|
Skład: John Bonham - perkusja i instrumenty perkusyjne, chórki; John Paul Jones - gitara basowa, organy, syntezatory, mandolina, chórki; Jimmy Page - gitara akustyczna, gitara elektryczna, gitara hawajska, chórki, bandżo; Robert Plant - śpiew, harmonijka
Produkcja: Jimmy Page
Swój trzeci studyjny krążek Led Zeppelin, a w zasadzie Page z Plantem, komponowało w pierwszej połowie roku 1970 w walijskiej posiadłości Bron-Yr-Aur mieszczącej się w Gwynedd, co zresztą ma swoje odzwierciedlenie w tytule jednej z piosenek. Krytycy zauważyli, że miało to wpływ na muzykę zespołu, gdyż wkradły się do niej elementy folkowe i duża ilość dźwięków akustycznych (w domku nie było prądu, podobnie zresztą jak i bieżącej wody). Nie bez znaczenia dla rozwoju stylu Zeppelinów jest też fakt, iż Jimmy Page zaczął eksperymentować z różnym strojeniem gitary. Sesje nagraniowe odbyły się już w studiach w Londynie, ostatecznego miksowania dokonano w amerykańskim Memphis w sierpniu, podczas trasy koncertowej grupy po tym kontynencie.
Prasa muzyczna przyjęła album początkowo dość chłodno, zresztą fani zespołu chyba również, co odbiło się na sprzedaży krążka. Wszyscy spodziewali się kolejnego Whole Lotta Love, a otrzymali liczne kawałki akustyczne. "Trójka" najpierw siłą pędu trafiła na szczyty list amerykańskiego Billboardu i w Wielkiej Brytanii, ale po kilku tygodniach wydawnictwo sprzedawało się coraz słabiej. Mimo iż sprzedano mniej kopii tej płyty od innych nagrań formacji, do końca XX wieku album sześciokrotnie pokrył się platyną. Trzeba przyznać, że grupa była bardzo pomysłowa w owym czasie i widać to chociażby po okładce. Niestety nie miałem okazji nigdy mieć w rękach pierwszego wydania na analogu, a szkoda, bo zastosowano tu ciekawy patent, tzw. volvelle. Okładka od frontu posiadała w kilku miejscach większe otwory, a w środku okragłą wkładkę z różnymi wzorami, która obracała się po włożeniu krążka do obwoluty. W zasadzie tym sposobem widok okładki był za każdym razem inny... Inne pomysły, o czym już wspomniałem, to eksperymenty ze strojem gitary, wpływy folk, większa ilość partii akustycznych, większy wkład pozostałych członkow zespołu w proces aranżacji - wszystko to razem wzięte poszerzyło jednak grono słuchaczy, bowiem zespołem zaczęli się też interesować fani rocka progresywnego. Pierwsze w zestawie Immigrant Song to mimo swej prostoty niekwestionowany hit. Budowa utworu jest wręcz prymitywna w swej strukturze, w zasadzie dominuje tu jeden dynamiczny riff przez cały czas trwania kawałka. Niemniej jednak może to być doskonały przykład na to, że i prościutki numer może powalić na kolana. Pod względem tekstowym można go chyba uznać za prekursora tzw. viking metalu ("Valhalla, I'm coming!"), do powstania tych liryków zachęcił ponoć Planta jeden z występów w Islandii. Więcej dzieje się w Friends, choć to już set całkowicie akustyczny. Muszę przyznać, że aranżacja się tutaj kapeli nadzwyczaj udała. Nie ma tu tradycyjnej perkusji, w sekcji rytmicznej prym wiodą instrumenty perkusyjne, co dodaje kompozycji egzotyki. Gitary akustyczne i inne instrumenty gitaropodobne tworzą niesamowity klimat, generalnie sporo się tu dzieje. Celebration Day nie robi na mnie już takiego wrażenia jak dwa nagrania poprzednie, chociaż pod względem patentów jest jakby ich wymieszaniem. Trochę akustycznie, trochę elektrycznie i ostro, chociaż konspekt nie do końca przemyślany, co