|
Skład: Mr. Lordi - śpiew; Amen - gitara elektryczna; Ox- gitara basowa; Kita -perkusja, chórki; Awa - instrumenty klawiszowe
Produkcja: Michael Wagener
Jakoś nigdy za nimi nie przepadałem i ich fanem najprawdopodobniej już nie zostanę. Lordi, załoga z Finlandii, która zwróciła na siebie uwagę w Eurowizji bardziej za sprawą swojego wizerunku niż samej niezbyt oryginalnej twórczości. "Brak super solówek, proste riffy - to muzyka zupełnie nie dla mnie" - tak zawsze o nich myślałem. Kilka miesięcy temu wydali kolejny krążek i ktoś musiał go zrecenzować, padło niestety na mnie.
Babez For Breakfast to piąty studyjny album Finów, następca dość dobrze przyjętego Deadache. Lordi poszło za ciosem i dobrze wykorzystało chwilowy rozgłos zdobyty na Eurowizji. Muzycy płyty nagrywają dość regularnie, są rozpoznawalni, dorobili się pewnego grona fanów. Jak już wspomniałem, ich nagrania nigdy nie zwróciły mojej szczególnej uwagi. Niby zespół reklamowany był jako formacja hard rockowa, jednak jego muzyka zawsze bardziej przypominała mi prosty w wyrazie heavy metal. Chyba nie myliłem się zbytnio, bo każdy kolejny krążek jest coraz mniej hard rockowy, a właśnie coraz więcej heavy metalowy. Image grupy też przereklamowany i mało oryginalny, wszak wcześniej mieliśmy przecież takie kapele jak Gwar czy Slpiknot, widok kilku cudaków w dziwacznych kostiumach nikogo nie powinien więc już nikogo szokować. Pewnym wabikiem może być nazwisko Michaela Wagenera, cenionego producenta, który współpracował choćby z Ozzym Osbournem, Alice Cooperem i Metalliką. Po kilkukrotnym przesłuchaniu krązka Babez For Breakfastmusze zrewidować nieco moje poglądy, bo słyszę, że ekipa Pana Lordiego robi znaczące postępy. Zobaczmy, co tym razem przyszykowali Finowie. Intro do abumu zatytułowane SCG5: It's A Boy! jest całkiem niezłe, mimo iż może się kojarzyć z tanimi horrorami dla nastolatków. Obrazowe przedstawienie narodzin potworka, jakie fani kina znają choćby z piątej części "Koszmaru z Ulicy Wiązów" lub "Spaceballs". Potem startuje tytułowe nagranie Babez For Breakfast. Gitarowe riffy są niczego sobie, zwłaszcza że zostało w nich coś z hard rocka, refren strawny, razi natomiast brzmienie całości. Nie wierzę, że kapela zdobywszy już sobie jakąś sławę i zatrudniając "markowego" producenta, nie może pokusić się o lepsze brzmienie i wypada niewiele lepiej od grup garażowych. Głos wokalisty jest strawny - nieco pijacki, knajpiany, kto lubi choćby Motörhead, może polubić i gardłowe możliwości Pana Lordiego. This Is Heavy Metal zdradza tytułem, czego można się po nim spodziewać. Wbrew pozorom mamy tu coś pomiędzy hard rockiem a heavy metalem, tyle że brzmiącego brudno i jakby bardziej nowocześnie niż w klasycznych dla tych gatunków latach świetności. Nic nadzwyczajnego poza całkiem fajną solówką, ale mało wymagającym słuchaczom może się spodobać (ścieżka kojarzy mi się trochę z Niemcami z Kissin' Dynamite, tak na marginesie). Znacznie lepszą od poprzedników kompozycją jest The Rock Police. Tutaj słychać, że nad aranżacjami poprzemyśliwano dłużej, zadbano też o bardziej klasyczne wykorzystanie klawiszy, które mogą przypaść do gustu nawet miłośnikom AOR-u. Niby grają Skandynawowie, a w głosie wokalisty wyczuwam jakiś taki niemiecki akcent... W Discoevil muzycy pokazują, że humor wiecznie ich nie odstępuje. W nagranie wpleciono fragmenty jakby żywcem zaczerpnięte z muzyki tanecznej, przy czym na szczęście trzon utworu wciąż pozostaje rockowy. Ekipa ma u mnie plus za wywołanie skojarzeń z dokonaniami Sisters Of Mercy z okresu krążka Vision Thing. Na plus wyróżnia się też balladowe Call Off The