Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

KROKUS - Hoodoo [2010]
Wydawca: Columbia Records / Sony Music / Sony BMG

  1. Drive It In
  2. Hoodoo Woman
  3. Born To Be Wild
  4. Rock N Roll Handshake
  5. Ride Into The Sun
  6. Too Hot
  7. In My Blood
  8. Dirty Street
  9. Keep Me Rolling
  10. Shot Of Love
  11. Firestar
Hoodoo

Skład: Marc Storace - śpiew; Fernando von Arb - gitara; Mark Kohler - gitara; Freddy Steady - perkusja; Chris von Rohr - gitara basowa

Produkcja: Chris von Rohr

Szwajcarska grupa Krokus winna być znana wszystkim fanom dobrego, hard rockowego wymiatania. Zespół ten miał swoje wzloty i upadki, nagrywał mniej lub bardziej udane płyty, zawsze jednak starzy fani o nich pamiętali. Ich 12 albumów sprzedało się na całym świecie w milionach egzemplarzy.

W tym roku powracają z nowym studyjnym wydawnictwem, zatytułowanym Hoodoo. Premiera tego LP miała miejsce 25 lutego, ukazał się on jako wersja standardowa oraz w limitowanej edycji CD/DVD , na którym znajduje się zapis koncertu ze Stade de Suisse i Werony oraz wywiady z zespołem. Jest to pierwsze po reaktywacji dzieło grupy nagrane w klasycznym składzie, czyli Marc Storace (wokal), Fernando Von Arb (gitara), Chris Von Rohr (bas) i Freddy Steady (perkusja). Przyznam, że wieść o tym wydarzeniu nie zrobiła na mnie specjalnego wrażenia. Wciąż miałem w pamięci ich ostatnie, bardzo przeciętne dzieła i nawet czytając zapowiedzi Szwajcarów, że materiał stanowić będzie połączenie starych patentów z nowymi rozwiązaniami i, że według gitarzysty Fernando Von Arba miała być to "rockowa lawina" i "Zapnijcie pasy i bawcie się dobrze". Jakby tego było mało, wokalista Marc Storace zapewniał, że "fanom oryginalnego Krokusa, na pewno ta płyta się spodoba". No cóż, ja tylko wzruszyłem ramionami, nadal nie oczekując niczego specjalnego. Tymczasem nowe wydawnictwo w ich ojczyźnie uzyskało już status złotej płyty. Pomyślałem więc: "a nuż to rzeczywiście jest fajny album?". Oczywiście nie liczyłem na powtórkę z Metal Rendez-Vous czy Headhuntera, ale jakaś tam iskierka nadziei zaczęła się tlić. W końcu dorwałem owo dzieło i mimo obaw zdecydowałem się je odpalić. No i co? Ano, Drive It In wita nas radosnym i łobuzerskim riffem rodem z najlepszych lat AC/DC z Bonem w składzie. A jeśli gdzie indziej przyłożyć ucho, to mamy tu wypisz-wymaluj słynne Rock 'n' Roll Led Zeppelin. Przyznam, że byłem zaskoczony takim obrotem sprawy. Nastepujący po nim, skoligacony z tytułem krążka Hoodoo Woman to nic innego jak wczesne AC/DC, tyle, że bardziej "zmetalizowane". Moim skromnym zdaniem jest to najlepszy kawałek na tym albumie. Dalej mamy cover grupy Steppenwolf, czyli słynne Born To Be Wild. I w dalszym ciągu mamy tu ducha AC/DC, rodem z Highway To Hell. Tak sobie myślę, że temu longplayowi najbliżej właśnie do "Autostrady do Piekła". Podobny nastrój, podobne brzmienie i ustawienie sekcji... Nie ma co prawda następcy Night Prowler, ale jest Ride Into The Sun - rasowy, hard rockowy kawałek. Chyba nikt się nie obrazi, jeśli nazwę go balladą. Too Hot nachalnie kojarzy mi się z pewnym bardzo znanym nagraniem Judas Priest. Posłuchajcie sami - czy to nie pierwsza część riffu z You've Got Another Thin' Coming? Dalej, In My Blood to już powrót do AC/DC, tym razem jest tu coś przypominajacego Problem Child z jednej i If You Want Blood... You've Got It z drugiej strony. Fajnie, prawda? Narzekałem, że nie ma bluesa. Ależ jest w postaci Dirty Street. Rzecz jasna nadal mamy tu ducha elektryków. Jeśli ktoś chce, to w Keep Me Rolling znajdzie coś z albumu Powerage. Osobiście ta kompozycja kojarzy mi się z Sin City. Shot Of Love to taki miks dokonań Angusa i spółki. Album zamyka Firestar - osobiście mam tu nachalne skojarzenia z kawałkiem Rocker wiadomo kogo.

Dobry, mocny, radosny i kopiący jak trzeba album. W swojej kategorii zapewne nie będzie miał konkurencji i nie przebije go nawet nowe dzieło Australijczyków z Airbourne. Proszę Państwa - takie powroty w oryginalnym składzie to ja rozumiem. Wszystko na miejscu, żadnej zbędnej nuty, wszystko tu do siebie pasuje i doskonale współgra. Kto lubi radosny, bezczelny i łobuzerski Hard Rock z dużą dawką uśmiechu, ten zdecydowanie powinien zapoznać się z tą płytą. Do czego gorąco zachęcam. Naprawdę warto.

Oficjalna strona zespołu: krokusonline.com

Vincent
marzec 2010