Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

L.A. GUNS - Hollywood Vampires [1991]
Wydawca: MCA Records / Polydor / Mercury

  1. Over The Edge
  2. Some Lie 4 Love
  3. Kiss My Love Goodbye
  4. Here It Comes
  5. Crystal Eyes
  6. Wild Obsession
  7. Dirty Luv
  8. My Koo Ka Choo
  9. It's Over Now
  10. Snake Eyes Boogie
  11. I Found You
  12. Big House
  13. Ain't The Same [japoński bonus track]
  14. The Ballad Of Jayne [German alternate track]
Hollywood Vampires

Skład: Phil Lewis - śpiew; Tracii Guns - gitara prowadząca, gitara akustyczna, gitara slide, theramin, chórki; Mick Cripps - gitara elektryczna, gitara akustyczna, gitara slide, instrumenty klawiszowe, aranżacje smyczków, chórki; Kelly Nickels - gitara basowa, chórki; Steve Riley - perkusja i instrumenty perkusyjne, chórki
Gościnnie: John Townsend - chórki; Kevin Savigar - aranżacje smyczków

Produkcja: Michael James Jackson

Hollywood Vampires to trzeci pełnometrażowy album kalifornijskiej formacji L.A. Guns i wydany został tuż przed inwazją gruge, co zapewne zaważyło na jego słabej w stosunku do poprzednich krążków sprzedaży. Mimo tego pozycję na liście Billboardu miał niezłą i wspiął się do 42 miejsca. Można śmiało stwierdzić, że Wampiry to bardziej dojrzała propozycja niż poprzednie dwa albumy.

