|
Skład: Luke Marsilio - śpiew gitara akustyczna, harmonijka; Paul Mainetti - gitary, chórki; Luca "Ze" Moroni - gitara basowa, chórki; Ricky Lecchini - perkusja, chórki
Gościnnie: Alessandro Del Vecchio - organy Hammonda, chórki; Marco Simoncelli - harmonijka
Produkcja: Lizhard i Alessandro Del Vecchio
Lizhard są kolejnym włoskim zespołem, którego album mam w ostatnim czasie okazję przesłuchiwać. Panowie działają na scenie już od ponad 10 lat, zaczynali jako grupa grająca covery, a w 2008 na rynku pojawiło się ich pierwsze pełnoprawne wydawnictwo zatytułowane w najprostszy z możliwych sposóbów, czyli eponimicznie. Panowie z pewnością nie grzeszą oryginalnością, ale tworzona przez nich muzyka potrafiła mnie do siebie przekonać.
Kiedy po raz pierwszy chwyciłem za krążek zastanawiała mnie nazwa kapeli. Lizhard są najprawdopodojniej przekręconą, hard rockową "jaszczurką". Zabawne. Popatrzmy z uwagą na pierwszy utwór tej włoskiej formacji. Rock 'N' Roll Is Back to przyzwoicie zagrany hard rock, przyjmujujący w pewnym sensie rolę postulatu. Słów, na jakie tu napotykamy, każdy fan promowanej w Hard Rock Service muzyki będzie słuchał z przyjemnością. Brakuje jednak trochę energii i całość brzmi odrobinę zbyt spokojnie. Devil’s Highway jest już znacznie bardziej satysfakcjonujące, głośniki drżą w przyjemny sposób, a zespół jest bardziej na luzie. Coś w sam raz na koncerty. Dobry dobór rytmu i ciężaru okazały się być kluczem do sukcesu. Fajnie wypadają chórki, lubię takie wydzierane refreny. Równie dobrze wypada Let The Good Times Roll. Numer utrzymany jest w średnim tempie, grupa gra z pozytywnym zacięciem. Ponownie zwrócę uwagę na umiejętnie dobrane proporcje pomiędzy rytmem, a ciężarem. Luke Marsillio pomimo swojego włoskiego pochodzenia nie drażni akcentem, jak to miało w przypadku opisywanego niedawno przeze mnie krzykacza Myland. Balladowe I Cry For You wygląda dokładnie tak, jak się tego spodziewałem. Rockery grupy określiłbym jako lżejsze, mniej techniczne Burning Rain, a zatem i ballady powinny wzorować się na wyciskaczach łez grupy Aldricha oraz Keitha St. Johna. Długie, przeciągane refreny, przejmująca melodia i inne cechy kopiujące klasyki w stylu Faithfully Yours wspomnianego Burning Rain czynią z I Cry For You kandydata na "rozdziewiczacza". Life In The Fast Lane nie jest autorską kompozycją formacji, ale utworem Eagles. Na Lizhard mamy do czynienia z większym ciężarem, niż to miało się w przypadku oryginału i taka wersja utworu może się podobać. Przydałoby się jednak jeszcze więcej energii. Ciekawe jak do tematu podeszliby "młodzi gitarzyści" bawiacy się w Guitar Hero (we wspomnianej grze możemy odnaleźć oryginalną wersję ścieżki). Let's Party to numer, którego nazwa od razu wskazuje, do czego najlepiej się on nadaje. Mamy zatem trochę klasycznego, rock&rollowego Van Halena pomieszanego w wcześniejszymi obliczami hard rocka i bluesa. Szkoda, że gitarzysta zaserwował tak krótką solówkę, gdyż kompozycje w stylu Let's Party domagają się przynajmniej półminutowego gwałcenia gryfu. Bad To The Bone wbrew oczywistym sugestiom nie jest coverem i być może dlatego bardzo przyjemnie zaskakuje. Narzekałem wcześniej na brak odpowiedniej ilości energii, tym razem jest jej wystarczająco wiele. Co ciekawe bardziej przypadły mi do gustu zwrotki niż refreny. Kiedy zobaczyłem tytuł kolejnej kompozycji, a mianowicie Angel, byłbym w stanie postawić dychę, że będzie to ballada. Jak się okazało, moje przeczucia były trafne. Grupa nagrała tak jakby drugą część I Cry For You, wokalista chwycił za harmonijkę. Całość ma bardziej sielankowy klimat i traci w ten sposób trochę wcześniejszego romantyzmu. Gdybym miał wybierać pomiędzy tymi dwoma opisanymi do tej pory balladami, to postawiłbym na I Cry For You. My Wild Side w przeciwieństwie do reszty materiału jest zakorzenione w hair metalu. Słychać to szczególnie w brzmieniu bardziej typowym dla epoki oraz w melodyjnych, przebojowych refrenach. Miło spotkać taką odmianę, świadczy ona o wszechstronności kapeli. Diamond jest niestety kolejną pościelówą i mówiąc szczerze uważam, że na recenzowanym krążku jest wystarczająco miejsca tylko dla dwóch wyciskaczy łez. Takich kawałków mogę słuchać tylko w ograniczonej liczbie. Szkoda, że płyta kończy się w taki właśnie sposób.
Słowem podsumowania, płyta mieni się jako solidne, porządne wydawnictwo. Brak na nim jednak czegoś co zachęcałoby do częstych powrotów i do słuchania go częściej niż raz na rok. Z recenzowanym albumem warto się jednak zapoznać, gdyż parę (naście?) godzin z nich spędzonych potrafi sprawić przyjemność. Trzymam kciuki za Lizhard, stać ich na wiele.
Oficjalna strona zespołu: www.lizhard.com
Guciomir luty 2009
|