|
Skład: Gudrun Laos - śpiew; Ralf Hansmeyer - gitara; Frank Fricke - gitara; Thomas Röben - gitara basowa; Wolfgang Schindler - keyboard; Jörg Michael - perkusja
Produkcja: Erwin Musper
Sporo kontrowersji budziła zawsze i budzi nadal rola kobiety w świecie rocka. Spora większość tych, którzy skórzane gacie muszą nosić z większym bądź mniejszym luzem w kroku (cecha osobnicza), sprowadza płeć piękną jedynie do poziomu "odstresowywacza" i jednego z wielu elementów na własnym placu zabaw. Z oczywistych względów jakoś trudno mi się podpisać pod tą oceną, toteż dołożę w najbliższym czasie trochę starań, by niektórym oczy przetrzeć i poszerzyć horyzont o kilka żeńskich wpisów w historię hard rocka.
Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Jeśli w dodatku pośle blondynkę z doświadczeniem muzycznym pośród facetów z pomysłami na AORowe granie, to powstaje taka formacja jak Laos. Do gara dodać trzeba jeszcze ambitnego producenta i w sklepach muzycznych oglądać można taką ciekawostkę jak We Want It. Zdecydowany riff otwierający płytę to przedsmak tego, co Hansmeyer ma zamiar zaprezentować dalej. Ostrą linią wokalną Laos zaznacza już na początku, że to nie przelewki, a ci którzy liczyli na smęcenie grzecznej dziewczynki, mogą wywalić krążek do kosza. Jednym zdaniem - I Want It, najkrótszy na zestawieniu kawałek wpada w ucho bardzo szybko za sprawą niezwykle chwytliwego refrenu, a to w końcu 90% sukcesu. Tytuł pozycji drugiej sugerować może, że nadszedł czas na refleksję i łzy, bo Why Is A Good Love to dobre imię dla skrzywdzonego pieska. Nic bardziej błędnego! "You want it hot, that's what I've got!" - ten pierwszy wers wciąga słuchacza coraz głębiej w rock'n'rollowy wir. Mój osobisty faworyt na jedynym wydawnictwie Laosa to prawdziwy hit. Numer świetnie komponujący się zarówno w głośną, zadymioną imprezę i skórzana kanapę sportowego samochodu. Jeśli już myśl o kanapie przyszła mi do głowy to pozostańmy w tej tematyce, bo dalej właśnie pościelowo i łóżkowo się robi. Now That It's Over to typowa power balladka z ładnymi klawiszami. Pazura dodaje jej zadziorny głos Laos, poza tym specjalnej rewelacji nie ma, ale bardzo przyjemnie się słucha. Dalej już ostrzej i dobrze, bo szybkie numery z fajnym rytmem wychodzą tej kapeli znacznie lepiej niż wyciskacze łez. Zresztą nie ma się co dziwić, skoro szeregi zespołu zasiliły osobistości udzielające się w takich składach jak Grave Digger, Running Wild, czy Stratovarius, o perkusiście tu mowa. Straight To The Top to już trzeci chwytliwy numer, zważywszy na to, że nosi numer 4, daje nam to niezły wynik, ale to jeszcze nie koniec. Wibrująca gitara i szybkie, urywane riffy... prosto na szczyt wiedzie słuchacza rytm z cyklu "pedał w podłogę". Tak jak w tym numerze prym wiedzie świetne gitarowe granie, tak w następnym pola ustępuje świetnym melodiom klawiszowym. Jericho to kawałek spokojny, ale zionie z niego mocą i zdecydowaniem. Krótka i soczysta solówka dopełnia zestawienie i tak już bardzo pozytywnych cech tej kompozycji. Trudno przy każdej pozycji pisać, że jest ona hitem, że trudno po kilku przesłuchaniach nie powtarzać słów chwytliwego refrenu, ale jeśli już maiłabym się pokusić o taki stylistyczny nieład, to musiałabym powtarzać to średnio co 4 minuty, bo oto kolej na Heartbreak Road. Poprzednia