|
Głogów against the world!
Czyli relacja z pierwszego koncertu Lizzy Borden w Polsce, 10.12.2008, Głogów, klub Mayday
Takiego spektaklu połączonego z TAKĄ muzyką nie zobaczycie w żadnym teatrze. By stać się świadkiem tego niecodziennego wydarzenia należało udać się jedynie tam, do niewielkiej mieściny na Dolnym Śląsku. Nie na każdym bowiem koncercie ku zachwytowi fanów leje się na nich krew, wokalista atakuje siekierą, bawi się trupią czaszką, zabija na scenie niewinne dziewoje i prawie przy każdym numerze wdziewa inny kostium! A przy tym nie traktuje tego wszystkiego śmiertelnie poważnie, a przez pryzmat dobrej zabawy i sztuki. Tylko najwierniejszych fanów nie zniechęciły kilometry do pokonania w samym środku tygodnia, do Głogowa przybyli ludzie z najróżniejszych miast: Krakowa, Warszawy, Łodzi, Katowic...
Szokujące newsy
Oto historia o kilku absurdach, które w miarę rozwoju sytuacji przekształciły się w znakomity ciąg wydarzeń. Za granicą dla wielu znani prawie jak Alice Cooper lub KISS. W Polsce prawie nikt o nich nie słyszał. No, może ci, którzy naprawdę skrupulatnie zgłębiają tego typu wiedzę muzyczną. Lizzy Borden - do tej pory aby zobaczyć na żywo tę gwiazdę shock rocka, należało udawać się na słynne festiwale-giganty typu Sweden Rock Festival (Szwecja), czy Bang Your Head Festival (Niemcy). Tym razem okoliczności się odwróciły i znany większości jedynie z płyt zespół niespodziewanie zapowiedział wizytę w naszym kraju.
Pierwszy absurd nie koniecznie polegał na tym, że gwiazda w końcu zdecydowała się wystąpić w Polsce. Patrząc na rozwijający się przemysł koncertowy w kraju, mogliśmy i tego finalnie się spodziewać. Acz dziwne było, że na trasie która promowała najnowszy (2007) album Appointment With Death, Lizzy spośród dość niewielu europejskich państw, bo tylko 8, wybrał właśnie nasz. Gdy zatem pierwszy raz usłyszałam wzmiankę o tym koncercie, myślałam, że to jakiś dowcip. "Gwiazda shock rocka, LIZZY BORDEN ZAGRA W GŁOGOWIE!". Pewne wątpliwości siały początkowe opisy: Poland, Glasgow(!) jednak potem poprawiono błąd. Pierwsza myśl: a gdzie do diabła jest ten Głogów? (jeszcze potem okazało się, że w Polsce są dwa). Z czasem, gdy informacja bardziej się rozeszła i w Internecie ukazały się plakaty oraz adres mailowy, dzięki któremu można było rezerwować bilety (co okazało się nonsensem ze względu na frekwencję - o tym jednak potem), było już pewne, przed nami, rockerami kolejne wielkie wydarzenie!
Czemu akurat Głogów? W sumie w tym momencie przestało to już być istotne, gdzie, a liczył się fakt, że zagrają. Zresztą, "bujanie się" tu i ówdzie po całej Polsce, nawet po najbardziej egzotycznych miejscach jak ów Głogów, w celu zaliczania kolejnych koncertów, ma swój niesamowity urok. Dobra muzyka, w miarę stała ekipa z całej Polski, po prostu rock n roll. Następna dziwaczna sprawa - ceny biletów: 20/25 zł, jak na taki koncert to przecież jakaś paranoja. Ponadto impreza nie ograniczała się jedynie do koncertu Lizzy. Zaplanowane były także występy holenderskiego zespołu Martyr oraz polskich: Neuronii i Privateera. Nie trzeba było wykonywać skomplikowanych kalkulacji, by stwierdzić, że w przypadku niektórych, od samego koncertu drożej będzie kosztował dojazd. Jeśli chodzi o mnie, zapowiadała się dwudniowa wycieczka i to ze względu na odległość i zarazem kiepskie połączenia. Musiałam wyruszyć z Łodzi wcześnie rano, zahaczyć o Wrocław i dopiero stamtąd udać się do Głogowa. Podróż jednak minęła sympatycznie, na miejscu zaś miałam za zadanie stawić się jeszcze przed otwarciem bram w celu przeprowadzenia wywiadu z główną gwiazdą wieczoru (efekty pracy będą dostępne później). Sam klub całkiem niezły, tanie piwo, miła obsługa i przede wszystkim całkiem spora, jak na taki lokal, sala ze sceną. Miejsca wystarczyło spokojnie. Jedyne, co niezbyt pocieszającego rzuciło się od razu w oczy, to żałośnie niska frekwencja.
