|
Skład: Tomasz "Viśnia" Wiśniewski - śpiew; Piotr Brzychcy - gitara; Krzysztof Walczyk - organy Hammonda, instrumenty klawiszowe; Krzysztof Nowak - gitara basowa; Dariusz Nawara - perkusja
Gościnnie: Doogie White - śpiew w [2]; Piotr Kupicha - śpiew w [10]
Produkcja: Lech Pukos
Przyznam szczerze, że nie bardzo przepadam za polską muzyką rockową, która jaka jest - każdy widzi. De facto niewiele polskich płyt jest w stanie mnie nie znużyć i nie doprowadzić do stanu zagotowania umysłu. Ponieważ jednak jakiś czas temu recenzowałem dwa bardzo dobre krążki polskich zespołów, postanowiłem sięgnąć po trzeci. Padło na nowe dziecko zespołu Kruk. Ekipa z Dąbrowy Górniczej choć miała w sobie spory potencjał twórczy, to nie potrafiła mnie do siebie przekonać ani nagraną do spółki z Grzegorzem Kupczykiem płytą Memories z 2006 roku, ani też Before He'll Kill You, wydanym trzy lata później. Zaryzykowałem zatem z nadzieją, że skoro były dwa bardzo udane dzieła, w których jedni naśladowali Iron Maiden, a drudzy Black Sabbath, to może kolejna będzie równie udana.
Tak więc nie bez obaw odpalałem nowy krążek zespołu Kruk. Nie nastawiałem się na jakieś wiekopomne dzieło, ale to co znajduje się na tym LP, pozwala mi śmielej i z większymi nadziejami patrzeć w przyszłość polskiej muzyki rockowej. Jestem bardzo zadowolony, że ta formacja nie bawi się w żadne eksperymenty, a wydawnictwo pod każdym względem przebija poprzednie. Zadbano o estetyczną książeczkę (co jest przecież równie ważne jak zawartość CD), a kompozycje mają odpowiednie brzmienie, są bardzo dobrze zrealizowane i zawierają w sobie jasny płomień ducha Deep Purple, Rainbow, Uriah Heep, Whitesnake, Dio, czy nawet Iron Maiden. Co najfajniejsze, kompozycje, mimo że są długie, rozbudowane i zagrane z pewną dozą progowej maniery, w ogóle nie nudzą. Zdecydowanie nie jest to LP na raz. W tę płytę trzeba się wgryźć, wniknąć. Posłuchać rozbudowanych, ciekawych aranżacji, zabiegów z tempem, klimatu i wspaniałych popisów solowych na gitarach czy instrumentach klawiszowych. Słowem jest to dojrzały album dojrzałych muzyków, którzy wiedzą, czego chcą, jak to zagrać i jak osiągnąć zamierzony efekt. A że nie do wszystkich dotrą te nieraz bardzo wyrafinowane struktury utworów? No cóż, nie do każdego muszą. Ktoś może powiedzieć, że to tylko stary klamot wyciągnięty skądś tam, odkurzony i doprowadzony do stanu używalności. A ja powiem, że to stary, klasyczny Ford Mustang, wyciągnięty z jakiejś zapadłej szopy, gdzie robiły na niego kury, z pieczołowitością doprowadzony do porządku. Nowy właściciel nie tylko zadbał o szczegóły i szczególiki, które miały świadczyć o nowym życiu oldtimera, ale także dodał sporo nowych, technicznych elementów, które ów żywot miały zapewnić jeszcze na długie lata. Taka to jest płyta. Stare, sprzed kilkunastu lat spotyka się z tym co nowe. Efekt jest taki jak ze starym samochodem: każdy znawca i miłośnik obejrzy się widząc lśniące cudo pędzące szosą lub wolno i majestatycznie jadące ulicą. W takim więc pięknym nastroju zajmijmy się krążkiem, który wita nas złowrogo kraczącymi ptaszyskami. Można się tym intrem przestraszyć, ale już Now When You Cry z klimatami przypominającymi dokonania Deep Purple czy Rainbow automatycznie uspokaja. Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na początek tego utworu. Czy właśnie tak przypadkiem nie grają panowie z chociażby Tool? No właśnie. Mi ten pomysł na otwarcie bardzo się spodobał. Do tego fajne gitary i zajebiste, "lordowskie" klawisze. W In Reviere mamy niespodziankę. Obok wokalisty, Tomasza Wiśniewskiego zaśpiewał niegdysiejszy krzykacz Blackmore'a i Malmsteena, pan Doogie White. Obaj ładnie ze sobą współpracują, a Tomek ani na trochę nie dał się zdominować bardziej utytułowanemu koledze po fachu i swoim śpiewem wcale nie brzmi gorzej. Całość brzmi wprost kapitalnie, a ta purpurowo-progresywna maniera jest powalająca. Ładne echa Uriah Heep witają nas w Imagination. Chociaż czy do końca tylko to? Tego nie byłbym jednak taki pewien. Tu jest coś więcej, a te nuty w refrenie już też gdzieś były. Bardzo