Jakieś dziwne hinduskie motywy otwierają pierwszy na płycie Over The Edge, jednak już po minucie mamy do czynienia z hard rockiem. Produkcyjnie ten album jest naprawdę wyśmienity. Brzmienie klarowne i o wiele lepsze niż na wcześniejszych krążkach. Fani sleazu mogli ciut kręcić nosem na takie artystyczne zapędy Gunsa, ale co by nie mówić, ta muzyka robi wrażenie. Over The Edge nie jest jakimś typowym sleazowym kawałkiem. Owszem, czuć w nim dalej rock and roll, ale czuć też pewną melancholię, raczej obcą gatunkowi, do którego zaklasyfikowano L.A. Guns. Gdzieś w środku tego numeru mamy orkiestrową wstawkę z syntezatora, co musiało wprawić w osłupienie fanów Sex Action i tym podobnych utworów. Podoby styl czasami prezentowała grupa Tesla, lecz nie wiem, czy można mówić o jakimś naśladownictwie. Dalej już sleazowo. Some Lie 4 Love to jeden z bardziej znanych kawałków z tej płyty. Melodyjny i świetnie oddający klimat muzyki Amerykanów. Lewis śpiewa wysoko, z lekką chrypą, co było jednym z głównych wyznaczników stylu Pistoletów. Bardzo mi się podoba partia gitary wyodrębniająca dźwięki strun zamiast pełnych akordów. Z tego patentu grupa korzystała częściej. Nie tylko zresztą oni bo, Great White również. No i właśnie myślę, że ten numer powinien spodobać się fanom Rekina. Kiss My Love Goodbye także nie zawodzi. Uwagę zwraca szczególnie szpanerska zagrywka gitary, którą chwalił się też CC DeVille z Poison w kawałku Unskinny Bop (zwrotka). Jak dla mnie bomba, tym bardziej że dalej jest przebojowo. Here It Comes nie zwiastuje jakiejś większej zmiany stylu. Szczególnie podoba mi się w tym utworze przed-refren (niby to parę dźwięków, ale robi wrażenie). L.A. Guns postanowili widać dopracować każdą nutkę tego wydawnictwa. No i czas na pierwszą balladę na płycie. Crystal Eyes to w moim mniemaniu najlepsza ballada zespołu. Pamiętacie The Ballad Of Jane z poprzedniego krążka? Wtedy wielki hit, a moim zdaniem na takie wyróżnienie zasługuje właśnie Crystal Eyes. Oczywiście nie jest to tego typu ballada. Jest bardziej podniosła. Coś jak Silent Lucidity Queensryche. No w każdym razie nie stonesowo jak w innych sleazowych balladach, którymi raczyli nas Guns N' Roses czy choćby L.A. Guns we wspomnianej Balladzie o Joasi. Wspaniały pomysł. Mogę słuchać bez końca. Choćby dla tego kawałka polecam album wszystkim fanom melodyjnego hard rocka. W Wild Obsession postanowiono wzbogacić brzmienie zespołu o klawisze imitujące instrumenty dęte. Nie zabrakło też solówki zagranej techniką slide. Kompozycja oczywiście bardzo przebojowa i świetna. Żeby nie było, że grupa traci impet, pojawia się Dirty Luv. Już tytuł sugeruje, że będzie sleazowo. Jest owszem sleazowo, ale nie tak jak na pierwszych dwóch płytach zespołu. Po prostu brzmienie jest tutaj znacznie lepsze niż wcześniej, co sprawia, że wydaje się to jakoś bardziej dynamiczne. Uwielbiam ten numer. Jeden z lepszych w tym zestawie. My Koo Ka Choo. O rany, cóż to za tytuł? Chociaż tak się składa, że to mój faworyt z tego wydawnictwa. Podobnie jak w Wild Obsession skorzystano z klawiszy, lecz są one jedynie delikatnym uzupełnieniem ostrej gitarowej uczty. Grupa korzysta też ze wspomnianego przy okazji Some Lie 4 Love patentu, gdzie gitarzysta wyodrębnia dźwięki. Przytoczyłem, że robili tak też Great White, ale i u War Babies takie momenty da się usłyszeć. Solówka jest tu super, podobnie jak rozdzielający ją segment gitar grających unisono (dokładnie jak w Iron Maiden). Sam kawałek palce lizać. No więc czas na kolejną balladę. Tym razem It's Over Now wydaną także na singlu (innym singlem z tego krążka był numer Kiss My Love Goodbye). Mimo pewnej popularności, jaką ten utwór zdobył, nie rusza mnie zupełnie. W porównaniu z Crystal Eyes jest to wręcz porażka. Dziwi mnie, dlaczego zespół postanowił zrobić do tego teledysk, ale z drugiej strony skoro komuś się to spodobało, mógł sięgnąć po album i odkryć Kryształowe Oczy. Snake Eyes Boogie też mi niezbyt podchodzi. To po prostu boogie, tyle że zagrane z hard rockowym zacięciem. Jakoś nie do końca mnie to przekonuje. I Found You to trzecia i ostatnia ballada na krążku. Panowie, co za dużo to niezdrowo. Tym bardziej że Kryształowych Oczu powtórzyć nie jest łatwo. Z drugiej strony nie jest ten utworek jakimś gniotem. Z takich kawałków znane jest obecnie Great White, więc w sumie może być. Na koniec powrót do heavy rocka. Leniwy głos Lewisa brzmi jak najbardziej sleazowo. Ścieżka ma klimat numerów z Wake Me When It's Over Faster Pussycat, więc zaliczam to grupie na plus, tym bardziej że ekipa Taimiego rozwala niemal każdym kawałkiem i jakiekolwiek nawiązanie do takiego stylu musi być udane. Ale takie porównanie nie może być zaskoczeniem, bo na albumie gra przecież były basista Fasterów. Tym samym płyta kończy się okazale mocnym akcentem. Myślę nawet, że wiele dramatyzmu jest w tym numerze, podobnie jak w otwierającym Over The Edge. Czyli takie bardziej tajemnicze kawałki spinają album klamrą. I siarką ;).

Cóż dodać, Hollywood Vampires to być może najlepsza płyta w dyskografii L.A. Guns. Piszę "być może", gdyż z pewnych względów sentymentalnych wahałbym się między nią a debiutem, ale bądźmy obiektywni, ten krążek to najlepsze co chłopaki nagrali. Co więcej, album ten polecam nie tylko fanom sleaze rocka. Mogą po niego sięgnąć także fani melodyjnego hard rocka, gdyż produkcyjnie ten album brzmi czysto, a aranżacje niektórych utworów zrobione są z dużym rozmachem. Rockowe arcydzieło.

Oficjalna strona zespołu: www.laguns.net

LSDisease
czerwiec 2009