|
Skład: Lizzy Borden - śpiew; Tony Matuzak - gitary; Gene Allen - gitary; Mike Davis - gitara basowa; Joey Scott Harges - perkusja
Produkcja: Brian Slagel i Lizzy Borden
Lizzy Borden to kalifornijski zespół heavy metalowy, któremu niestety nie było dane osiągnąć takiego sukcesu jak kolegom z W.A.S.P. czy Mötley Crüe. A myślę że na rozgłos zasługiwali, gdyż w owym okresie zespoły podobnie grające miały się całkiem dobrze i bynajmniej nie mówię tutaj o scenie amerkańskiej, gdyż prawda jest taka, że Lizzy Borden grali europejski heavy metal stylistycznie zbliżony do tego, co prezentowało Iron Maiden. Patrzę na okładkę ich debiutanckiego longplaya Love You To Pieces i spodziewam się czegoś w stylu Ratt. Nic z tych rzeczy, choć pomysł takiej obwoluty podoba mi się znacznie bardziej niż dziecinne okładki Ironów.
Pierwszy numer to Council For The Cauldron. Rozpoczyna go ciekawa harmonia gitarowa, która stanowiła kwintesencję metalu w latach '80. Zaraz po niej zespół przyspiesza i ten kawałek to po prostu Iron Maiden. Wokalista Lizzy Borden śpiewa z identyczną manierą jak Dickinson. W dodatku grupa pokazuje, że ma pomysł, a nie ogranicza się tylko do kopiowania stylu. Utwór to może prosty, ale bardzo chwytliwy. Psychopath jest już demoniczny, ale także Maidenowy. Oczywiście można tez naleźć inne porównania, bowiem gitara basowa ma tutaj specyficzny drive, charakterystyczny dla Timiego Hansena, ówczesnego basisty King Diamond. To w zasadzie takie podejście. Utwór także bardzo mi się podoba. Chociaż jeszcze lepiej jest w trzecim kawałku, Save Me. Tutaj już więcej hard rocka. Ten numer powinien się spodobać fanom Ozzy'ego Osbourne'a, gdyż jest
dokładnie w stylu, jaki znamy z wczesnych płyt Ozza. Doskonale skontrastowano spokojne partie z ostrym, ale przebojowym refrenem. Dla niektórych może to być najlepszy utwór na płycie i nie wykluczone, że tak właśnie jest. Wokalista skorzystał z patentu, jaki był szeroko stosowany w latach '80 i nałożył pogłos na wokale. Jest to tzw. płaski delay i dokładnie z tej samej techniki korzystał Osbourne, więc tym bardziej skojarzenia uzasadnione. Jak słucham kawałka Red Rum, od razu przypomina mi się numer Dressed In White King Diamond. Cholera, to jest niemal identyczne. Co ciekawe, o kopiowaniu nie mogło być mowy, gdyż debiutanckie krążki obu wykonawców ukazały się w tym samym czasie. Te kaskady gitarowych solówek przeplatające kolejne wersy pokazują, że pan gitarzysta posłuchał Yngwiego Malmsteena. I bardzo dobrze, zastanawiam się kiedy Szwedowi wystawią w końcu pomnik ;). Dziwi mnie, że dzieciaki biegają w koszulkach "I Hate Myself And I Want To Die", a nie zainwestują w porządną kolekcję płytową. Ale to taka mała dygresja. Red Rum to świetny dynamiczny kawałek, który jest takim monumentem lat '80, niektórzy powiedzą reliktem przeszłości, ale ważne że dobrze się tego słucha. Nadszedł więc czas na utwór tytułowy. Zaczyna się balladowo. Pięknie. Jak Children Of The Damned Iron Maiden. Nie ma w tym cienia przesady. Oczywiście dalej mamy też ciężkie partie gitar. To prawdziwie metalowa ballada, bez słodzenia, z nutką dramatyzmu. Myślę, że mogę tutaj w końcu znaleźć porównania z amerykanśkim metalem spod znaku W.A.S.P. American Metal to tytuł następnego na płycie utworu. Trochę to dziwnie dla mnie brzmi, gdyż Lizzy Borden mieli europejskie podejście do grania. Nie ma to jednak żadnego znaczenia. Ten numer jest bardzo mocny i myślę, że byłby świetnym tematem do podsumowania działalności zespołu. Kwałek zrobiono w ten sposób, żeby dobrze prezentował się na koncertach, stąd rozciągnęto go do 6 minut i dodano charakterystyczne okrzyki. Refren tego kawałka jest niczym hymn. Takie Accept i OK, ma to jajka. Flesh Eater niczym nas zaskoczyć nie może, typowe podejście do rzemiosła, jakkolwiek to perfidnie nie brzmi ;). Co prawda na refren czekamy tutaj prawie
2 minuty, ale naprawdę warto, bo to najlepsza część utworu, no i to karkołomne solo. Brawo panowie, to że was wytwórnia finansowo nie rozpieszczała, to nie powód żeby się nie przykładać. To mi się właśnie podoba w tych zespołach. Nie poszli na łatwiznę. Warfare oczywiście się sprawdza, bo jakby mogło być inaczej. Iron Maiden? Ileż to można powtarzać, choć zapewniam, że do tego tematu jeszcze wrócimy ;). Pomysły widać grupa zbierała od lat i eksplodowało to w odpowiednim momencie, choć to nie pierwsze wydawnictwo zespołu, ale pierwsze pełnometrażowe. Godiva przypomina zabiegi znane z pierwszego numeru, ale nie jest to aż tak udany utwór. W sumie to taki utworek, bowiem trwa ledwie 2 i pół minuty. Bardzo dobrze, bo nie ma co
kombinować przy takim ostrym speed metalowym wymiataniu. Oficjalnie album zamyka kawałek Rod Of Iron. Iron, no tak dyskretnie daje do zrozumienia, co jest grane. A grane jest mniej więcej Murders In The Rue Morgue ze słynnej płyty Killers Brytyjczyków. Ta spokojna partia gitary jest wręcz bliźniaczo podobna do kawałka Ironów, ale dalej zespół rusza z kopyta w nieco innym tempie niż ekipa Harrisa. Gdybym był złośliwy, przywowałbym tutaj grupę Manowar, ale ponieważ Love To Pieces nie zasługuje na złośliwości, powiem, że i ten kawałek dalej ma coś wspólnego z Iron Maiden, choćby partia gitary w pewnym momencie kojarząca się z 22 Acacia Avenue. W wersji zremasterowanej dodano 4 utwóry demo i muszę przyznać, że nie jest to taki zły pomysł w tym przypadku, bowiem aż 3 z nich to kawałki, które nie występują w podstawowej części krążka. Zresztą po remasteringu płyta brzmi świetnie, jakkolwiek brzmiała wcześniej (nie wiem), teraz na pewno nikt nie powie, że ktoś miał za mało pieniędzy na produkcję.
Biorąc się za podsumowanie, obraz tego krążka rysuje się następująco. Mamy tutaj wyłącznie udane kawałki, ale jest to też zasługa tego, że w zasadzie są bardzo podobne do siebie. Nie jest to zarzut, o ile ma się świeże pomysły. Tak jest w przypadku Love You To Pieces. Ta okładka kryje jedną z najlepszych metalowych płyt lat '80 i jest to też mój ulubiony album Lizzy Borden. Dla fanów takiego grania rzecz absolutnie obowiązkowa, dla fanów hard rocka też wskazana, gdyż to melodyjny krążek z licznymi udanymi solówkami.
Oficjalna strona zespołu: www.lizzyborden.com
LSDisease maj 2008
|