|
Skład: Lizzy Borden - śpiew; David Michael Philips - gitara prowadząca, rytmiczna i akustyczna; Ronnie Scott - gitara prowadząca i rytmiczna; Mychal Davis - gitara basowa; Joey Scott - perkusja i instrumenty perkusyjne; William Kidd - instrumenty klawiszowe
Gościnnie: Ronnie Jude - instrumenty klawiszowe; Brian Perry - gitara basowa; Joey Vera - gitara basowa; Mike Razzatti - dodatkowe partie gitar; Elliot Solomon - instrumenty klawiszowe
Produkcja: Alex Woltman i Elliot Solomon
Master Of Disguise to czwarta płyta studyjna kalifornijskiego kwintetu i zdecydowanie najbardziej dojrzała. Po albumie Visual Lies, który co prawda zdobył pewną popularność, ale zamknął zespół w dosyć ciasnym pudełku z napisem heavy metal, muzycy poszli po rozum do głowy i postanowili urozmaicić swoje kawałki i to nie byle jak.
Płytę otwiera numer tytułowy, otwiera orkiestrową partią nadającą pewien uroczysty wydźwięk tej kompozycji. Kawałek to zresztą świetny. W zasadzie hard rock
w arystokratycznej szacie. Zwraca uwagę pewna tendencja do częstego powtarzania refrenu, co nie jest wcale bezsasadne, bowiem ten jest bardzo chwytliwy i rozciąga nam utwór do ponad 7 minut. Na pozycji numer dwa króciutki utworek One False Move. To spokojna niby ballada. Dlaczego piszę "niby". Ano dlatego, że to taki kawałek nie do końca pościelowy, a ścislej rzecz biorąc to podejście a'la Alice Cooper, on miał podobne pomysły w latach '70. Biorąc pod uwagę motyw jaki zastosowano w następnym kawałku nie mam wątpliwości, że Cooper był inspiracją przy tworzeniu tego albumu. Love Is A Crime to w zasadzie zwykły hard rockowy numer, ale wsparty orkiestrą dętą. Widać główki pracowały i zrobiono coś bardzo oryginalnego jak na owe czasy. Brawo za odwagę. Sins Of The Flesh trochę mnie rozczarowuje, a to dlatego, że nie postarano się tutaj o jakieś dodatkowe smaczki. Generalnie i tak nie ma co narzekać, bowiem pewien poziom trzyma. Ot, hard and heavy po prostu. Za to Phantom to już smakowity kąsek. Ten utwór uważam za jeden z najlepszych na krążku. Partia basu pracuje tutaj niczym na płytach Ozzy'ego Osborune'a z lat '80 i myślę, że porównanie jest dobre. Sam kawałek jest demoniczny, ale cholernie melodyjny, co sprawia, że czuć rock and rollową siarkę ;). Grupa całkowicie wyzbywa się maidenowania, co jedni uznają za plus, inni za minus, ale już na wcześniejszym krążku grania pod Ironów było jak na lekarstwo. Można za to doszukać się wpływów King Diamond czy Mercyful Fate. To też
po części tutaj jakby znajduje swoje logiczne uzasadnienie (kreowanie nastroju syntezatorowymi wstawkami). W Never Too Young klawisze grają rolę inną niż we wcześniejszych kawałkach. Po prostu jest tutaj partia kojącego piania (syntezatory pojawiają się jednak w tle). Sam numer to ballada, ale z pełnym mocnym brzmieniem. Kawałek bardzo przebojowy i mógłby stanowić część repertuaru takiego White Lion. Myślę, że to dobre porównanie. No i przyszedł czas na mojego faworyta. Be One Of Us rozpoczyna organowa partia dzieła J.S. Bacha (Fuga) i jest niemałym zaskoczeniem. Po kilkudziesięciu sekundach wchodzi
genialny przebojowy hard rocker z rewelacyjnie pomyślaną zagrywką, gdzie gitara prowadząca gra dokładnie ten sam motyw co gitara basowa. Mogę tego słuchać bez końca. Po prostu klasa. Psychodrama też zaczyna się orkiestrowo, ale tym razem z organami gra już zespół. Utwór może nie tak doskonały jak poprzednik, ale nie znaczy wcale, że zły. Podoba mi się, że grupa gra dynamicznie, ale nie naparza jak w swoich wczesnych kompozycjach. Nie to, że nie lubię tamtych kawałków, bo uważam, że jedyneczka Lizzy Borden to klasyka heavy metalu, ale Master Of Disguise to już rok 1989 i wypadało coś zmienić. W kawałku Psychodrama użyto także smyków i spotęgowano potężną orkiestrową partią w środku kawałka. Coż za kopalnia pomysłów. Może to być porównane do tego, co robił King Diamond, chociaż Lizzy ciąży bardziej w stronę hard rocka niż heavy metalu. Waiting In The Wings jest już spokojniejsze, ale równie udane. Wokalista stara się tutaj śpiewać niżej, podobnie jak Geoff Tate w niskich partiach. Stąd utwór pasowałby na którąś z płyt Queensrÿche. Może na Empire? Może na Operation: Mindcime? Ważne, że się to sprawdza. Roll Over And Play Dead to już szybki numer i jest w moim mniemaniu taki sobie. Tak jakby panowie chcieli tutaj coś takiego na siłę upchnąć. Zresztą przy innych kompozycjach z tej płyty ten wypada bardzo ubogo. Akustyczna balladka Under The Rose nie może się znudzić, bo trwa niecałe 3 minuty. Też nie wiem, po co ją tutaj zamieszczono, ale niech będzie. We Got The Power kończy ten album. Kończy optymistycznym akcentem. Typowy amerykański hard rock. Niestety jakiś taki niemrawy, a szkoda, bowiem zapowiadało się, że do końca będzie super. Chociaż i w tym numerze jest parę fajnych momentów, np kiedy bas i gitara przyspieszają przy tej samej częstotliwości uderzeń werbla. Nadaje to dynamiki tej piosence. Pojawia się też demoniczna wstawka gdzieś w środku, co dobrze kontrastuje z niemrawą resztą. Ale cały kawałek to takie KISS z tego okresu. Nic specjalnego.
Gdyby ta końcówka albumu była lepsza, może uznałbym Master Of Disguise za najlepszy krążek w dyskografii Lizzy Borden, ale i tak jest to jedna z ich lepszych płyt, a napewno najbardziej dojrzała. Album oczywiście polecam jako interesującą odskocznię od typwego heavy metalu, a wciąż bardzo przebojową i
frapującą. Lizzy w szczytowej formie.
Oficjalna strona zespołu: www.lizzyborden.com
LSDisease sierpień 2008
|