Polish metal
Czas rozpoczęcia imprezy: 19:00. Na pierwszy ogień pojawiła się warszawska grupa Neuronia. Jak podają informacje zawarte na ich profilu MySpace, jest to zespół powstały w grudniu 2003 roku. Gra "jedyną w swoim rodzaju mieszankę rocka, rock'n'rolla i metalu" o czym można było się przekonać na żywo. Póki co kapela wydała w 2008 tylko jeden album, Winter Of My Heart. Skład zespołu to Michał Rogala - gitarzysta, Tomasz "Acid" Nowak - wokalista i frontman, Dominik Beska - gitara basowa i Łukasz "Chief" Szewczyk - perkusja. Chociaż akurat wielką wielbicielką Neuronii nie jestem, muszę przyznać, że dość ciekawie i żywiołowo wypadli na scenie. To jednak stanowiło dopiero niewinny początek wrażeń. Następny w kolejce był warszawsko-krakowski Privateer. Ten zaś o wiele bardziej mnie poruszył, przynajmniej live. Zespół ten tak samo jak Neuronia został zwycięzcą Mayday Rock Festiwal. Również dosyć młody, funkcjonujący zaledwie od 2005 roku. Na wokalu Szymon "Pudel" Kostro, resztę teamu stanowią Andrzej "Skorgan" Pichliński (bas, chórki), Tomasz "Hannibal" Bator (gitara), Daniel Kesler (gitara), Sławomir Kramarski (klawisze), Xen (perkusja). Posiadając już pewno doświadczenie festiwalowe i parę sukcesów na koncie i teraz nie dali plamy. Póki co wszystko szło jak po maśle, lecz coraz bardziej wzrastały emocje związane z wyczekiwaniem Pana Śmierci i ekipy z Lizzy Borden...
Męczennik wymęczył równo!
Martyr! Od samego początku wiadomo było, że kroi się coś niezłego. Już nawet nie chodzi o muzykę, która brzmiała prześwietnie i mimo, że mało kto wcześniej znał twórczość Martyra, spodobała się od razu, lecz o samą osobowość wokalisty. Rop van Haren po prostu szalał. Pan ADHD, inaczej go bowiem nazwać nie można, biegał po całej scenie jak nawiedzony, pokładał się na ziemi, czołgał (aż mu majtki było widać), wbiegał wśród publiczność, śpiewał prosto do konkretnych osób, pozował do zdjęć, jednym słowem dawał z siebie wszystko. Udowodnił też, że nie trzeba być długowłosym rockerem ubranym w niezwykle wyszukane ciuszki, żeby zrobić dobre show. Podziwiam zaangażowanie oraz to, że ani on, ani reszta kapeli nie zniechęciła się widząc nieliczną publiczność. Fani natomiast nie zważając na pustki na sali, tak samo skakali i wariowali a także... brali udział w występie. Nawiązała się nagle spontaniczna współpraca: kolega, który pod sceną zawył bardzo wysokim tonem w rytm muzyki, otrzymał swoje pięć minut gdy zaproszony został do zaśpiewania z wokalistą. Nieznajomość tekstu nie grała roli. Niewątpliwie wzbudził entuzjazm w kręgu znajomych i pozostałych takoż samo. Z czasem i inni mu pozazdrościli i na scenę wlazło jeszcze parę osób a ktoś nawet został wzięty przed leadera na barana. No taki support to ja rozumiem!
