|
Skład: Paul Stanley - śpiew, gitary; Tommy Thayer - gitary, śpiew; Gene Simmons -śpiew, gitara basowa; Peter Criss - perkusja, śpiew; The Melbourne Symphony Ensemble - orkiestra dyrygowana przez Davida Campbella (7-11 + Dysk 2)
Produkcja: Mark Opitz
You wanted the best, you've got the best, the hottest band in the world, KISS! Już po raz czwarty wita nas demoniczny (a może po prostu przepity) głos obwieszczający, że oto mamy przyjemność brać udział w wielkim miesterium jakim jest koncert Kiss. Na premierę Alive IV przyszło nam czekać bardzo długo, rzekłbym nawet, że zostaliśmy doprowadzeni do granic wytrzymałości (my -fani). Co rusz w prasie muzycznej ukazywały się kolejne notki informujące, jakież to rewelacje zawierać ma czwarty koncertowy album Stanleya, Simmonsa i ich malowanej załogi. W końcu świat obiegła wiadomość, która okazała się być tą ostateczną, kolejna koncertówka KISS nagrana zostanie z orkiestrą. Nie powiem bym przyjął ten pomysł entuzjastycznie. Deep Purple, Scorpions, Metallica (zespół, który czego się nie tknie to spierdoli) a teraz KISS? "Śmierdzi mi to tanią komerchą", pomyślałem. Wkrótce dowiedziałem się, że nie ma to być typowe rockowo - symfoniczne wydawnictwo, lecz prawdziwa 3 aktowa sztuka. W pierwszym akcie mieliśmy usłyszeć klasyczny rockowy koncert, drugi akt miał być występem unplugged a trzeci, pełnowymiarowym koncertem z całą sześćdziesięcioosobową orkiestrą. Tak też się stało. Pełen entuzjazmu nabyłem płytę. "Hmm, wspaniała okładka" pomyślałem, "Elegancki booklet" zachwyciłem się spojrzawszy do środka. "O Kiss - Beethoven" zaśmiałem się zauważywszy zabawną ilustrację na grzbietach obu płyt. Już samo wydanie, gruba, pełna świetnych zdjęć książeczka i przecudna okładka zasługują na 10. No ale najważniejsza jest przecież muzyka.
Akt pierwszy. Po wspomnianej Kiss-mantrze nasze uszy atakuje klasyczny opener Deuce, po nim nie mniej klasyczny Strutter. Oba numery perfekcyjnie, profesjonalnie zagrane, z odpowiednim wykopem i jajami, co zawsze było wizytówką zespołu. Słyszalna jest euforia tłumu, co pozwala nam wczuć się w atmosferę panująca tego dnia w Melbourne. Let Me Go Rock & Roll, jeden z moich Kiss- faworytów, zagrany jako trzeci utwór koncertu, wypadł znakomicie. Tommy Thayer, zastępca dezertera Frehleya, daje niezapomniany popis swych umiejętności w porywającej solówce gitarowej, czym udawadnia, że, mimo iż nie stara się wybiec poza ustanowiony przez Ace'a standart, jest jego godnym następcą (jeśli o maskowy skład chodzi). Wielką niespodzianką dla mnie okazał się niewątpliwie doskonałe wykonanie wielkiego "bezmaskowego" hitu KISS Lick It Up, energia jaka bije z tego utworu została doskonale spotęgowana przez zabawy z publicznością. Brawa dla godnej pozazdroszczenia formy wokalnej Stanleya i brawa dla zespołu za utrzymanie tego killera w zestawie koncertowym. Śpiewająco zapowiedziany przez Paula Dr Love nadchodzi jak burza, Gene Simmons wystawia swój potężny jęzor, szykuje się do ponownego przejęcia roli wokalisty i oto, Calling Dr Love, numer bez, którego nie można sobie wyobrazić występu Całuśnych. Ostatnim punktem w pełni elektrycznego, hard rockowego cyrku, mógł być tylko Psycho Circus z ostatniej doskonałej płyty zespołu. Tutaj dopiero mamy okazję odczuć potęgę tego utworu.
Akt drugi. Unplugged. W tym momencie serce zabiło mi mocniej, wszak KISS słyną z pięknych ballad. Z akompaniamentem orkiestry akustyczne piosenki zabrzmiały o niebo lepiej niż ich studyjne wersje. Sędziwy Peter Criss doskonale poradził sobie ze swoją wizytówkową Beth, Paul Stanley z wielką klasą wykonał poruszające Forever, Gene Simmons zadziwił mnie przepięknie wyśpiewując Goin' Blind. Co się tyczy Goin'..., nigdy nie traktowałem go jako kandydata do Kiss - top ten, jadnakowoż akustyczno - symfoniczna wersja zmusiła mnie do zweryfikowania moich poglądów. Wilekie brawa. Sure Know Something unplugged to już mistrzostwo świata, na głowę bije wersje oryginalną i jest dowodem na to, jak doskonałymi kompozytorami są Simmons & Stanley. Przecież prosty, melodyjny hard rockowy utwór to, wbrew pozorom, spore wyzwanie dla muzyka. Jako zwieńczenie tego słodkiego i jakże romantycznego aktu, otrzymujemy Shandi. A Shandi jak Shandi, zawsze śliczna, zawsze urocza... Jako podsumowanie recenzji akustycznego show mogę powiedzieć, że unpugged with The Melbourne Symphony Ensemble to zdecydowanie jeden z najmocniejszych punktów programu.
