|
Skład: Doug Pinnick - śpiew, gitara basowa; Ty Tabor - gitara, chórki; Jerry Gaskill - perkusja, chórki
Produkcja: Arnold Lanni i King's X
King's X to grupa niezbyt w Polsce popularna, żeby nie powiedzieć mało znana, a szkoda, bo to wielki zespół. Swego czasu krytyka nazwała go "hard rockowym The Beatles" i jest w tym określeniu sporo prawdy, pod warunkiem, że weźmiemy pod uwagę wyłącznie najbardziej ambitne dokonania czwórki z Liverpoolu. King's X to wyszukane aranżacje, niebanalne melodie, wysmakowane harmonie wokalne, a przy tym mocne hard rockowe riffy, wspaniałe sola gitarowe i prosta (ale nie prostacka!) sekcja rytmiczna. Zespół ma na swoim koncie 11 płyt (w tym Best Of King's X z 1997 roku), z których każda bardzo różni się od innych pod względem muzycznym (od psychodelii, przez hard rock, po szeroko pojmowany pop-rock), zachowując przy tym niezmiennie bardzo wysoki poziom. Jako ciekawostkę podam fakt, że o King's X bardzo ciepło wypowiadają się tacy muzycy jak Paul Stanley z KISS, John Petrucci z Dream Theater, Gary Moore, czy sam Ronnie James Dio, a z polskich artystów King's X jako jednego ze swoich faworytów wymienia Jan Borysewicz. Nie przypadkiem są to prawie sami gitarzyści, bo King's X to rzetelne gitarowe granie, a Ty Tabor mógłby spokojnie stanąć w szranki z najlepszymi, choć na pierwszy "rzut ucha" nie ma w jego graniu żadnych fajerwerków. Ale tylko na pierwszy.
Płyta Ear Candy jest szóstą w dorobku zespołu i jedyną, która została dosyć chłodno przyjęta przez zachodnią krytykę. Być może dlatego, że została wydana po doskonałym pod każdym względem krążku Dogman, być może z powodu kolejnej zmiany stylu (choć do tego King's X zdążył już wszystkich przyzwyczaić), a być może z uwagi na fakt, że nie zawierała przeboju stricte komercyjnego. Na pewno nie dlatego, że jest to płyta słabsza. Śmiem twierdzić wręcz, że zawiera ona kilka utworów, będących jednymi z najlepszych w dorobku kapeli (zresztą 3 utwory z Ear Candy znalazły sie w rok później na składaku "Best Of...", co wziąwszy pod uwagę fakt, że grupa zrezygnowała z zamieszczenia na nim kilku "przebojów" powinno swiadczyć samo za siebie. Wspomniane kawałki to: The Train, Looking For Love i Life Going By). Krążek zaczyna się od The Train. Utrzymany w średnim tempie rocker z wysmakowanymi aranżami wokalnymi zapowiada, że będzie rockowo, melodyjnie i... jak zwykle nieprzewidywalnie. Przekonuje o tym już drugi numer, leniwy (Thinking And Wondering) What I'm Gonna Do, pod względem gitar nasuwający nieco skojarzenia z The Aviator Deep Purple z płyty Purpendicular (wydanej notabene w tym samym 1996 roku). Zaraz potem Sometime, świetny hard rockowy numer z ciekawym lekko przesterowanym basem i ciepłym wokalem Douga Pinnicka. Później balladowy A Box z łatwo wpadającym w ucho refrenem i zabawą wokalami pod koniec utworu. Kolejny numer, to mocny hard rock w postaci przebojowego Looking For Love. Istny miód. To jeden z kawałków, o których mówiłem na wstępie, a będzie ich jeszcze kilka. Missisipi Moon to ładnie rozkładany riff i "tęskny" refren. Smaczku dodają mocne, suche i nieco połamane bębny Jerry'ego Gaskilla. Siódmy numer na Ear Candy to 67 ze "skradającym" się riffem na zwrotce i Hendrixowską solówką Ty Tabora. Wyśmienita rzecz. A później jest już piosenka, bez której ten album nie mógłby się obyć. Cudowna lekko bluesowa ballada Lies In The Sand (The Ballad Of...), traktująca o braku akceptacji i wyobcowaniu jednostki, z rozdzierającymi duszę solówkami i piekną linią wokalną. Co ciekawe, pamiętam, że po pierwszym przesłuchaniu ten utwór wcale mnie nie zachwycił, ale już po kilku następnych stał się jednym z moich faworytów z całej kolekcji nagrań zespołu. Run, mocne gitary, mocne bębny, mocny wokal - mocna rzecz. Fathers - leniwy rocker z beatlesowskim refrenem i ascetycznymi pod względem aranżu zwrotkami. American Cheese (Jerry's Piano) nie przypadkiem znalazł się zaraz po Fathers, tę piosenkę spokojnie mogliby bowiem nagrać The Beatles ze swego najlepszego "eksperymentatorskiego" okresu. Śliczny kawałek. Picture to ciekawa pół-ballada, mnie osobiście bardzo kojarząca się z Thin Lizzy, a także z Enuff Z'Nuff z płyty "Tweaked". I wreszcie Life Going By, jeden z numerów zamieszczonych na "Best Of...". Zaczyna się trochę nerwową czystą gitarą, do której po kilku taktach dochodzą ładne rozkładane akordy a' la George Lynch i pyszne smaczki solowe w tle. A później numer już tylko rośnie. Mimo wolnego tempa, spokojnego wokalu - kolejna mocna rzecz na zakończenie tego smakowitego krążka.
Na koniec wspomnę o tekstach, które (jak na każdej płycie King's X zresztą) są klasą samą dla siebie. Choć z pozoru chaotyczne i nie do końca jasne, stanowią istną poezję, oczywiście dla ludzi taką poezją zainteresowanych. Jeżeli takimi jesteście i posłuchacie uważnie chociażby tekstu do Picture, zrozumiecie o co mi chodzi.
Oficjalna strona zespołu: www.kingsxrocks.com
Marcin Krasucki wrzesień 2004
|