American metal
Krótka przerwa i... nadszedł w końcu czas na amerykański metal. Pod sceną zrobiło się tłumnie, jeśli w ogóle można tak to nazwać, w każdym razie widać było, że każdy uczestnik koncertu najbardziej czekał na tę właśnie gwiazdę. Zaczęło się od nowego Abnormal, który na żywo zabrzmiał o wiele lepiej niż na płycie, a co do niej miałam do tej pory pewne zastrzeżenia. Następnie ostre Give'em The Axe, czyli powrót do najstarszych kompozycji. Mogliśmy wówczas ujrzeć Lizzy'ego z siekierą w ręku! Początkowo jego przebranie śmierci stanowiła czarna szata z kapturem, którą później zrzucił ukazując coraz to nowe wcielenia tejże postaci. Dalej poleciał Notorious, po nim zaś długo wyczekiwane Rod Of Iron (zrobiło wrażenie, ale o wiele lepiej wypadały szybsze kawałki). Dalej Live Forever, Outcast, po którym nastąpiło imponujące basowe solo. Po tym krótkim instrumentalnym przerywniku znane m. in. z fajnego teledysku Tomorrow Never Comes i podobnie jak wcześniej, ten nowy kawałek też zabrzmiał bardzo efektownie i rozgrzał publiczność do czerwoności. W końcu nastąpił utwór, którego się trochę obawiałam, mianowicie Under Your Skin, charakteryzujące się dość współczesnym podejściem muzyków do twórczości. Wyszło to jednak nad wyraz dobrze. Przy Master Of Disguise wokalista zmieniał rozmaite maski, zaś po tej ostrej jeździe miało miejsce solo gitarowe. W utworze There Will Be Blood Tonight mogliśmy obejrzeć występ naszej kumpeli, która spontanicznie "wkręciła się" do współtworzenia spektaklu i pozwoliła Lizzy'emu zagryźć się na śmierć! To była naprawdę mocna scena - mrok, agresja i cieknąca krew! Lizzy umazany w czerwonej cieczy wyciągał potem rękę do ludzi sprawiając, że wszystkie inne dłonie chwytające się go stały się czerwone. Ten widok był zgoła niesamowity, niczym jakiś tajemniczy rytuał umazana krwią publiczność skakała dalej niezmordowanie w rytm kolejnych utworów. Wszystko odbywało się w dość szybkim tempie, nie było dłużyzn, niepotrzebnego gadania wokalisty pomiędzy utworami. Po prostu grali, grali, grali... Trudno jest opisać te emocje i wrażenia. Po prostu kto nie był, niech żałuje i życzę by miał okazję nadrobić to następnym razem. Koncert trwał już całkiem długo, ale nikt nie miał dosyć. Wszyscy czekali na największe szlagiery kapeli i oczywiście nie zawiedli się. American Metal śpiewaliśmy razem z Lizzym, nie mówiąc już o Me Against The World. I tutaj zapewne każdy inny zespół zakończyłby cały ten teatrzyk, ale nie Lizzy Borden. Dla spragnionych słuchaczy zagrano jeszcze parę piosenek, m. in. Red Rum. No i faktycznie był to już koniec koncertu, ale nie koniec imprezy! Co bowiem lepszego mogłoby się przydarzyć fanom, jak nie spotkanie z ich ukochanymi idolami?
Idole & fani united
Po krótkiej przerwie, kiedy uprzątnięto już cały bałagan ze sceny i gdy troszkę odsapnęliśmy, wyszli do nas członkowie Martyra i Lizzy Borden. Ledwo tylko się ukazali, otoczył ich cały wianek napalonych fanów, posypały się pytania, autografy, błyskały flesze aparatów przy robieniu sobie wspólnych zdjęć z chłopakami. Gwiazdom woda sodowa nie uderzyła bynajmniej do głowy i pomimo, że grali dla tak niewielkiej liczby osób, w małej miejscowości, i zmęczeni z pewnością byli po koncercie, cierpliwie odpowiadali na wszelkie pytania. Jak stwierdził ich manager, chłopcy lubią nawiązywać kontakt z fanami, gdyż czasem to jest ich właściwie jedyna możliwość na zapoznanie się z ludźmi z danego kraju i pogadanie. Na zwiedzanie nie ma czasu, bo zaplanowane są kolejne terminy koncertów i już następnego dnia należy wyruszyć w inne miejsce. "Takie życie w biegu ma jednak swój urok", wyjaśnił i dodał, że uwielbia swoją pracę. Impreza zakończyła się przy piwku w barze i zniknął dystans między nimi - legendami heavy metalu, a ich wiernymi fanami. Atmosfera zrobiła się wręcz rodzinna i niech żałują ci, którzy nie pozostali na afterparty. Wszystko co dobre, jednak szybko się kończy, po jakimś czasie najbardziej wytrwałych imprezowiczów wyproszono z lokalu, muzycy także zawinęli się stamtąd odpocząć przed podróżą do Hiszpanii. Ja natomiast i kilku znajomych, którzy zostali do końca, udaliśmy się w celu odnalezienia dworca. I wówczas odczuliśmy na własnej skórze, że "ta zabita dechami dziura - Głogów" okazała się jednak dość obszernych rozmiarów mieściną, bo ładne parę godzin zajęło nam błądzenie. Jednak naładowani dobrą energią z koncertu byliśmy w stanie przemierzyć mile...
Fani także szokują...
