Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

LILLIAN AXE - Sad Day On Planet Earth [2009]
Wydawca: Blistering Records

  1. Cocoon
  2. Megaslowfade
  3. Jesus Wept
  4. Ignite
  5. The Grand Scale Of Finality
  6. Sad Day On Planet Earth
  7. Hibernate
  8. Within Your Reach
  9. Down Below The Ocean
  10. Blood Raining Down On Her Wings
  11. Cold Day In Hell
  12. Nocturnal Symphony
  13. Divine
  14. Kill Me Again
  15. Fire, Blood, The Earth And Sea
Sad Day On Planet Earth

Skład: Derrick LeFevre - śpiew; Steve Blaze - gitara, instrumenty klawiszowe, chórki; Sam Poitevent - gitara, chórki; Eric Morris - gitara basowa; Ken Koudelka - perkusja

Produkcja: Steve Blaze i Rob Hovey

Bardzo lubię cztery pierwsze studyjne krążki Lillian Axe i uważam, że to jeden z najbardziej oryginalnych hard rockowych zespołów, jakie pojawiły się w latach '80 ubiegłego wieku. Nie mieli tyle szczęścia co Skid Row czy Warrant, ale powiedzmy sobie szczerze, chłopaki chcieli czegoś więcej niż tylko wyrwać jak największą liczbę lasek. Dwa lata temu powrócili po dość długiej przerwie albumem Waters Rising, który niespecjalnie mnie zachwycił, ale ogólnie zyskał spore uznanie w oczach fanów Lilliana. Tegoroczne wydawnictwo Sad Day On Planet Earth wydaje się być kontynuacją poprzedniego dzieła, lecz więcej tu zadumy i melancholii.

