyka z jednej strony zachęca do nucenia refrenów, a z drugiej poszerza uśmiech na twarzy, to można powiedzieć, że kapela jest niezła. A to, że teksty są mało ambitne?, że solówki gitarowe są słabe?, że nie ma w tym żadnej wirtuozerii? Albo, że image jest kiczowaty? Jak mam ochotę na coś poważniejszego, to sięgam po inne, bardziej wyrafinowane wydawnictwa. Lordi zapewnia prostą, mało skomplikowaną, czasami bezmyślną, ale jednak dobrą zabawę. Nawet wybredni koneserzy muszą czasem odreagować.
Oficjalna strona zespołu: www.lordi.fi
Guciomir listopad 2007
|