|
Skład: Marcin Grzegorczyk - gitary, sample; Marcin Łuczaj - instrumenty klawiszowe; Marek Żak - gitara basowa; Krzysztof Pakuła - perkusja
Gościnnie: Katarzyna Dziubak - śpiew, skrzypce w [2, 4]
Produkcja: Marcin Grzegorczyk
Wszystkie opinie, z jakimi miałem kontakt, odnoszące się do premierowego albumu grupy Lebowski są opiniani pozytywnymi. Ich waga jest różna: od rozważnych, uargumentowanych komplementów po wybuchy uwielbienia. Ja w tej recenzji nie napiszę nic odkrywczego, bo jak wielu recenzentów debiutem formacji Lebowski jestem zachwycony. To niewiarygodne, ile zamieszania na polskim rynku wywołał ten materiał. Czy słyszeliście już Cinematic?
Grupa charakteryzuje go jako muzykę do nieistniejącego filmu. To jest chyba jedyna słuszna próba zdefiniowania tego materiału, choć tu i ówdzie przypisuje się tej oryginalnej formacji rozliczne łatki. Niemniej moim zdaniem nawet tak pojemny gatunek, jakim jest muzyka progresywna, nie wystarcza, aby wrzucić muzyków tworzących Lebowski do jakiegoś konkretnego worka, a już na pewno nie po tym, co zaprezentowali na Cinematic. Za album odpowiedzialny jest kwartet w składzie Marcin Grzegorczyk (gitary), Marcin Łuczaj (syntezatory), Krzysztof Pakuła (perkusja) oraz Marek Żak (bas). Zapamiętajcie te nazwiska dobrze, bowiem niewykluczone, że oto narodzili się przyszli bohaterowie polskiej muzyki (słowo "gwiazdy" ma dzisiaj wydźwięk pejoratywny). Grupa funkcjonuje od 2002 roku, ale premierowy materiał wydała dopiero po ośmiu latach istnienia, w dodatku przy dużym udziale tzw. nakładów własnych. Jednak nie od dziś wiadomo, że stal hartuje się w ogniu, a na rzeczy ważne potrzeba czasu. Muzycy z grupy Lebowski swoje osiem lat wykorzystali w najlepszych z możliwych sposobów. Teraz powinni mieć swoje lata splendoru. Cinematic wypełnia dziesięć kompozycji rozłożonych na nieco ponad godzinę muzyki szalonej, mrocznej, niesztampowej. Ten soundtrack do niestniejącego filmu potrafi wyciągnąć żyły z wyobraźni nawet największych twardogłowców. Ważne jest, że nastrój krążka nie jest zbudowany odgórnie czy mechanicznie, a muzycy nie współpracują w kilku określonych schematach tylko sprawiają wrażenie, jakby improwizowali, tworzą zgrane duety, współpracują w trio i w kwartecie, a niekiedy i otrzymują partie autonomiczne. Ten album z każdym kolejnym odsłuchaniem to nowa historia. Całości nie towarzyszy wokal, ale album nie jest niemy. Wspierają go dwie grupy głosów. Pierwszą tworzą głosy zaczerpnięte z takich filmów jak m.in. "Gangsterzy i filantropi" czy "Rękopis znaleziony w Saragossie". Nie bądźcie zdziwieni, gdy w rytm rozpędzonej perkusji Pakuły, w towarzystwie ekspresyjnych gitar Grzegorczyka czy pod ponurastymi basami Żaka usłyszycie charakterystyczny i niezapominany głos legendarnego Zdzisława Maklakiewicza. Marzę o tym, aby Lebowski przedostał się do szerokiego grona fanów na całym świecie, bo i oni (chodzi mi szczególnie o nowe pokolenie) będą mieli szansę zainteresować się ikonami polskiego kina. Druga grupa głosów to mistyczne wokalizy Katarzyny Dziubak, której delikatne, ale i niosące jakąś tajemnicę struny głosowe w parze z klawiszami Łuczaja przyprawiają o dreszcze na skórze. Zresztą Katarzyna Dziubak na liniach Cinematic nagrała tęż kilka partii smyczkowych. Jej skrzypce są jednym z wielu elementów różnorodności instrumentalnej, którą narysowany jest rzeczony album. To brzmi trochę paradoksalnie, bo z niebezpiecznie mylącego pozoru przy konstrukcji premierowego albumu Lebowski nie znalazła się zawrotna ilość instrumentów, ale po pierwsze sposób ich wykorzystania połączony z magnetycznymi samplami tworzą różnorodność, o której pisałem. A po drugie słuchacze bardziej wyczuleni na dźwięk odkryją w tej muzyce... harmonię, cymbały, trąbkę czy harfę, a może i coś jeszcze? Muzycy tworzący Lebowski w moim odczuciu, obok muzyki do nieistniejącego filmu, napisali również godzinę solidnej terapii dla osób znudzonych prostolinijnością, której na polskich i muzycznych rynkach muzycznych jest pod dostatkiem. To jednak nie oznacza, że Cinematic jest znakomitą porcją muzyki tylko z jakiegoś punktu odniesienia. Ten materiał mógłby się obronić, nawet gdyby w jego otoczeniu pojawiały się same wielkie hity płytowe, a rynek byłby ideowo szlachetny. Wszak jednym z licznych atutów krążka jest to, że powstał on z samodzielnej i niezależnej myśli muzycznej, która została urzeczywistniona bez żadnej ingerencji osób trzecich. To muzycy z grupy Lebowski są za niego odpowiedzialni, a nie panowie w garniturach z logo Roadrunnera.
Idąc za Piotrem Rokickim z Polskiego Radia muszę przyznać, że mi również nie chce się wyłączać tej płyty. Nie zrobię tego, dopóki nie odkryję jej wszystkich sekretów... liczę, że zdążę do kolejnej premiery albumu spod szyldu Lebowski. Panowie: Chapeau Bas!
Oficjalna strona zespołu: www.lebowski.pl
Robert Bronson grudzień 2010
|