Na koniec takie przemyślenia. Fanów heavy metalu jest wielu. Jednak co pomyśleli sobie nasi goście o polskiej publiczności, która okazała się jedynie niewielkim gronem osób? Na szczęście ci, którzy przybyli udowodnili zachowaniem, że nie przyjechali tam przez przypadek. Wstyd kochani, wstyd, że określacie siebie mianem heavymetalowcow, melomanów itp. Rozumiem, praca, szkoła, studia (fakt, środek tygodnia), ale chyba osoby, które ogłaszają wszem i wobec, że nieodzowną częścią ich życia jest tego typu muzyka i rock 'n' rollowy styl, powinni, chociaż czasem, być zdolni do jakichś małych wyrzeczeń. Mimo wszystko cieszę się, że koncertowo nasz kraj ma się coraz lepiej. Bo może problem, o którym mówię, to także kwestia średniego promowania tego typu wydarzeń. Pamiętacie te wielkie billboardy w miastach przed koncertem The Rolling Stones? Albo jak w radio i w TV trąbili o nadchodzących Scorpionsach... wiadomo, jeśli ktoś jest zainteresowany, na pewno dojdzie do informacji, nawet tych ukrytych w najczarniejszych zakamarkach Internetu. Nie wszyscy jednak mają czas i ochotę w nim systematycznie szperać. Może poprzez lepsze reklamy należy im pomóc lub "zarazić" muzycznymi nowinkami? Najłatwiej powiedzieć po wszystkim: "kurcze, jednak żałuję, że mnie nie było...".
Po rozmowie z innymi fanami wnioski nasuwają się chyba jasne. Spytani przeze mnie znajomi z hard rockowego forum American Nights, którzy obecni byli na tymże koncercie, wypowiadają się następująco:
"Polska to wspaniały kraj, w którym mieszka najlepsza rockowa/metalowa publika na świecie... niestety paskudni muzycy nie potrafią tego docenić i omijają nasz kraj szerokim łukiem, organizatorzy mają tych fanów w dupie i nie zapraszają zachodnich kapel, a jak już zaproszą to się okazuje, że pieniądze które chcą za bilet, są nie do zaakceptowania przez "prawdziwego fana", bo wiadomo, że biednego studenta, gimnazjalisty, czy kim on tam obecnie jest, nie stać na wydanie tych 50, a nie daj Boże 100 zł! Wiadomo, trzeba się najebać (na to kasa zawsze się znajdzie) lub kupić nowe koszulki, ciuszki szmateczki i inne pierdoły żeby wyglądać "tró" (płyt nie kupujemy, w końcu płacimy za Internet!). (...) Gdy rozeszła się wiadomość o koncercie Lizzy Borden w Polsce, wiele osób było zszokowanych. A cena? Znowu szok... 20zł!!?? No i pojawia się kłopot, jak teraz "prawdziwi fani" mogą się usprawiedliwić?? Na co mają marudzić?? Gwiazda jest, bilety prawie za darmo też, a fanów jak nie było tak nie ma... i ja się pytam LUDZIE!! CZY WAM JUŻ TOTALNIE ODWALIŁO!!?? CZY WOKOŁO SĄ SAMI POZERZY!!?? Jakim Wy prawem wypowiadacie się na temat koncertów, cen biletów, polskiej sceny muzycznej, jak to właśnie przez takich pozerów jak wy polski rynek muzyczny praktycznie nie istnieje, coraz trudniej kupić płyty, a o koncertach możemy zapomnieć i trzeba zapieprzać do Niemiec lub Czech... 50 osób na koncercie takiej gwiazdy jak LIZZY BORDEN!!?? To jest k***a możliwe tylko w Polsce... (...)". (Lordiaszowy)
"Może nie był to najlepszy polski koncert (choćby Def Leppard czy Malmsteen bardziej mi się podobali), ale był on wart 200 a nie tylko 20 zł! Co do polskich TRÓ-fanów - nie ma co narzekać na polską scenę, jeśli na takim Iron Maiden za ponad 100 zł (lub na o wiele gorszych kapelach) są co roku zwykle wyprzedane bilety, a na Def Leppard za 90 zł czy LIZZY BORDEN za 20 zł sale świecą pustkami! Oczywiście polscy fani, którzy przybędą na taki koncert, zastępują ilość jakością, ale żaden zespół nie chce dopłacać do interesu... Szczególnie, że i tak ci sami polscy fani z chęcią przekroczą granice, aby zobaczyć swoje ulubione kapele!". (Marqwitch)
Ponoć powrócą
Niewątpliwie był to dzień, który zapisze się trwale na kartach heavymetalowej historii. Zespół Lizzy'ego oznajmił jednak, że na pewno do Polski wróci. W sumie trochę kumpli tu już mają. Oby nie były tu puste obietnice... Oby tym razem fani nie zawiedli.
Oficjalna strona zespołu: www.lizzyborden.com
AC
14.12.2008
|