Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

LORDI - The Arockalypse [2006]
Wydawca: Drakkar / Sony BMG / The End Records

  1. SCG3 Special Report
  2. Bringing Back The Balls To The Rock
  3. The Deadite Girls Gone Wild
  4. The Kids Who Wanna Play With The Dead
  5. It Snows In Hell
  6. Who's Your Daddy
  7. Hardrock Hallelujah
  8. They Only Come Out At Night
  9. Chainsaw Buffet
  10. Good To Be Bad
  11. The Night Of The Loving Dead
  12. Supermonstars
  13. Would You Love A Monsterman? (Version 2006) [w specjalnej edycji]
  14. Mr. Killjoy [w specjalnej edycji]
  15. EviLove [w specjalnej edycji]
The Arockalypse

Skład: Lordi - śpiew; Amen - gitary; Ox- gitara basowa; Kita - perkusja; Awa - instrumenty klawiszowe
Gościnnie: Dee Snider, Bruce Kulick, Jay Jay French i Udo Dirkschneider

Produkcja: Jyrki Tuovinen

W 2005 roku na konkursie Eurowizji doszło do małego skandalu związanego z występem glamowego Wig Wam. Do dziś pamiętam jak pan komentator przed występem Norwegów uprzedzał, że wokalista zespołu jest postacią kontrowersyjną i że występ będzie szokujący. Kapela ustylizowanego na drag-queen Glama na tle bladej, beznadziejnej i słabiutkiej konkurencji była zdecydowanie najlepsza. Europa nie była jeszcze wtedy gotowa na to, aby przyznać nagrodę tak kontrowersyjnej grupie. Tak czy inaczej, Norwedzy przetarli pewien szlak, którym rok później podążyło Lordi.

Finowie ruszyli do konkursu, aby go ośmieszyć. Aby pokazać Europie ogrom cukierkowego kiczu, którym Eurowizja jest przepełniona. Wygrali dzięki sile kontrastu, tak bardzo odróżniali się od reszty muzyków, że od razu wzbudzili ogromną sympatię. Chcieli zaszokować i cel swój osiągnęli, jak to się mówi: dali czadu. Hard Rock Hallelujah stało się wielkim hitem i dzięki niemu Lordi na stałe wpisali się do historii hard rocka. Wywiady z kapelą można było nawet przeczytać w polskich programach telewizyjnych i magazynach dla pań. Finów można lubić bądź też nie, ale trzeba im przyznać, że potrafili dobrze się sprzedać. W dzisiejszych czasach wcale nie jest to takie łatwe. The Arockalypse to trzecie wydawnictwo w historii kapeli i przyniosło jej największy rozgłos. Fortuna bywa kapryśna, sukces pojawił się jako konsekwencja jednej dobrej piosenki i jednego wygranego konkursu, nie był jednak efektem "wspięcia się na wyżyny możliwości muzyków" - Lordi grali już kiedyś lepiej. The Arocalypse zostało stworzone według znanej, pielęgnowanej przez lata formuły, ma jednak kilka wad i przegrywa w porównaniu z debiutem. Pierwszą rzeczą, która może się nie podobać jest głos wokalisty. Jest on jeszcze bardziej charczący niż zazwyczaj. Aż do przesady. To tak jak z falsetem, wielu ludzi lubi ten rodzaj wokalu, ale gdy słucha Nitro, ma po prostu dość. Podobnie ma się sprawa z charczeniem. Po drugie duża część kompozycji nie ma w sobie uroku, do jakiego mogliśmy się przyzwyczaić. Na krążku jest kilka dobrych utworów, lecz niestety niewiele hitów. Oczywiście, jednym z nich jest Hard Rock Hallelujah i fakt ten nie podlega żadnej dyskusji. Dobrze, że właśnie ten kawałek promował całe wydawnictwo. Na podobne miano może zasługiwać Who's Your Daddy?. Jego tekst jest tak idiotyczny, że aż śmieszny. Teledysk nie jest tragiczny, choć oglądając go czuje się znużenie. Wszystkie klipy kapeli są takie same, zmienia się jedynie sceneria i aktorzy, natomiast fabuła ulega jedynie niewielkim przekształceniom. Podobny zarzut mogę wysunąć w stosunku do kolejnego teledysku, czyli do It Snows In Hell. Puenta przestaje być puentą, gdy możemy jej się domyślić. Co do samej piosenki, to można powiedzieć, że Alice Cooper znalazł naśladowcę. Jeżeli chodzi o resztę wydawnictwa to jest jeszcze kilka utworów, które trzymają przyzwoity poziom. Oprócz tego wydawać się może, że pierwsza połowa krążka jest odrobinę mocniejsza od drugiej. Podoba mi się The Deadite Girls Gone Wild oraz The Kids Who Wanna Play With The Dead. Można je określić jako trochę lepiej niż przyzwoite rockery. W stylu do jakiego mogliśmy się już przyzwyczaić, czyli Cooper + KISS, podane w bardziej nowoczesnej formie (tzn. z brzmieniem zaktualizowanym do dzisiejszych czasów). Super wypadają gitary w The Night Of The Loving Dead. Riff powala, a numer ma śmieszny, przewrotny i nawiązujący do światowych klasyków tytuł. Niestety zwrotki i refren psują efekt, a szkoda, bo mógł być hit. Niewypałem jest z kolei Supermonstars. Kapela zgubiła gdzieś swoją przebojowość. Podsumowując, ogólne wrażenie, które odnosi się podczas słuchania płyty, jest takie, że mogła być ona zrobiona lepiej. Jest na niej kilka dobrych numerów, mało jest jednak rewelacyjnych. W porównaniu z chociażby debiutem poprawiły się solówki gitarowe, lecz jest to zapewne udziałem gościnnych występów Bruca Kulicka i Jay Jay Frencha. Piosenki są nadal stosunkowo proste i przebojowe, choć poziom tej przebojowości jest relatywnie niższy od spodziewanego. Podobno wprowadzenie dwóch nowych członków miało stanowić dla kapeli "zastrzyk świeżej krwii", ja jednak nie zauważyłem różnicy. Wręcz przeciwnie, słychać zmęczenie materiału. Na niekorzyść płyty działa również jej pierwszy kawałek, który jest, mówiąc delikatnie, tragiczny. Tak pokracznego intra jeszcze nigdy w życiu nie słyszałem i mam nadzieję, że więcej nie usłyszę. Nie wiem dlaczego Dee Snider (alias "najbrzydsza baba wśród facetów") wziął w tym udział, zgaduję że nie chodziło o pieniądze (bo podobno stawka była mała), lecz o zamiłowanie do wygłupów.

The Arockalypse zawodzi. Postawiłem jej jednak wysoką poprzeczkę i może ocena ta wynika z mojego rozczarowania. Miałem po prostu nadzieję, że po komercyjnym sukcesie na Eurowizji kapela pójdzie za ciosem i stanie się KISS XXI wieku. Mieli na to szansę, która jak na razie trochę się oddaliła. Niemniej jednak muzyka grana przez Finów nadal potrafi cieszyć. Parę numerów jest bardzo dobrych i można je polubić. Płyta jest przyzwoita, a Lordi według mnie mają przyszłość. Muszą tylko odrobinę zmienić swoją formułę, gdyż aktualna powoli się wypala. Tak czy inaczej, patrząc na tendencje z ostatnich miesięcy czy też lat, młodość i szaleństwo zaczynają się w muzyce odradzać i można pozwolić sobie na trochę optymizmu.

Oficjalna strona zespołu: www.lordi.fi

Guciomir
listopad 2007