Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

KROKUS - Metal Rendez-Vous [1980]
Wydawca: Ariola Records / BMG Music / Arista / MSI Music Corp.

  1. Heatstrokes
  2. Bedside Radio
  3. Come On
  4. Streamer
  5. Shy Kid
  6. Tokyo Nights
  7. Lady Double Dealer
  8. Fire
  9. No Way
  10. Back-Seat Rock & Roll
Metal Rendez-Vous

Skład: Marc Storace - śpiew; Fernando Von Arb - gitara prowadząca, chórki; Chris Von Rohr - gitara basowa, chórki; Freddy Steady - perkusja, chórki; Tommy Kiefer - gitara rytmiczna, chórki; Juerg Naegeli - instrumenty klawiszowe, chórki

Produkcja: Martin Pearson & Krokus

Od razu się przyznam bez bicia, że za tym zespołem jakoś tak bardzo nie szaleję. Owszem, lubię kilka płyt, ale na tym wszystko się kończy. Niemniej przyznać trzeba, że ta grupa to właściwie "temat-rzeka". Zespół-kuźnia szwajcarskich metalowych kadr, inspiracja dla wielu, a dla wielu ikona i sztandar helweckiego hard rocka. Dni największej sławy ma już właściwie dawno za sobą, ale o takich zespołach należy zawsze się wyrażać z szacunkiem. Choćby z tego powodu, że w czasach zamierzchłych był jednym tchem wymieniany wśród największych zespołów hard rockowych.

A skoro o tym mowa, to troszkę historii na początek. Krokus uformował się w Szwajcarii w mieście Solothurn w roku 1974. Początkowo formacja próbowała swych sił w muzyce z kręgu symfonicznego rocka i taki też charakter miały dwa pierwsze albumy: Krokus (1975) oraz To You All (1977). Obydwie płyty wzbudziły raczej małe zainteresowanie. Grupa postanowiła zatem zmienić styl grania, następne utwory były już bardziej melodyjne z wyraźnymi cechami stylu AC/DC. Pierwszym albumem z taką muzyką był Painkiller z roku 1978 nagrany i wyprodukowany w 6 dni. W USA płyta ukazała się pod tytułem Pay It In Metal i miała inną okładkę. Jednak i to wydawnictwo nie wzbudziło zainteresowania, a zespołowi zarzucano zbytnie zapatrzenie się w elektryków. Do tego narzekano na wokale Chrisa von Rohra. Ponieważ grupa chciała uniknąć dalszych niedoskonałości, zaproszono do składu Marca Storace, urodzonego na Malcie, który przybrał zresztą stosunkowo mało znany pseudonim Maltezer Mark. Von Rohr przejął gitarę basową, a Naegeli już tylko zajął się stroną produkcyjną nagrań, choć także niekiedy tu i ówdzie dogrywał partie klawiszowe. Pierwszym efektem tych roszad był wydany w roku 1980 album Metal Rendez-Vous. Niekiedy jest on nazywany pierwszym klasycznym krążkiem Krokusa. Okazał się on być dużo cięższym od swoich poprzedniczek, z bardzo charakterystycznymi wokalami Storace, mocnymi, nośnymi riffami i sporą dawką heavy metalowej przebojowości. "Metalowa Randka" bardzo szybko zyskała uznanie praktycznie na całym świecie, najbardziej u łasych na takie granie Angoli, a także w Holandii, Niemczech (też nic dziwnego), docierając także do naszego kraju. Rzecz jasna, nie jest to jakiś bardzo wypasiony krążek. Fajerwerków zbyt dużo nie ma, aczkolwiek jeśli się trafiają, to są one pierwszej próby. Ot, po prostu fajny, hard rockowy album i tyle. Bardzo dobry, energetyczny i łobuzerski otwieracz Heatstrokes zapowiada płytę, z którą przyjemnie będzie obcować. Zaraz po nim mamy bardzo znany i nieśmiertelny Bedside Radio. To z pewnością jeden z największych hard rockowych numerów wszech czasów. No, może przesadziłem, ale znajduje się on na bardzo wielu hard rockowych składankach. Typowy hard rockowy wstęp, przypominający bardzo High Voltage AC/DC i porywający refren, który po prostu musi wpadać w ucho. W sam raz do chóralnego śpiewania z publiką na koncertach. Dalej mamy Come On. To już coś nieco innego. Trzeba jednak przyznać, że pasuje bardzo i został umieszczony w bardzo dobrym miejscu. Może tylko te chórki nieco infantylne i denerwujące, poza tym da się słuchać. Następująca po tym utworze ballada Streamer to chwila oddechu dla zmęczonych hard rockiem uszu. Ładnie pomyślany początek z odgłosami burzy w tle, delikatna i spokojna gitara oraz podniosły, nieco patetyczny refren. Do tego wspaniale śpiewający Marc Storace. Na uwagę zasługują także solówki obu gitarzystów. W tym miejscu rozstajemy się z bardzo dobrymi utworami na rzecz tych nieco słabszych: wesołego i energetycznego Shy Kid, który jednak nie przyciąga ucha na zbyt długo, kolejnej ballady Tokyo Nights - i tu o dziwo - zrobiła ona sporą karierę, wyprzedzając wspominaną wyżej Streamer. Może podobać się utrzymany w stylu AC/DC z końcówki lat '70, kawałek Lady Double Dealer, który ma coś w sobie z Rock'n'Roll Damnation. No ten riff i refren niemal bliźniaczy. Dużo lepszy jest już krótko zatytułowany Fire. Bardzo dobry riff i przede wszystkim świetnie pomyślany refren. Oto, co podoba mi się w tym kawałku. Na uwagę zasługuje także kapitalne zwolnienie, które zaczyna się gdzieś po drugiej minucie trwania utworu, rozpędza się, nabiera mocy. Osobiście uwielbiam takie zabiegi. Takie trochę jam-session ale pomyślane po prostu kapitalnie. No i wokalista "śpiewający" razem z gitarą. Nieczęsto spotyka się tak pomyślane nagrania. Na koniec typowy, heavy metalowy finał. Majstersztyk! No Way to typowy hard rockowy utwór, choć przyznam, że bardzo podoba mi się ten prosty, gitarowy riff. Płytę zamyka rozpędzony Back Seat Rock'n Roll. Wiecie, czego mi tu brakuje? Pianina jako podkład riffu. Taki zabieg zastosował Lemmy w którejś ścieżce na Sacrifice. Wypadło to bardzo fajnie i szkoda, że zespół nie wpadł na podobny pomysł. Kompozycja tylko by na tym zyskała i stał sięa jeszcze bardziej dynamiczna.

Pierwszy, klasyczny krążek Krokus. Pierwszy krok ku hard rockowemu panteonowi. Warto posłuchać na własne uszy, jak ten nikomu nie znany szwajcarski zespół śmiało sięga po najwyższe laury. Polecam

Oficjalna strona zespołu: krokusonline.com

Vincent
sierpień 2010