Wedding. Tutaj więcej linii wokalnych odśpiewywanych czystszym głosem, chociaż oczywiście nie brak i charakterystycznej chrypki Pana Lordiego. Gdyby grupa ewidentnie nie parodiowała gatunkowych pościelówek i podeszła do tematu na poważnie, kto wie, czy nie wypromowałaby tej piosenki na hit. Mój gust udało się przebierańcom podbić dzięki kawałkowi I Am Bigger Than You. Sprawa jest prosta - grają tutaj jak Rammstein, ale na szczęście śpiewaja po angielsku, mamy i co nieco z Roba Zombie, z tym że jest dużo melodyjniej. Słabym elementem jest tylko głupkowaty refren, reszta przednia. Pomijając może nieco futurystyczny wstęp, niezłym nagraniem jest Zombie Rawk Machine. Więcej hard rocka na styl Black Label Society, wprawdzie pozbawionego gitarowych udziwnień i dość prostego, ale już sama rytmika numeru jest bardzo zadowalająca. Jedna ze ścieżek na Dysfunctional Dokken też była w takich klimatach utrzymana, z tym że tam ogólny nastrój kawałka był jakby smutniejszy. Midnite Lover to dość prosta pioseneczka, której urok doceni się dopiero, gdy puści się ja na jakiejś prywatce. Nic skomplikowanego, za to sprawdzi się jako całkiem niezły podkład po kielicha lub do potańcówy. KISS było jednym z takich zespołów, których sukcesu nigdy nie potrafiłem zrozumieć, a Lordi zdaje się podążać stylistycznie ich śladem w utworze Give Your Life For Rock 'N' Roll. Jeśli ktoś przymknie oko na chrypkowate wokale, odnajdzie tutaj dużo podobieństw między obiema formacjami. Za to pochwalę Finów za całą organową wstawkę w środku nagrania, dzięki której cały nastrój robi się nagle jakby bardziej monumentalny i podniosły. Tu mają u mnie chłopaki plus. Chórki też zaaranżowano niczego sobie. Non Stop Nite to taka mieszanka rock'n'rolla z dokonaniami wspomnianych już The Sisters Of Mercy. Rozrywkowy numer, który mimo iż prosty, może się podobać. Miło też zauważyć, że wraz z każdą płytą muzycy robią się coraz bardziej techniczni pod względem wykonawczym. No, posłuchajcie tutejszej solóweczki i powiedzcie, czyż dzięki takim wyczynom całość nie brzmi bardziej zacnie? Amen's Lament To Ra to właściwie tylko króciutki, akustyczny przerywnik podczas głównego programu. W sumie niczego nie wnosi, ale i jego obecność niczego nie psuje. Ba, dzięki niemu mamy jakieś urozmaicenie. Słuchalnym nagraniem jest Loud And Loaded. Jest ono na tyle melodyjne, że może spodobać się i słuchaczom, którzy z muzyką rockową na co dzień nie obcują. Smykałka do komponowania coraz bardziej chwytliwych tematów u Lordi rozkwita. I dobrze, oby tak dalej. Poczucie humoru Finów daje raz jeszcze o sobie znać w pop-rockowym kawałku Granny's Gone Crazy. Mam tu jakieś skojarzenia z Alice Cooperem z epoki jego albumu Trash, może nawet z Hey Stoopid. W sumie ścieżka niebanalna, a kolorytu dodaje jej jeszcze jakby latynoska wstawka w środku. No, nieźle. A końcówka równie zacna - czyż Devil's Lullaby nie tylko przypomina Coopera, ale i Kinga Diamonda? Może pomysłowością nie dorównuje kilku kompozycjom z tej samej płyty, ale jeśli uznamy ją za zapychacz, to będzie to zapychacz na bardzo przyzwoitym poziomie.
Plyta zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie, tym bardziej że spodziewałem się totalnej klapy. Okazało się jednak, że Finowie z Lordi nie próżnują i szlifują w międzyczasie swoje umiejętności. Poziom techniczny muzyków wzrasta, kompozycje stają się coraz bardziej dopracowane i jak tak dalej pójdzie, to jedynym mankamentem pozostanie samo brzmienie formacji. Może za szybko ich skreśliłem, bo tym krążkiem udowodnili, że wciąż warto dać im szansę.
Oficjalna strona zespołu: www.lordi.fi
Guitarrizer marzec 2011
|