Spokojne nastrojowe intro Cocoon przeradza się w ostry Megaslowfade, który kojarzy mi się trochę z ostatnimi dokonaniami grupy Tesla. Pewnym mankamentem tego numeru, a także i innych, jest zmodyfikowany 'nowocześnie' wokal. Te same zastrzeżenia miałem w przypadku Tesli i zastanawia mnie, co powoduje muzykami, że decydują się na takie rozwiązania. Nie brzmi to dobrze, gdyż nie pasuje do melodyjnego rocka. Ale ogólnie Megaslowfade to kawał porządnego grania w sam raz na początek. A dalej Jesus Wept, nagranie bardzo interesujące. Opiera się wszelakim próbom zaszufladkowania go. Generalnie podobne klimaty mieliśmy na płycie Psychoschizophrenia, z lekko grunge'owymi wokalami (ale o dziwo to pasuje). Podobne rozwiązania serwował zespół Enuff Z'Nuff swego czasu. Solówka tego kawałka ociera się o neoklasyczny styl Yngwiego Malmsteena; w wywiadzie udzielonym naszemu serwisowi Steve Blaze wymienia ją wśród swoich ulubionych. Warto jeszcze dodać, że muzyka na Sad Day On Planet Earth jest w dużej mierze ciężka, ocierająca się o stylistykę heavy metalu. A dalej Ignite, też świetny numer. Grupa nie spuszcza z tonu cedząc ostre riffy. Chciałbym, żeby grało tak teraz Queensrÿche. Oni chcieli chyba zrobić coś takiego na ostatnim krążku. Im nie wyszło, Lillianowi owszem. Gdyby ten album miał analogową produkcję, brzmiałby jak typowy hard rockowy krążek z początku lat '90, a wtedy przecież wielkie płyty się ukazały. The Grand Scale Of Finality to istna apokalipsa: "chodziły plotki, że umarli zmartwychstaną i strach w ich oczach oznajmił mi, że to już koniec". Takich biblijnych nawiązań jest więcej na całej płycie. Muzyka idealnie oddaje ten klimat. Jest on raczej posępny, ale i wiele w nim piękna. Tak jest na przykład w utworze tytułowym. Ma on balladowe momenty i jest łagodniejszy niż wcześniejsze kompozycje, ale jest naprawdę cudny i przejmujący. Może najlepszy na płycie, chociaż tu akurat ciężko wybrać. Tekst zdecydowanie przygnębiający jeszcze bardziej niż muzyka, która jednak sprawia, że widać jakieś światełko w tunelu. Ale tekst? "Pamiętam dzień, kiedy poczułem, że sznur został przecięty, ryzyko było zbyt wielkie i nasza nieskazitelność rozmyła się w brudzie. Dlaczego nie widzimy, że koniec jest początkiem? Wciąż ta sama śpiewka wybrzmiewająca głośniej i głośniej". Ten przecięty sznur to oczywiście mityczny srebrny sznur łączący duszę z ciałem. Słuchamy dalej. Hibernate niczym nie zaskakuje i całe szczęście. Mamy tu połączenie bogato wybrzmiewających riffów z akustycznymi wstawkami. Całość przypomina po części Teslę, po części Queensrÿche. Nie oznacza to oczywiście, że Lillian Axe inspirowali się tymi zespołami. Lillian mają własny styl, który ewoluował mniej więcej w tym samym czasie co muzyka tamtych grup. Pokrewieństwo przypadkowe. Ot, podobne podejście do komponowania. Within Your Reach zaczyna się od tematu, który jest niczym innym jak spowolnionym D'yer Mak'er Led Zeppelin. Oczywiście można znaleźć też podobieństwo do Say Hello Wave Goodbye Soft Cell. I zdaję sobie sprawę, że dla niektórych to porównanie może być szokiem, ale tak to właśnie brzmi. Kawałek jest oczywiście wielowymiarowy, bo mamy też i ostre gitary. Podoba mi się takie podejście. Po prostu hicior. Jedną jego wadą jest to, że przeciągnięto go do 6 minut. No i mam jeszcze jedno skojarzenie bliższe hard rockowi. Savatage Believe. Jedziemy dalej. Down Below The Ocean, czyli monumentalnie i ciężko. Tajemniczość tego numeru najlepiej chyba porównać do mistycyzmu Rainbow z Dio. Np. do utworu Gates Of Babylon. No i kolejna doskonała solówka się tu pojawia. Blood Raining Down On Her Wing jest już spokojniejszy i brzmi bardziej optymistycznie, co nie jest bez znaczenia w takim zestawie. Podobne kawałki były na Poetic Justice. Cold Day In Hell to raz jeszcze zderzenie akustycznych gitar z ciężkością przesterowanych riffów. Nie zabrakło ciekawych solowych popisów. Muzyka to nie łatwa, żaden hamburger, ale jak się załapie ten klimat, to słuchamy z dużą przyjemnością. Ciekawostką odnośnie tego kawałka jest to, że zwrotka cokolwiek mroczna, ale refren to już pełne optymizmu granie. Nocturnal Symphony jest kolejnym posępnym tematem. Nie zaskakuje nas niczym. Wydaje mi się w tym momencie, że zespół nie chciał niczego spaprać i postawił na podobne rozwiązania w wielu kompozycjach. Skoro raz się sprawdziło, to i sprawdzi się następnych kilka razy. No ale jak się nagrywa 15 kawałków, można poczuć lekki przesyt. Jak dla mnie tę ścieżkę mogli sobie darować. Divine przypomina rzeczy z poprzedniego albumu i tam byłby to jeden z jaśniejszych momentów. Uwielbiam tego typu partie gitar. Jest w tym swego rodzaju napięcie, mimo że riffy nie ciosają między oczy. Kill Me Again chyba słyszałem gdzieś wcześniej na płycie ;). Nie, no może to i złośliwy żarcik, ale nie mogę powiedzieć, że to zły numer. Jest owszem całkiem dobry, mimo iż powiela znane schematy. Pytanie pozostaje oczywiście to samo. Po co, skoro i bez tego album trwałby wystarczająco długo? Na koniec panowie postarali się zaserwować zrobiony z epickim rozmachem Fire, Blood, The Earth & Sea. Muszę pochwalić wokalistę, który pokazuje tutaj niesamowitą potęgę swojego głosu. Szkoda, że samo nagranie jest takie sobie i ponowny dowód, że płyta powinna być nieco krótsza.

Mimo pewnych drobnych mankamentów Sad Day On Planet Earth to album bardzo udany, jeden z lepszych w tej dekadzie. Wątpię, by zawojował listy przebojów i stał się bestsellerem, gdyż to nie jest muzyka do kotleta. Oni są zbyt dobrzy dla przeciętnego szaraczka ze smutnej planety Ziemi ;). Przy okazji tego krążka przypomniałem sobie Waters Rising, który niezbyt mi się podobał 2 lata temu. Teraz uważam, że to całkiem niezła płyta, ale Sad Day On Planet Earth raczej nie przebije.

Oficjalna strona zespołu: www.lillianaxe.com

LSDisease
sierpień 2009