podoba mi się rozbudowana partia klawiszy, pulsujący bas i udana, gitarowa solówka. Ciekawie, orientalnymi ozdobnikami rozpoczyna się Embrace Your Silence. To już oczywiście więcej Rainbow za kadencji Dio. Typowe rozwiązania i podziały, które były charakterystyczne dla pary Ronnie James - Blackmore. Co zaskakujące, zespołowi udało się przemycić tu co nieco z Iron Maiden. Posłuchajcie tej gitary. Czy wioślarze Dziewicy nie umieszczali w swoich utworach takich partii? Bardzo podobają mi się te progresywne wstawki, które w bardzo sprytny sposób zostały tu umieszczone. No i niesamowicie śpiewający wokalista. Forever to taki przejmujący, purpleowski blues. Zaśpiewany w manierze naszego ulubionego Davida Coverdale'a. Trzeba przyznać, że wokalista wyśmienicie sobie poradził z tym wyzwaniem. Niełatwo jest przecież śpiewać takie numery, a co dopiero naśladować wielkiego Dave'a... Po tym kolosie mamy nieco bardziej tajemniczy Here On Earth. Ciekawy numer, nieco bardziej w stylu solowych dokonań Dio. Ozdobiony purpurowymi klawiszami i ornamentyką rodem z Rainbow. Zdecydowana motoryka i chwytliwy refren na pewno spodoba się wielu fanom takowego grania. Potem już nie blues, ale nasycona emocjami ballada Cold Wall. To jest nie tylko coś z Dio, ale przemykają też nuty zarezerwowane dotąd dla lubiącego nieco dramatyczniej pośpiewać Fabio Lione, wokaliście Rhapsody Of Fire. Nie bijcie, ale to jest coś na kształt ich utworów, dopasowanych do purpurowych ram. O wiele bardziej weselszy, zadziorny i zawadiacki jest Every Night. Początek może kojarzyć się z niektórymi kawałkami Red Hot Chili Peppers. Potem znów wita nas cudowna maniera wokalna Tomka, który na zmianę naśladuje Coverdale'a, by zaraz potem zaskakiwać wokalami w stylu Ronnie Jamesa. Oczywiście wszystko jest w stylu Deep Purple. Czyż to nie fajny miks? Dołóżmy pulsujący bas i wspaniałą solówkę. Wierzcie mi - bardziej utytułowana ekipa ze Stanów może się z zakłopotaniem podrapać po głowie. Tak się gra! Koniec płyty to przede wszystkim ponad dwunastominutowy It Will Not Come Back. Po wolnym wstępie znów mamy gitary w stylu Iron Maiden i tę ich gitarową progresję. Wspaniały riff, ogromny rozmach i jeszcze większa muzyczna wyobraźnia, która znajduje swoje ujście w instrumentalnym szaleństwie muzyków. No i ta nagła zmiana tempa, galopująca sekcja, świetny wokalista i naładowany emocjami tekst. Kruk wznosi się coraz wyżej i wyżej, wysoko aż pod niebo. Po tak świetnym i, co najważniejsze, absolutnie nie nużącym utworze, krążek kończy kapitalnie zagrany cover Tiny Turner - Simply The Best. Zrealizowany z udziałem drugiego zaproszonego gościa. Jest nim... Piotr Kupicha, znany oczywiście z bijącego rekordy popularności zespołu Feel. Niektórzy pewnie zakrzykną, że to zdrada i takie tam. Jeszcze inni pewnie skrzywią wargi w szyderczym uśmiechu i stwierdzą, że to coś na kształt związku Dody i Nergala. Tymczasem obaj wokaliści odwalili kawał świetnej roboty, a nowa, odświeżona wersja mega przeboju naprawdę może się podobać. Było mega poważnie, nastrojowo i dostojnie, a tym numerem panowie udowodnili, że równie dobrze czują się w nieco innych klimatach. Ha, babcia Tina z pewnością doskonale bawiłaby się słuchając, jak zespół z dalekiego kraju gra jeden z jej najważniejszych i rozpoznawalnych hitów.
It Will Not Come Back to dla mnie ogromne zaskoczenie. Czyżby w polskim rocku szykowała się rewolucja? Czyżby idzie nowe? Mam szczerą nadzieję, że tak właśnie będzie. Po płytach Monstrum i CETI czas na to, by czarny ptak pokazał, jak wysoko można się wznieść. Żywię głęboką nadzieję, że po takim locie panowie poczują chęć na więcej i jeszcze nie raz pokażą nam, na co ich stać. Po płytach, które nie przekonywały mnie do końca, mój apetyt został zaspokojony. Z pełną odpowiedzialnością, uśmiechem i wiarą na to, że będzie jeszcze lepiej, w pełni zaspokojony w muzyczne wrażenia, stawiam Krukowi piątkę z plusem i gorąco polecam ich nowe dzieło wszystkim fanom głodnym rasowych, rockowych dźwięków. Nikt nie będzie zawiedziony
Oficjalna strona zespołu: www.kruk.art.pl
Vincent czerwiec 2011
|