balladka średnio przypadła mi do gustu, ale następna sporo nadrabia. We Called It Love słucha się bardzo przyjemnie. Laos nie stara się sztucznie zmiękczać głosu i akcentu, jak to często spotkać można w przesłodzonych, cukierkowatych pierzynówach. Śpiewa jak umie najlepiej, a o tym, że tych umiejętności odmówić jej się nie da, niech świadczy fakt, że do współpracy zaprosił ją później Axel Rudi Pell i zespół Hardline. Pozachwycałam się już dość. Kolejny kawałek nieco ostudził mój zapał do zespołu. No cóż, nie każdy numer musi być świetny. Long Shot jest po prostu taki sobie. Szczerze powiem, że podczas przesłuchiwania całego albumu nudzi mnie do tego stopnia, że po prostu go przesuwam. Jedyne na co warto tutaj zwrócić uwagę, to króciutka solówka klawiszowa poprzedzająca gitarową. Badlands też nie zachwyca niczym ciekawym, choć bije na głowę swojego poprzednika. Tutaj refren nie jest już taki porywający, jak to było w przypadku Why Is A Good Love, czy Straight To The Top. Higher Ground rozpoczyna się iście Def Leppardowskim riffem, który powtarza się przeplatany innymi, ciekawymi wstawkami, raz płynącymi z dźwięczących strun, raz spod biało czarnych klawiszy. Nic oryginalnego, ale brzmi nieźle w tak spokojnym numerze, no i w końcu miły uchu refren. Dalej już ostrzej i naprawdę dobrze. One More Night jest ostatnim numerem na wydanym w 1990 roku albumie i szkoda, że taki hit zakończył współpracę tego składu. Żal, że nie powstało więcej utworów na poziomie tego właśnie. Mocne perkusyjne bicie, szybki bas i wpadająca w ucho linia gitary, tak właśnie powinno się grać! W reedycji płyty z 2005 roku zespół postanowił sprezentować fanom dodatkowe 3 utwory. Na wstępie już powiem, że oczekiwałam zupełnie czegoś innego, ale najwyraźniej te 15 lat rozłąki zupełnie zmieniły podejście do muzyki każdego z członków Laosa. Pierwszy z trzech bonusów to znany hit zespołu Boston - More Than A Feeling. Znając na pamięć oryginalną wersję trudno z początku przyzwyczaić się do tak autorskiej aranżacji, ale coś w tym jest. W końcu nie nagrywa się czyjegoś numeru po to, by go idealnie odtworzyć. Ogólnie można ten numer ocenić na plus, choć zapewne wielu będzie takich, którym nie spodoba on się wcale. Come Tomorrow to rzewna balladka, zupełnie nie w stylu Laosa. Rozpisywać się nie ma sensu, bo i nie ma nad czym. Lepiej na szczęście jest z Love Sweet Love. Klawisze pachnące Marillion to coś, co lubię. Przepaść dzieli hity z pierwszego wydania We Want It od tego numeru, ale lata robią swoje. Więcej doświadczenia to mniej szaleństwa, co przenosi się na odbiór dawnych fanów. To co dobrego zrobiło te 15 lat, to poprawa jakości nagrań. Trudno nie zwrócić uwagi na znacznie wyższą klasę dźwięku, jaką reprezentują dodane trzy utwory. Szkoda, że nie przekłada się to na wartości rockowe.
i siarka;).
Prawdziwie męskie granie, ostro i melodyjnie, a jednak z kobietą na czele. We Want It nie stanowi żadnego przełomu, nie jest niczym odkrywczym, mało tego, nie ma wielu, którzy kiedykolwiek słyszeli o tym składzie. Tutaj właśnie nieskromnie stawiam swoją osobę i mam nadzieję przybliżyć chętnym kilka mało, bądź wcale nie znanych zespołów, które jednak mimo braku popularności warto wygrzebać i postawić na regale tych częściej słuchanych.
Brak oficjalnej strony zespołu
Nienor sierpień 2008
|