Akt trzeci. Atak zmasowany. Po stopniowym dawkowaniu napięcia, obie armie w pełni połączyły swe siły. KISS i Orkiestra Symfociczna Melbourne stanęły ramię w ramię. KISS udało się uniknąć rzeczy, która ostatecznie pogrzebała podobne koncerty Metalliki czy Scorpions, udało im się zapobiec mimowolnej walki zespołu z orkiestrą. Wszystko zostało rozplanowane tak, by nikt nikomu nie przeszkadzał, iście napoleońska taktyka pozwoliła na wspaniałe zgranie się hard rockowego instrumentarium z klasycznym. Łamałem sobie głowę nad tym, jak zabrzmią Shout It Out Loud, Do You Love Me, I Was Made For Lovin' You, czy Rock And Roll All Nite w takim wykonaniu. Gdy otrzymałem odpowiedź byłem wielce usatysfakcjonowany. Otóż owe wersje po prostu zabijają, proszę posłuchać Do You Love Me... Już rozpoczynające akt trzeci Detroit Rock City daje do zrozumienia, że uczestniczymy w historycznej imprezie. Orkiestralne eksplozje przy każdym akordzie doskonale wzmagają dramaturgię show. Podobnie jak na płycie Destroyer, kolejnym utworem jest King Of The Night Time World. Tutaj symfonia daje prawdziwy popis, co nie jest dziwne. Stworzony wraz z Bobem Ezrinem Niszczyciel był przeciez płytą o lekko orkiestralnym brzmieniu i, czemu trudno sie dziwić, ma on tutaj swoją najliczniejszą reprezentację. Jednym z jaśniejszych punktów show jest God Of Thunder, poprzedzony intro podczas, którego Gene lewituje nad sceną a następnie wypluwa na swój obnażony tors gęstą krew. Ten powolny, potężny jak buty Gene'a song jest niczym ładunek nuklearny zrzucony na Melbourne. Prawdziwe piękno, utwór ten śmiało mógłby promowac całą płytę. Wzmocnienie nie ominęło też megahitu Love Gun, gdzie praca orkiestry jest zachwycająca. Na pierwszym planie słyszymy nie zakłócone niczym gitary, tylko w tle rozbrzmiewa sekcja smyczkowa, jednak podczas wiodącego riffu i w refrenie włącza się orkiestra, co daje naprawde piorunujące wrażenie. Po raz kolejny brawa dla Paula Stanleya, który śmieje się w twarz upływającemu czasowi. Przyszedł czas na Black Diamond. Tak, zdecydowanie diament. Najlepsza koncertowa wersja tegoż utworu, jaką kiedykolwiek dane mi było słyszeć. Tommy Thayer doskonale sobie radzi. Uwielbiam ten przedłużony wstęp. Peter Criss znów spisuje się na medal. Odgrywająca wiodący riff orkiestra czyni z całości dzieło sztuki. Potęga.Łagodne oblicze Demona Simmonsa reprezentuje Great Expectations, tutaj wykonane z uczestnictwem dziecięcego chóru (tak jak orkiestra przyozdobionego Kiss- make up'em). Ta patetyczna ballada bez wątpienia powstała z myślą o takim własnie show. Dla ponurego metalowca moze się okazać za słodka, zbyt wzniosła, zbyt amerykańska, ale przecież za to kochamy ten zespół. Na wstępie do relacji z aktu trzeciego wspominałem już o I Was Made For Lovin' You i Rock And Roll All Nite, zatem teraz powiem tylko jedno, wybuchowy i olśniewający finał.
Doprawdy, nawet jako zagorzały fan Kiss, nie spodziewałem się aż tak dobrego materiału. Zespół po raz kolejny udowodnił, że nie jest tylko czwórką pajaców w groteskowych strojach i makijażach, lecz kwartetem wspaniałych kompozytorów, muzyków i showmanów. Polecam to wydawnictwo każdemu, kto dawno nie słyszał dobrej koncertowej płyty i spragniony jest prawdziwie mocnych wrażeń. Jeśli ma to być ostatnie wydawnictwo KISS, w porządku, odeszli w wielkim stylu, w najlepszy sposób w jaki mogli. Jeśli jest inaczej, czekamy na płytę studyjną... Może Tommy Thayer zmotywuje jakoś Paula i Gene'a, kto wie...
Oficjalna strona zespołu: www.kissonline.com
BlackHeart styczeń 2004
|