|
Skład: Adam Dziadek - śpiew, gitara; Rafał Mirowski - perkusja; Przemysław Stangierski - gitara; Witold Zapędowski - gitara basowa
Produkcja: Wojciech Bazan
Łódzki zespół Klaatu zaistniał na początku lat '90 i podzielil los innych grup z tego gatunku, którym przyszło zmagać się z przeciwnościami losu na polskiej scenie. Mimo planów na dalsze granie, skończyło się na wydaniu raptem jednej płyty, niżej recenzowanej Strange z 1992 r.
Grupa powstała ponoć już gdzieś koło roku 1988 i zyskiwała powoli lokalną popularność, ale w zasadzie w szerszej skali nie było o niej słychać aż do 1991 r., kiedy to wystąpiła na festiwalu w Jarocinie. Na zespół zwrócili uwagę przedstawiciele wytwórni Arston, co zaowocowało sesją nagraniową w gdyńskim Modern Sound Studio, gdzie muzycy znaleźli się jeszcze w grudniu tego samego roku. Efektem prac było wydanie debiutanckiego krążka o tytule Strange w roku kolejnym. Płyta spodobała się krytykom, ponoć na publiczność też nie było co narzekać, więc ekipa rozpoczęła w studiu S4 prace nad kolejnym albumem, rozmyślając ponadto o wydaniu kasety z akustycznymi wersjami swoich starszych kompozycji, a do tego coverów The Beatles, Rolling Stones czy The Doors - nic z tego jednak nie wyszło. Arston, wydawca zespołu, zbankrutował, zabrakło pieniędzy na wykończenie i wykupienie nagrań. Formacja się rozpadła i nie było o niej słychać aż do roku 2003, kiedy to pod nazwą Klatu (z Kubą Wojewódzkim za bębnami) wydali materiał o tytule Cisza, niestety nie były to nagrania rockowe, a popowe. Zajmijmy się jednak albumem Strange. Technicznie zespół stał na odpowiednim poziomie, najczęściej porównywano jego twórczośc do Extreme (trochę to naciągane, ale i najbardziej trafne), choć z racji amerykańskiego brzmienia trafiały się i takie nazwy jak Guns N' Roses i Aerosmith (z Gunsami sporo przesady, co do Aero, to jakieś podobieństwa faktycznie by się znalazły). Płytę otwiera "extreme'owo" brzmiące Bad Feeling. Sporo tu zakręconych rytmów i wpływów muzyki funk, zupełnie jak u ekipy Bettencourta. Trzeba przyznać, że utwór się chłopakom udał i bez problemu dorównuje może mniej znanym kapelom zza oceanu. Przypomina mi trochę niektóre grupy teraz wygrzebywane przez Eonian Records i Suncity Records. W zupełnie innej stylistyce osadzony jest następny w kolejce Come On. Z jednej strony mamy tu coś z Ratt w warstwie muzycznej, za to wokale już z innej bajki, przywodzące na myśl typowo polskie zespoły z podobnego okresu, nawet mimo faktu, iż linie wokalne są wyśpiewywane po angielsku. No i właśnie wokale mi się tu nie podobają, bo do muzyki przyczepić się nie mogę. Be My Girlfriend jest bardziej rock'n'rollowe i to niemal dosłownie. Gdyby nie solówka, to byłoby mu bardzo blisko do złotej ery tego gatunku. Dalej przychodzi Do You Feel This, gdzie sporo muzycy zaczerpnęli od The Cult i ich naśladowców, na upartego znalazłoby się i coś z The Cure. Tempo nagrania średnie, melodie wokali dobrze dobrane do potrzeb kompozycji i z tego względu powinna ona trafić w gusta wymienionych wcześniej grup. America to już granie dużo szybsze, bardziej dynamiczne i z ciekawie chodzącym basem. Zespół zbliża się tu niemal do heavy metalu, ale jest w tym i gdzieś głęboko zakonspirowany punk rock (może to złudzenie ze względu na specyficzną grę perkusji, nawet mimo galopujących centralek). One Chance jest balladą inspirowaną wydarzeniami lokalnymi, kiedy to córka łódzkiego polityka uciekła od rodziców ze swoim chłopakiem (słynna sprawa Moniki Kern, na podstawie której nakręcono nawet film - "Uprowadzenie Agaty"). Sporą rolę grają tu pianistycznie zaaranżowane klawisze, a sama ścieżka przywodzi mi na myśl ballady Mötley Crüe, a ze starszych rzeczy nawet niektóre nagrania Johna Lennona. Najlepszym moim zdaniem numerem na płycie jest I Can't Stand Your Jail. Wspaniały, dość oryginalny riff, jakoś tam wprawdzie nawiązujacy do muzyki country, tyle że szybko zagrany i na ostrym brzmieniu gitar, zdecydowanie ciągnie ten kawałek do przodu. Ubolewać można tylko nad liniami wokalnymi, które mogłyby być lepsze. Tak czy inaczej, jak dla mnie jest to jedna z najlepszych pozycji w historii polskiego rock'n'rolla. Lazy Girl swym początkiem zdaje się nawiązywać do słynnego Bad Bad Boy szkockiego Nazareth, potem jednak bliżej mu słynnemu bluesowemu standardowi, wykorzystywanemu przez wielu wykonawców (nawet Joe Satriani zagrał coś takiego w Big Bad Moon). Całkiem niezłe. Po nim Cover Woman z riffami bardzo charakterystycznymi dla amerykańskich kapel, które balansowały między hard rockiem a heavy metalem, co jest faktem wartym odnotowania na polskiej scenie. Gdyby nie wokale, można by pomyśleć, że to jakaś pozycja z zachodnich wydawnictw. Nice Boys bardzo przyzwoite, słychać w nim jakieś echa Elvisa Presleya i jego Viva Las Vegas, do tego jeszcze coś z Deep Purple Hush (a jeszcze bliżej covera tejże piosenki w wykonaniu Szwajcarów z Gottharda). Naprawdę mocna pozycja, choć refren mógłby być lepszy. Tułowe Strange to dość specyficzna ballada, którą zespołowi udało się nawet zamieścić na składance dodawanej do czasopisma Brum. Pamiętacie początek od Closer To My Heart Ratt? Tutaj mamy podobnie brzmiące i zaaranżowane gitary, tyle że tym razem leci tak przez całe nagranie. Numer może się podobać, choć jest odmienny od reszty zestawu. Album zamyka szalona jazda ochrzczona tytułem Crazy Rock'n'Roll. Fajne popisy wioślarza na początku ścieżki, dalej spora dawka energetycznego grania, sięgającego gdzieś szybszych dokonań Diamond Head. W sumie, coś takiego mogłoby się też znaleźć na "jedynce" Megadeth, Killing Is My Business.
Trzeba przyznać, że jak na polską produkcję i jak na waruki panujące w czasie wydania krążka, jest on bardzo dobry. Znalazło się na nim kilka numerów, które mogłyby się równać z wieloma kawałkami znanymi z wydawnictw zachodnich. Myślę, że całość postawiłaby poprzeczkę jeszcze wyżej, gdyby nie wokal, ale to akurat dość powszechna przypadłość u polskich kapel.
Brak oficjalnej strony zespołu
Guitarrizer sierpień 2010
|