|
Skład: Paul Stanley - śpiew, gitara rytmiczna; Gene Simmons - gitara basowa, śpiew; gitara rytmiczna w [9]; Ace Frehley - gitara prowadząca (wymieniony w składzie, choć nie grał na płycie); Eric Carr - perkusja i instrumenty perkusyjne, chórki, gitara basowa w [7]
Inni muzycy: Vinnie Vincent - gitara prowadzaca w [2, 3, 6, 8, 9], chórki; Bob Kulick - gitara prowadząca w [5]; Robben Ford - gitara prowadząca w [4, 7]; Steve Farris - gitara prowadząca w [1]; Jimmy Haslip - gitara basowa w [5]
Produkcja: Michael James Jackson, Paul Stanley i Gene Simmons
Początek lat '80 był dla KISS niezbyt szczęśliwy, grupa zaczęła tracić popularność, a płyty takie jak Unmasked i Music From The Elder sprzedawały się słabo. Z jednej strony było to spowodowane zmianą stylu gry ekipy Stanleya i Simmonsa, z drugiej publiczność po prostu wreszcie odkryła dużo lepsze zespoły (ot, choćby takie Van Halen, co ciekawe, sporo zawdzięczające... Simmonsowi).
Do serii problemów dołączyły roszady personalne. Perkusista Peter Criss już właściwie nie grał na Unmasked, choć był kredytowany we wkładce; zastąpił go Eric Carr - i dobrze, bo to dużo lepszy bębniarz od Crissa. Spore nadzieje Całusy wiązały właśnie z Creatures Of The Night, albumem który miał przywrócić im wiarygodność, zresztą w pewnym sensie mu się to udało (pokrył się złotem dopiero w 1994 r.). Jednak w czasie nagrań doszło znów do roszad personalnych. Tym razem z szeregów KISS zdezerterował Ace Frehley, chociaż formalnie ze względu na kontrakt pozostawał z kolegami do grudnia 1982 r. i jego wizerunek znajduje się nawet na okładce "Creatures...", chociaż grali tam inni wioślarze - Steve Ferris, Bob Kullick i Vinnie Vincent (prawdziwe nazwisko: Vincent Cusano). Ten ostatni finalnie zastąpił Frehleya; warto wspomnieć, że w owym czasie pod uwagę brany był też i inny, mocny kandydat, sam Eddie Van Halen. Płytę otwiera całkiem niezły, bardzo klimatyczny utwór tytułowy. Za mikrofonem stoi Stanley, rolę gitarzysty prowadzącego pełni Steve Ferris, za perkusją swietnie spisuje się Carr, czego chcieć więcej?. Od razu słychać, że zespół gra ostrzej i ciężej niż na wcześniejszych krążkach. Już tutaj formacja odzyskuje swą hardrockową wiarygodność. Za umieszczonym dalej kawałkiem o tytule Saint And Sinner jakoś nigdy nie przepadałem i już chyba go nie polubię. Taki sobie riff napędowy, mało atrakcyjna reszta, no może poza solówką, która przypomina mi trochę gitary hawajskie. Simmonsowi śpiewanie też wyszło tak sobie, ale nie martwmy się, w innych kompozycjach pójdzie mu lepiej. O niebo lepszym rockerem jest Keep Me Comin' już ze Stanleyem na wokalu. Jeden z najlepszych numerów na tym wydawnictwie. Mamy tu porządny riff, energetycznie wydzierającego się Paula, dobrą gitarowa robotę, a jedyne, do czego można się przyczepić, to niezbyt dopracowane melodycznie chórki. KISS w takim wcieleniu mogę słuchać (gdzieniegdzie jakieś echa Aerosmith swoją drogą). Współkompozytorem Rock And Roll Hell jest, ciekawostka, Bryan Adams, tak, ten sam znany kanadyjski piosenkarz. Utwór trochę za mało przebojowy jak na moje wymagania, chociaż akurat na refren tu narzekać nie można. Przypomina mi on późniejsze dokonania Alice Coopera, te z drugiej połowy lat '80 i z początku '90. Potem coś żawawszego, czyli Danger. Tutaj sytuacja odwrotna, zwrotki podobają mi się bardziej od refrenów, choć to mało istotne, bo nagranie i tak się całościowo broni. Nawet napędzający ścieżkę riff w swoim czasie był bardzo oryginalny i interesujący. Nadeszła pora na prawdziego "killera". Jeden z moich ulubionych kawałków KISS z całej ich kariery - I Love It Loud. Za wyjątkiem stadionowego początku, do którego i tak już przywykłem, po prostu ten numer uwielbiam. Dużo wykrzyczanej energii w chórkach, no i sam Simmons wreszcie pokazuje, że nie zgorszy z niego gardłowy, wcale nie ustępujący Stanleyowi. Z sentymentu wskazuję tę piosenkę jako najlepszą na całym na wydawnictwie i nie dziwię się, dlaczego akurat ją wybrano do promującego krążek teledysku. Na kolejnej pozycji jedyna ballada w zestawie - I Still Love You. Jej współkompozytorem jest Vinnie Vincent, podobnie jak poprzedniego i kolejnego nagrania. Ballada na kolana chyba nie powali, przynajmniej rosłego faceta, do topowyh pościelówek z lat '80 też się nie umywa, ale da się jej słuchać. Killer to dość typowa kompozycja jak na okres jej powstania. Podbite tempo czyni ją skoczną, aczkolwiek jej przebojowość jest dyskusyjna. Podobać się może, ale przy kilku innych numerach z tej płyty wydaje się słabsza. Wolę już wolniejsze War Machine kończące album. Kawałek ma raczej mroczny klimat, stąd i wybór Simmonsa na okazyjnego wokalistę wydaje się lepszy. Stanley spisuje się lepiej w weselszych nagraniach. I koniec, raptem dziewięć utworów w zestawie, tyle że w tamtych czasach było to pewnego rodzaju standardem, co zresztą miało swoją silną zaletę - po prostu prawdopodobieństwo natrafienia na wypełniacze było mniejsze. Fanom dobrego rocka liczba 9 powinna wystarczyć.
Jak na płytę pierwszego kontaktu można chyba wydawnictwo słuchaczom polecić. Osobiście wolę ją od jakichkolwiek dokonań KISS z ich klasycznych lat '70 i pewnie narażę się zagorzałym i niereformowalnym sympatykom tej formacji, ale wręcz cieszę się z odejścia Frehleya, bo Vinniego Vincenta i Bruce'a Kulicka uważam za dużo lepszych wioślarzy. Tak czy inaczej, liczy się muzyka, a ta podoba mi się bardziej bez Ace'a.
Oficjalna strona: www.kissonline.com
Guitarrizer październik 2010
|