Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

L.A. GUNS - L.A. Guns [1988]
Wydawca: MCA Records / Vertigo / Polydor / Nippon Phonogram

  1. No Mercy
  2. Sex Action
  3. One More Reason
  4. Electric Gypsy
  5. Nothing To Lose
  6. Bitch Is Back
  7. Cry No More
  8. One Way Ticket
  9. Hollywood Tease
  10. Shoot For Thrills
  11. Down In The City
  12. Winter's Fool [japoński bonus track]
L.A. Guns

Skład: Phil Lewis - śpiew; Tracii Guns - gitary; Mick Cripps - gitary; Kelly Nickels - gitara basowa; Nickey 'Beat' Alexander - perkusja

Produkcja: Jim Faraci

W 1983 roku gitarzysta Traci Guns zakłada zespół o prostej nazwie nawiązującej do miejsca swojego zamieszkania. L.A. Guns działa aktywnie do 1985 roku, po czym łączy się z Hollywood Rose tworząc grupę Guns N' Roses. Oczywiście Traci będący silną osobowiścią nie może wytrzymać w zespole dowodzonym przez Axla i reaktywuje L.A. Guns zbierając całkiem innych muzyków. Po długich 5 latach od pierwotnego startu i kilku zmianach w składzie ukazuje się w końcu debiutancki krążek odrodzonego zespołu. Tyle suchych faktów, pora przejść zatem do konkretów.

Pod koniec lat '80 ubiegłego wieku scena hard rockowa w Mieście Aniołów była wyjątkowo prężna. Ukazywała się masa najcześciej udanych albumów takich grup jak W.A.S.P., Mötley Crüe, Faster Pussycat, czy Guns N' Roses. Na fali popularności tych wykonawców wypłynęło L.A. Guns ze swoim debiutanckim krążkiem. Co my tu mamy? Album rozpoczyna się mocnym dynamicznym No Mercy. Taki sam tytuł miał kawałek W.A.S.P. nagrany podczas sesji do pierwszego longplaya, ale muzycznie mamy tutaj raczej nawiązanie do twórczości Mötley Crüe z okresu Theatre Of Pain. W sumie całkiem niezły numer, ale to jeszcze nie to. Dalej jest znacznie lepiej i co by nie mówić, z takim pazurem grał mało który hard rockowy band w owym czasie. Sex Action najbardziej kojarzy mi się z jedynką Faster Pussycat. Podobne podejście do rock and rolla. W sumie surowe brzmienie w sleazowym stylu. Moc. Do tego kawałka zrobiono teledysk, chociaż prawdę mówiąc wybór chyba przypadkowy, gdyż niemal każdy kawałek nadaje się tutaj na promocyjnego klipa. Zresztą do One More Reason też powstał teledysk i wydaje mi się, że grupa rozkręca się na naprawdę agresywne granie. Słowo o wideoklipie, gdyż wart jest napomnienia. Ekipa Traciego pozwala sobie tu na dosyć szokujące obrazki, które w z zestawieniu z ostrym punk-hard rockowym graniem dają nam ogólny klimat tego krążka. Klimat Los Angeles pełnego gangów i napadów z bronią. Na popularnym YouTube można obejrzeć nieocenzurowaną wersję. Mocna rzecz. Nie może dziwić nas pewna konsekwencja w trzymaniu się pewnego schematu, który sprawdza się tutaj doskonale. Myślę, że porównanie z debiutem Fasterów jest całkowicie zasadne, bo to bardzo podobne do siebie płyty. Nie ma cienia szans na jakieś mega słodzenie. Electric Gypsy przypadnie do gustu fanom Mötley Crüe, bo przypomina do złudzenia Wild Side. Dokładnie ta sama rtymika, ten sam patent na wykorzystanie motorycznych gitarowych zagrywek, że o perkusji już nie wspomnę. Mocny numer nie da się ukryć. Glam metalowe rytmy huczą też w dwóch następnych kawałkach, z tym że Nothing To Lose urozmaicono dęciakami. Zupełnie niepotrzebnie, bowiem numer nie zwraca szczególnie mojej uwagi przelatując koło ucha. Lepiej natomiast wypada Bitch Is Back, gdzie zadziorne riffy potęgowane są agresywneym stylem wokalnym Lewisa. No i przyszedł czas na akustyczną miniaturkę Cry No More. Kawałek zupełnie z innej bajki. Bardzo subtelny, ocierający się nawet o muzykę klasyczną utworek, który znalazł się chyba tutaj przypadkiem. One Way Ticket za to ma robić za chwytającą za serce metalową balladę i tak rzeczywiście jest. To taka ballada w stylu W.A.S.P., a więc na pewno słodzenia nie ma się co po niej spodziewać. I bardzo dobrze. No i wracamy do agresywnego glam metalu kawałkami Hollywood Tease i Shoot For Thrills. Oba to zresztą covery, ale co ciekawe, brzmią jak autorskie kawałki Gunsa. Zresztą oba numery wykonywali kiedyś ze swoimi zespołami członkowie L.A. Guns, Phil Lewis śpiewał w Girl i pierwszy z tych numerów to właśnie cover tego zespołu. Doskonały osadzony na mocnym rytmie, sleazowy hymn. Drugi to za to cover byłego zespołu Kelly Nickelsa - Sweet Pain. Być może najlepszy na płycie, ocierający się o stylistykę heavy metalu Shoot For Thrills to dla mnie dowód na to, że lata '80 to nie tylko słodkie balladki Bon Jovi i mocno klawiszowe hymny w stylistyce AORu. To jest sleaze metal właśnie. Takie granie odpowiada mi w 100%. Down In The City zamyka całość i też mi się podoba, aczkolwiek nie cały. Początek mocarny, poźniej trochę podrygiwania w stylu Deep Purple z lat '70, ale na szczęście refren to już moc i siarka;).

Debiutancki krążek L.A. Guns to porcja wybornego hard and heavy i jeśli miałbym się już do czegoś przyczepić, to chyba tylko do produkcji, bowiem wtedy już lepiej płyty brzmiały, ale to taki drobny szczególik. Do tej pory album sprzedał się w nakładzie miliona egzemplarzy i uchodzi za klasyk gatunku. Dla mnie jedna z mocniejszych płyt lat '80. Polecam.

Oficjalna strona zespołu: www.laguns.net

LSDisease
czerwiec 2008