|
Skład: Doug Meacham - śpiew; Matt Rice - gitara rytmiczna i prowadząca, chórki; Fred Blanchard - gitara rytmiczna i prowadząca, chórki; John D. Rice - gitara basowa, chórki; “Jungle” John Jenkins - perkusja
Produkcja: Legacy i Stephen Craig
Chrześcijański metal nigdy nie cieszył się zbyt dużym poważaniem wśród heavymetalowych maniaków-purystów (a raczej fanatyków, nie mogących przetrawić przesłania zawartego w tekstach sławiących Boga). Pewnie dlatego tylko nielicznym wykonawcom z tego nurtu udało się wypłynąć na szersze wody i zaistnieć w zbiorowej świadomości. Inni nie mieli tyle szczęścia, czego przykładem jest chociażby historia amerykańskiego Legacy. Ten zespół, powstały w 1987 roku w Reynoldsburgu w stanie Ohio, niby występował jako support przed legendarnymi REZ, Shout, czy Sacred Warrior, niby zdobywał nagrody w konkursach muzycznych, a jego single pojawiały się na różnych rockowych kompilacjach, jednakże nie udało mu się wydać płyty i - po odejściu kilku kolejnych członków - uległ rozpadowi w 1992 roku. Obecnie możemy posłuchać ich kawałków z lat 1988-1990 dzięki wskrzeszającej zapomnianych artystów wytwórni Eönian Records.
Czas spędzony na tym słuchaniu na pewno nie będzie stracony. Amerykański kwintet co prawda czerpie pełnymi garściami z twórczości kapel popularnych w końcówce lat 80-ych, jednak przepuszcza to wszystko przez pryzmat własnej wrażliwości i tworzy zaskakująco spójny kolaż. Swoje utwory buduje na opozycji ostrych, potężnych, metalicznych riffów i rasowych solówek do spokojnego, aksamitnego głosu wokalisty i tekstów przepojonych religijnymi treściami. Wiem, swego czasu tak samo robił Stryper, a warstwie brzmieniowej również Dokken, które to ekipy - jak przyznają sami muzycy - stanowiły dla nich ważne źródło inspiracji. W krążek wprowadza nas łagodny wstęp Salvation Is Law, po którym frontalnie atakują dynamiczne, metalowe riffy, trochę na modłę Holy Soldier, uzupełniane warstwą ultramelodyjnych zagrywek gitary prowadzącej (to podejście będzie charakterystyczne dla większości piosenek) i obowiązkowym shreddingiem w solówce. Mnie bardziej uwiódł drugi na liście It’s Real, mający wszelkie zadatki na spory przebój. Tu bardzo łatwo usłyszeć dobre wzorce przekazane zespołowi przez wspomniany Dokken - charakterystyczne harmonie, czyste wokale, chóralny, łatwo zapadający w pamięć refren (przywodzący na myśl ten z Unchain The Night...). Cross The Line wyróżniają nieco niżej nastrojone gitary i cięższe riffy, tym razem nasuwające skojarzenia z Barren Cross, jednakże załoga Douga Meachama i spółki dalej nie rezygnuje ze specyficznej melodyjności i na tym wygrywa. Następny potencjalny hit mamy na pozycji czwartej. Takie tęskne, melancholijne, a jednocześnie bezpretensjonalne melodie w połączeniu z pewną dawką instrumentalnej agresywności, jak w Forever In Your Arms tworzył niegdyś Stryper, a Legacy okazali się jego pojętnymi uczniami. Łagodniejsze oblicze Amerykanie pokazują w Don’t Run Away, patrzącym łaskawszym okiem w kierunku melodyjnego hard rocka, aczkolwiek nie rezygnującym ze zdecydowanej pracy instrumentów, zwłaszcza równo tnącej perkusji ("Jungle" John Jenkins zna swój fach, o czym będziemy się mogli przekonać jeszcze dalej). Marszowy i okraszony doskonałym riffem Red, White And Blue mógłby spokojnie wyjść spod ręki duetu George Lynch - Don Dokken, tym razem podobieństwa do źródła inspiracji są tak duże, że brzmi on jak jakiś zagubiony singiel tych ostatnich. Bardzo ciekawie wypada tu zwolnienie w czwartej minucie z akustykami, perkusją naśladującą werbel, tajemniczymi podkładami i pięknym solo. Change Of A Broken Heart to jawny ukłon w stronę komercji, taki nieco "stryperowy", chociaż pod względem wokalnym zapatrzony również w dokonania Davida Lee Rotha. I w takim repertuarze wielbiciele Chrystusa się również sprawdzili. Comin’ Along zbudowano na pulsującym pod czaszką, nakręcającym tempo riffie, ze świetnie dopasowaną do niego melodią. Niby banalny pomysł z przejściem o oktawę wyżej w przedrefrenie i refrenie odbiera się tu bardzo pozytywnie, może ze wglądu na jakość tego refrenu. Wielkie wrażenie zrobił na mnie również Soldiers Unite, w którym dzięki kroczącym, bardzo zagęszczonym riffom i niższym śpiewie udało się stworzyć podniosłą, wręcz rycerską atmosferę - tu refren również zabija, ale jeszcze bardziej doskonałe partie solowe z płynnymi przejściami między kilkoma różnymi technikami (te podciągnięcia strun...). W zdecydowanie szybszym One Way Or The Other muzycy stawiają na prostolinijne, gitarowe chlastanie prosto w twarz, okraszone miłymi dla ucha sztucznymi flażoletami. Ten numer się jednak jakoś szczególnie nie wyróżnia. Live It to jeszcze jedna, w miarę udana próba grania pod Stryper, ze słodką melodią i mocnymi podkładami. Za to z nóg zwala stuprocentowo heavymetalowy What A World, z morderczym riffem przewodnim, dynamicznym przejściem ze zwrotki do refrenu, umiejętnie stopniowaną zadziornością. Z dobrej strony pokazuje się bębniarz, ale jeszcze więcej ma on do powiedzenia w opartym na zmiennych rytmach Model Citizen. Tutaj znajdziemy sporo nawiązań do klasycznego hard rocka, a także sporo perfekcyjnie wykonanej pracy wspomnianego Jenkinsa, nie oszczędzającego swoich stóp i ramion, oraz dwójki wioślarzy, szalejących palcami po gryfach. Vision Of Perfection, poprzez swoje podejście do tworzenia riffów (raz po raz zwalniających lub przyspieszających) i ścianę dźwięków, jaką nas raczy, kojarzy mi się z dokonaniami Leatherwolf. Na koniec muszę stwierdzić, że pomimo wysłuchania czternastu kawałków nie nudziłem się nawet przez minutę...
W książeczce można przeczytać, że skład Legacy dziękuje za możliwość wykonywania swojej muzyki Bogu, któremu przypisuje wszystkie swoje zasługi. Na pewno Najwyższy nie poskąpił chłopakom talentu, gdyż nawet jeśli ten album jest generyczny, jest on również chyba najlepszą rzeczą, którą jak do tej pory wydano pod skrzydłami Eönian Records. Kupujcie w ciemno!
Oficjalny profil na MySpace: www.myspace.com/legacycolumbus
Hardlover kwiecień 2010
|