|
Skład: Chris Collier - perkusja; Lita Ford - gitara, śpiew; Jim Gillette - śpiew, chórki; Greg Hampton - gitara basowa, gitara rytmiczna, instrumenty klawiszowe; Stet Howland - perkusja
Produkcja: Lita Ford, Jim Gillette i Greg Hampton
Lita Ford, niegdyś dobra gitarzystka i bożyszcze seksu, teraz po prostu sympatyczna starsza pani, postanowiła powrócić na scenę. Najpierw zagrała kilka małych koncertów i wystąpiła w 2008 r. na festiwalu Rocklahoma, potem zapowiedziała nowy album studyjny. No i w roku 2009 wydane zostało Wicked Wonderland, tylko czy jest to dokładnie takie wydawnictwo, na jakie fani czekali?
Przypomnijmy, od wielu lat pani Ford zajmuje się wychowywaniem swoich dzieci z mężem Jimem Gillette, wokalistą grupy Nitro (której to powrót też de facto Jim zapowiada), na jakiejś malowniczej, karaibskiej wyspie. Od muzycznego biznesu Lita raczej trzymała się z dala, chociaż od czasu do czasu pojawiała się tu i ówdzie, choćby na płycie Twisted Christmas nowojorskich zgrywusów Twisted Sister, wykonując w duecie z ich gardłowym kawałek I'll Be Home On Christmas. Wyszło to nienajlepiej, szczerze mówiąc i niestety w zasadzie to samo mogę powiedzieć o Wicked Wonderland, czyli materiale skomponowanym wspólnie przez rockowe małżeństwo. Według zapowiedzi Lity, miała to być płyta niemal autobiograficzna, przepełniona seksem z jej życia prywatnego, kiedy to "dzieci już leżą w łóżeczku, a para rodziców udaje się wspólnie do swego buduaru". Nie wiem za bardzo, co tam leci w słowach na krążku, bo gdy muzyka jest bez rewelacji (by nie rzec, taka sobie), to i nad lirykami się długo nie zastanawiam. Lita nie gra już popującego hard rocka i albumowi bliżej jest do wydawnictw industrialnych czy nu-metalowych. Słychać to już w otwierającym zestaw kawałku Crave, promującym dzieło. Ewidentnie granie w stylistyce a'la Rob Zombie, specyficzna praca seksji rytmicznej, samo brzmienie bardzo industrialne. Tak na marginesie, basista zespołu Roba, Piggy D. odpowiedzialny jest za oprawę graficzną owego wydawnictwa. Głos wokalistki swoją barwą nie zmienił się w zasadzie od czasów jej największej chwały, natomiast nie można tego samego powiedzieć o jego aranżacjach i stylistyce. Fani Lity mogą przeżyć podobny szok, jaki przeżyli miłośnicy Janet Gardner, gdy Vixen nagrało Tangerine. Znacznie lepiej jest w Piece (Hell Yeah), ten utwór ma więcej wspólnego z klasycznym hard rockiem i wychwycić można podobieństwa do takich tuzów jak Deep Purple, Nazareth i Black Sabbath, aczkolwiek pani Ford śpiewa raczej na wzór wokalistek alternatywnych. Gdyby cały krążek utrzymany był w takich klimatach, jeszcze byłbym w stanie go dość gładko przetrawić. Patriotic SOB też jest niczego sobie, przewodni riff powinien spodobać się fanom solowego Vince'a Neila, gdyż wydaje się zapożyczony z jego kompozycji Sister Of Pain. Znów Lita mogłaby popisać się za mikrofonem jak za starych, dobrych czasów, niestety najwidoczniej grupą docelową odbiorców tego krążka jest raczej publiczność industrialna (nawet nie licząc lini wokalnych, raz jeszcze występuja tu te typowe dla tegoż gatunku wstawki). Pewnym ciekawym momentem piosenki jest natomiast zniekształcona wersja hymnu Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, no i początkowe intro z wykorzystaniem głosów naiwnych dzieci, które mantrycznie powtarzają wzniosłe, patriotyczne frazy, nie mające pokrycia w rzeczywistości. Dalej zespół podąża w klimaty Motörhead, choć gra wszystko jakby na wolniejszych obrotach. Jaśniejszym punktem w Scream są bardziej dynamiczne, "motorheadowskie" refreny" i rock'n'rollowa solówka. Numer też może się podobać. Kompletną porażką jest ponure, wolne Inside. Kawałek brzmi jak mieszanina Hendriksa z grungem, do którego pokuszono się dostawić solówki. Dla odmiany partie wokalne Lity są całkiem