w efekcie brzmi dość chaotycznie. Warto zwrócić uwagę na styl śpiewania Planta, bo to na nim wzorował się Coverdale tworząc swoje Whitesnake. Wolną, nastrojową, bluesową balladę mamy w Since I've Been Loving You. Świetnie wypadają tu organy Jonesa, w ogóle fantastycznie muzycy się tu zgrali, szkoda tylko, że partie perkusji nie są bardziej pokombinowane. Przy większej ilości odsłuchań zaczyna trochę drażnić fakt, że perkusista wystukuje rytm z monotonią metronomu. Kolejne Out On The Tiles jest jak dla mnie typowym przedstawicielem muzyki lat '70, fakt, że przecież Zeppelin było jednym z twórców tego gatunku. Z jednej strony sporo tu jeszcze wpływów dokonań stylistycznych końcówki lat '60, jest też ten bardziej drapieżny, hard rockowy pazur. Takie granie najlepiej wchodzi "po paru głębszych", fajnie się tego słucha po szklance whisky lub trzech piwach. Gallows Pole to nowa aranżacja tradycyjnej foklowej piosenki The Maid Freed from the Gallows. Niestety oryginału nigdy nie słyszałem, więc nie mam jak obu wykonań porównać. Środek zaczyna brzmieć sielankowo, a nawet robi się skocznie. To z takiej muzyki wyłoniły się co szybsze kompozycje amerykańskiego country. Akustyczności ciąg dalszy, przyszła kolej na balladę Tangerine. Tutaj dosłyszałem się nie tylko wpływów muzyki folkowej, ale i nieco zapożyczeń z muzyki średniowiecznej (dworskiej, czy też i trubadurskiej). Aż przypominają mi się późniejsze dokonania Blackmore'a i jego Blackmore's Night. Cóż, nie są to klimaty, za którymi bym jakoś szczególnie przepadał, tak więc rzadko nachodzi mnie ochota na słuchanie tego kawałka. Lepiej trafia do mnie bardziej tradycyjne granie w również akustycznym That's The Way. Elementy kowbojskiego country w tym wolniejszym wydaniu działają na mnie uspokajająco. Nie pamiętam już, jak ten numer brzmiał w oryginale, ale chłopakom od remasteringu trzeba oddać hołd za dobrą robotę - teraz brzmi to jak profesjonalna produkcja i nie słychać, że to kompozycja z lat '70. Początek Bron-Y-Aur Stomp jest wręcz rewelacyjny i szkoda, że grupa nie zdecydowała się zrobić z tego utworu całkowicie instrumentalnego rozwijając ten wstępny temat. Dalej niestety, mimo całkiem niezłego wokalowania Planta, robi się z tego jakiś prymitywny numer, a najbardziej drażnią mnie tutaj te odgłosy przypominające klaskanie. Fajnie się piosenka zpowiadała i na tym koniec. Hats Off To (Roy) Harper to nagranie zadedykowane ówczesnemu przyjacielowi zespołu, który zainspirował muzyków do zainteresowania się muzyką akustyczną. Tak więc mamy tu akustycznego bluesa robionego trochę pod nutę country, z dominującą rolą gitary slide. NIby nie jest to jakieś arcydzieło, ale w porównaniu z tym, co w środku pokazał poprzednik i tak numer może uchodzić za bardzo ambitny.
Spora ilość utworów akustycznych może zniechęcać zdeklarowanych fanów rocka do sięgnięcia po to wydawnictwo, jednak dla muzycznych "smakoszy" nie jest ona żadną przeszkodą, a może być nawet pewnym wabikiem. Osobiście zazwyczaj sięgam po ten krążek, kiedy mam ochotę posłuchać Immigrant Song, bo ten kawałek ma w sobie magię przyciągania i zmuszania do wielokrotnych odsłuchów, a przy okazji słucham i resztę zestawu. Mimo swojej "nierockowości" i tak jest to częściej słuchana przeze mnie pozycja od np. legendarnej "Czwórki". Polecam w ramach obcowania z klasyką.
Oficjalna strona zespołu: www.ledzeppelin.com
Guitarrizer lipiec 2009
|