Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

KISS - Hot In The Shade [1989]
Wydawca: Island / Mercury / PolyGram / Universal

  1. Rise To It
  2. Betrayed
  3. Hide Your Heart
  4. Prisoner Of Love
  5. Read My Body
  6. Love's A Slap In The Face
  7. Forever
  8. Silver Spoon
  9. Cadillac Dreams
  10. King Of Hearts
  11. The Street Giveth And The Street Taketh Away
  12. You Love Me To Hate You
  13. Somewhere Between Heaven And Hell
  14. Little Caesar
  15. Boomerang
Hot In The Shade

Skład: Paul Stanley - gitara rytmiczna, śpiew; Gene Simmons - gitara basowa, śpiew; Bruce Kulick - gitara prowadząca, chórki; Eric Carr - perkusja, chórki, śpiew i gitara basowa w [14]

Produkcja: Gene Simmons i Paul Stanley

Hot In The Shade zamyka dyskografię KISS z lat '80 i jest ich najbardziej nielubianą płytą zarówno przez fanów, jak i przez recenzentów. Wprawdzie nie sięgałem po nią od ponad dziesięciu lat, ale pamiętam, że kiedy usłyszałem ją po raz pierwszy, wydała mi się być całkiem niezłym wydawnictwem. A nie sięgałem po ten krążek, gdyż w ogóle rzadko kiedy sięgam po dokonania tego zespołu. Moje pierwsze spotkanie z tym albumem miało miejsce około połowy lat '90 i pozycja ta spodobała mi się choćby z tego względu, że w owym czasie nie wychodziło już zbyt wiele dobrych płyt hard rockowych, więc cenne było wszystko, co było w znacznym stopniu melodyjne.