przyzwoite i gdyby tak wykorzystać je do jakiejś ballady, mogłoby z tego wyjść coś dobrego. Nadszedł czas na ścieżkę tytułową, gdzie echa Jimiego nadal jeszcze pobrzmiewają. Wicked Wonderland rozpoczyna się od serii elektronicznych dźwięków, które od razu kojarzą mi się z nadawanym niegdyś w TV programie o Pi i Sigmie, dwójce przybyszów z Matplanety. W samym kawałku są pewne przebłyski, chociaż całościowo zabrakło chyba dobrego pomysłu. Nie wspomnę, że zagrywki tu prezentowane są cholernie przeciętne i oklepane tysiące razy. W Indulge więcej jest z kolei partii Jima Gillette. Jego głos brzmi tu inaczej niż w czasach Nitro, niekoniecznie gorzej, ale jeśli już chłopaki mają powrócić, a Jim ma śpiewać tak samo jak tutaj, to lepiej niech nagrają jakąś płytę sleaze rockową. Jeżeli mam być szczery, to i tak Jim wokalnie wypada tu znacznie lepiej od swej małżonki. Brak pomysłów doskwiera przy Love i formacja Lity zaczyna powtarzać patenty z początku albumu. To mniej więcej ta sama stylistyka grania co w Patriotic SOB. Lita deklamuje swoje linie w sposób przypominający Alice Coopera, który podobne wstawki umieścił na soundtracku do filmu "Shocker", czy też do Iggy'ego Popa, którego z kolei jeden z utworów zamieszczono na ścieżce do filmu "Freddy's Dead: The Final Nightmare". Betrayal to numer, jaki wokalistka skomponowała na potrzeby gry "Brutal Legend", jednej z produkcji kierowanych na Playstation i Xbox 360. Kompozycja bardziej żwawa, ale utrzymana na nutę industrialno nu-metalową, więc nie wiem, co na to fani muzyki spod znaku hard rocka. Najlepiej wypada w niej końcowa solówka zagrana w stylu Hendriksa. Nienajgorsze jest Sacred ze swym klimatem podobnym do Tangerine Vixenek (porównanie nieprzypadkowe, bo momentami głos Lity brzmi bliźniaczo do Janet), bardziej spokojne i jakby bardziej ciepłe. Trochę bluesa tu i ówdzie, przyzwoita aranżacja... Chyba najlepsza kompozycja na krążku i fani "dawnej Lity" powinni być nią usatysfakcjonowani. Truth niestety dość brutalnie przerywa tę sielankę i przypomina nam, że u podstaw tego krążka leży jedna muzyka industrialno-alternatywna. Kawałka nie jest w stanie uratować nawet całkiem dobre gitarowe solo. Takie sobie jest następne w kolejności Everything, naszpikowane wstawkami jakby rodem ze starych gier na komputer typu ZX Spectrum. Gdzieniegdzie pojawia się jakiś niezły pomysł, choć słychać, że plejada muzyków nie wiedziała za bardzo, jak i w co go rozwinąć. Bed także nie jest czymś, co przypadłoby do gustu sympatykom melodyjnego hard rocka. Z pewnością jest to ciągle kompozycja rockowa, ale z inklinacjami do wolnego industrialu, jaki może wejść słuchaczowi do głowy dopiero po tym, jak uprzednio weszła w żyły porządna dawka koki. Zdecydowanie nie moje klimaty. Za to podoba mi się następne z rzędu Garden, chociaż jestem świadomy, że pewnie nie spodoba się to większości czytelników tego serwisu. Stylistyka tego numeru oscyluje gdzieś między zapomnianym już dziś zespołem Voodoocult a Deftones. Jak dla mnie niezłe, choć na co dzień też takich rzeczy nie słucham. Bonusowy kawałek Push to ścieżka kłaniająca się fanom klasycznego hard rocka, plus nieco dźwięków, jakich nie powstydziłby się Jimi Hendrix. Tego typu nagrania dobrze wypadają na małych, klubowych koncertach i tam słucha się ich zdecydowanie lepiej niż w domowym zaciszu.
Przy pierwszym podejściu uznałem krążek za spore rozaczarowanie i beznadzieję, przy kolejnych udało mu się zjednać sobie u mnie trochę sympatii. To fakt, płyta jest słaba, ponad połowa materiału to nieporozumienie, jednak kilka kompozycji się tu broni. Najzagorzalsi fani Lity pewnie i tak album zakupią, tym, którzy słuchają piosenkarki tylko z doskoku, radzę zapoznać się z materiałem przez zakupem w ciemno.
Oficjalna strona artystki: www.litaxx.tv
Guitarrizer styczeń 2010
|