Kiedyś niewiele się przejmowałem recenzjami innych, ale wtedy miałem masę wolnego czasu i przede wszystkim słuchałem wszystkiego, co trafiło w moje ręce, czasy się zmieniły, wolnych chwil mam mniej i dlatego posiłkuję się tym, co napisali inni na temat pewnych wydawnictw. Czytanie recenzji płyty, którą już się zna jest dość szczególne, bo można skonfrontować swoje zdanie z opinią innych słuchaczy i sprawdzić, czy się one ze sobą pokrywają. Uważam, że ten krążek przyzwoity i strawny. Bez rewelacji wprawdzie, ale wynika to z faktu, że następował po bardzo dobrym albumie Crazy Nights, to raz, a dwa, że w roku jego wydania wyszła cała masa kapitalnych płyt, z którymi było mu ciężko konkurować. Mniej tutaj przebojów, choć więcej kompozycji znajduje się w zestawie niż zazwyczaj, pozbyto się klawiszy, przez co dzieło wydaje się mniej komercyjne (co zresztą przełożyło się na sprzedaż - album pokrył się "tylko" złotem). Są jednak pewne podobieństwa do uprzedniego krążka - ponownie grupa posiłkuje się zewnętrznymi kompozytorami, nadal eksperymentuje i wynikiem tego jest chociażby fakt dopuszczenia Erica Carra za mikrofon w jednym kawałku. Rise To It rozpoczyna się od kowbojskich akustyków i można by pomysleć, ze to jakieś Poison czy Cinderella. Po chwili wchodzi głos Stanleya i dobrze zagrany rock'n'roll, nie ma na co narzekać, bo to jedna z najlepszych piosenek w karierze Całusów. Dobrze się tego słucha, kawałek jest przebojowo-rozrywkowy, do tego okraszony techniczną solówką Kulicka. Następujący po nim Betrayed z Simmonsem za mikrofonem niestety plasuje już się ze dwie lub trzy klasy niżej i nie trzyma klimatu poprzednika. Bliżej mu do utworów zespołu z lat '70, pomimo że jego brzmienie jest od nich lepsze. Najsłabiej wypadają partie perkusji, ale zakładam, że zrobiono to celowo, właśnie po to, by kawałek kojarzył się z klasykami kapeli. Hide Your Heart to hit skomponowany przez Desmonda Childa, który znaleźć się miał podobno jeszcze na wcześniejszym krążku, ale z jakiegoś powodu na niego nie trafił. Znów wielki przebój i co ciekawe, Desmondowi udało się go wcisnąć jeszcze innym wykonawcom, nie licząc tych, którzy coverowali go samodzielnie. Tak więc zagrała go jeszcze Bonnie Tyler (jej wersja odpowiada mi najbardziej) oraz bliźniacze melodie odnajdziemy w jednym z utworów Richiego Sambory na jego pierwszym solowym albumie, z tym że tam zmieniono nieco aranżacje, no i tytuł. Od rasowego hard rockowego riffu zaczyna się Prisoner Of Love, chociaż przyozdobiono go jeszcze niezbyt udanymi króciutkimi solóweczkami, coś jakby w stylu Twisted Sister (robiono tak w pierwszej połowie lat '80). Ponownie mikrofon przejmuje Simmons, lecz tym razem śpiewanie idzie mu znacznie lepiej. W sumie jedna z lepszych pozycji w zestawie. Kulick wprawdzie gra tu nieco inaczej, niż zdążył nas przyzwyczaić, ale poniżej pewnego poziomu nie schodzi. Wyśmienitym kawałkiem jest Read My Body, choć nie wiem, po co tutaj dorzucono te instrumenty perkusyjne na początku i dlaczego nie pokuszono się o większe dopieszczenie linii wokalnych. Momentami brzmią one jak jakieś rapowanie, zupełnie jakby grupa chciała podążać za Aerosmith i ich Walk This Way. Dawka rock'n'rolla, choć niezbyt oryginalna, w Love's A Snap In The Face. Piosenka się jakoś broni, niestety tego samego nie można powiedzieć o wokalach. W środku można nawet się przynudzić, panowie bowiem nie zrobili nic, by utwór nie był tak jednostajny. Słychać, że zespół chciał zrobić coś w stylu muzyki pop i wstawić to w ramy rocka, ale nie da się ukryć, inni zrobili to lepiej. Bardziej przebojowo jest w balladzie Forever i chociaż jest ona dość sztampowa, to po poprzednim numerze robi bardzo pozytywne wrażenie. Wielki plus za solówkę zagraną na gitarze akustycznej i za wzorcowo zaśpiewany refren. Brawo Stanley! Silver Spoon to kawałek prosty strukturalnie i melodycznie, szybko wpada w ucho i równie szybko z niego wypada. Jest niemal pewne, że po przesłuchaniu płyty kompletnie o nim zapomnimy, bo nie ma w nim niczego, co zapadałoby w pamięć na dłużej. Kolejne Cadillac Dreams zaopatrzone zostało w interesujący początek, dalej jego klimat zmienia się i nawiązuje w pewien sposób do muzyki z późnych lat '60, może nawet do klasyki hard rocka w stylu Led Zeppelin. Z pewnością nie jest to coś, co przykłuje moją uwagę na dłużej, więc przechodzę do następnej pzycji w zestawie. King Of Hearts ma znacznie lepszy potencjał, słychać, że tym razem muzycy mieli jakiś pomysł i jego realizacja wypada całkiem przyzwoicie. Brakuje mi tutaj silnego refrenu i w zasadzie do niczego innego przyczepić się nie mogę. Gitarowa solówka Kulicka jest poprawna, wymiatania dużo tutaj nie ma, aczkolwiek jest kilka szybszych momentów. Podejrzewam, że dokomponował on ją na poczekaniu już w studiu nagrań pro forma. Tytuł The Street Giveth And The Street Taketh Away brzmi humorystycznie, zwłaszcza jak przypomnimy sobie, że Simmons i Stanley są z pochodzenia Żydami. Z drugiej strony okładka płyty przedstawia głowę Sfinksa z Gizeh, mamy zatem ciekawą grę słów. Gdyby tak jeszcze sam utwór był równie ciekawy... Muzycznie ujdzie, wokalnie niestety dość przeciętny, muzycy proponują nam znów odgrzewanego kotleta. Desmond Child ponownie macza palce przy komponowaniu You Love Me To Hate You, lecz tym razem się nie popisuje zbytnio. Niby kawałek jest poprawny, ale odnosi się wrażenie, że coś z nim jest nie tak. Może za mało dynamiczny, może za wolny, może brakuje w nim emocji. Pomysł był niezły, wykonanie niestety nie, a do tego jeszcze idiotyczny tytuł. Lepiej wypada Somewhere Between Heaven And Hell. Pojawia się pompka na basie, a Simmons śpiewa lepiej niż poprzednio, hitu jednak nie ma się co spodziewać. Jest to zaledwie kompozycja udana, ale przeciętna, zwłaszcza jak wspomnimy przeboje, jakimi zespół raczył nas na Crazy Nights. Chętnie natomiast słucham Little Caesar, gdyż przy powstaniu numeru sporo do powiedzenia miał Eric Carr, który też w nim zaśpiewał. Ciekawy byłem, jak to wypadnie i okazuje się, że pod względem wokalnym dorównuje on bez problemu swoim kolegom, a i riffy przewodnie w kawałku są tak dobre, że całościowo jest to jedna z najlepszych pozycji w secie. Boomerang zamyka krążek i ciężko jest w nim znaleźć jakieś plusy. Sprawia wrażenie zmajstrowanego na szybko, skleconego na kolanie i odegranego bez ładu i składu, bez szczególnego troszczenia się o brzmienie. Spokojnie można było go sobie podarować... jak i połowę innych kawałków na płycie.

No właśnie, piętnaście utworów w zestawie, z czego tylko połowa prezentuje sobą jakąś wartość. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że jest to wydawnictwo składające się z wypełniaczy, z piosenek niedopracowanych, do których jakimś przypadkiem dołożono kilka przebojów. Czy warto płyty słuchać? To zależy, jak podchodzimy do tematu. Jeśli nie chcemy przegapić kilku perełek, to jak najbardziej tak, bo nie da się ukryć, że kilka kompozycji jest wartych przesłuchania. Jeśli jednak szukamy płyty-killera, to w roku wydania tego krążka ukazały się dziesiątki znacznie lepszych wydawnictw godnych uwagi. Chciałbym podkreślić wyrażenie "znacznie lepszych". Decyzję każdy musi podjąć indywidualnie, słuchamy na własną odpowiedzialność. Tyle w tym temacie.

Oficjalna strona: www.kissonline.com

Guitarrizer
czerwiec 2008