Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

KING LIZARD - Viva La Decadence [2010]
Wydawca: Psycho DeVito Records

  1. Viva La Decadence
  2. Rain On You
  3. Rock N' Roll Me
  4. Hell Yeah
  5. Video Lover
  6. Kan't Kill Rock N' Roll
  7. Never Be Mine
  8. Not For Me
  9. Riot
  10. Taste The Hate
  11. Outrageous
  12. Late Nite Dynamite
Viva La Decadence

Skład: Flash Roxx Sawyer - śpiew, pianino; Niro Knox - gitara prowadząca i rytmiczna, chórki; Alice Rain - gitara basowa, chórki; Sky London - perkusja, chórki
Gościnnie: Andy Brook - otwierające solo w [7]

Produkcja: King Lizard, Andy Brook i Chris Tsangarides.

Jeszcze jedna niespodzianka z "krainy deszczowców". King Lizard, kapela z Londynu, zasłużyła sobie na miano angielskiego Mötley Crüe, przynajmniej ze względu na prezentowaną stylistykę muzyczną. O jakichś plagiatach mowy być nie może, jednak ucho od razu samo wyłapie wiele podobieństw między tymi dwoma zespołami.

Grupa powstała w 2002 r. z inicjatywy osiemnastoletniego wówczas wokalisty Flasha Roxxa, do którego po kilku zmianach składu dołączyła reszta kolegów: perkusista Sky London szybko zastąpił pierwszego bębniarza, izraelski gitarzysta Niro Knox przywędrował z formacji Skintight Jaguars, a basista Alice Rain przeprowadził się z Rzymu do Londynu, by wspomóc muzyków. Ekipa rozkręciła się na dobre od wydania debiutanckiej EP-ki o tytule Late Night Dynamite (2007 r.), potem przyszła kolej na trasy koncertowe, najpierw w roli supportu dla m. in. Blaze'a Bayleya, później po Wielkiej Brytanii już jako headliner. W tym okresie przyszły pewne sukcesy - zespół został ogłoszony "Najlepszą Niezakontraktowaną Grupą" na Bloodstock Open-Air Festival, a bilety na jego występ w klubie Underworld w Camden zostały całkowicie wyprzedane. Rok 2009 to dla chłopaków wydanie koncertowego DVD Live N Red Raw, występ w MTV i nagrywanie pełnometrażowego krążka przy pomocy producentów Chrisa Tsangaridesa (Judas Priest, Ozzy Osbourne, Thin Lizzy, Anvil) i Andy'ego Brooka. Viva La Decadence ukazało się w r. 2010 i powinno spodobać się fanom sleaze rocka, ale tego bliższego hard rockowi niż punkowi. To zresztą wyróżnia zespół spośród większości grup brytyjskich, że niby ta energia punkowa nie znika, a jednak struktury kawałków są jak najbardziej hard rockowe (podobnie jak u Jettblack. Płyta rozpoczyna się od tytułowego numeru Viva La Decadence. Wstępny riff może być mylący, bo przynajmniej mnie kojarzy się z Megadeth lub wczesną Metalliką. Dalej więcej klimatów w stylu Mötley Crüe, czy pierwszego i drugiego solowego albumu (tego z coverami) Vince'a Neila. Wokalista próbuje plasować się blisko wspomnianego Vince'a, a i brzmienie gitar daleko nie odbiega od Motleyów. Dużo tu wykrzykiwanych liryków, więc raczej mało prawdopodobne, by jakiś słuchacz usnął. Druga ścieżka, Rain On You, podoba mi się dużo bardziej. Wokalnie może i nadal "motleyowo", ale cała gitarowa robota przywodzi mi na myśl nasze rodzime Joy Machine, a ze względnie niedawno wydawanych rzeczy, solową płytę Steeviego Jaimza z 2008 r.. Fajne riffy przewodnie i bardzo miłe dla ucha wymiatanie w solówkach, zgrabna partia basu pod koniec nagrania... Jak tu nie lubić takiego kawałka? W Rock N' Roll Me rytm nabija ciężki, ale wyraźnie słyszalny bas, no i oczywiście nie brakuje wykrzykiwanych liryków, które chyba można już uznać za jedną z charakterystycznych cech stylu zespołu. Takie utwory dobrze sprawują się na koncertach. Hell Yeah to niesamowicie udane połączenie punkujących rytmów z hard rockowymi strukturami. Tutaj naprawdę nie można się nudzić, że nie wspomnę o pewnej przypadłości, która może się podczas odsłuchiwania przytrafić, mianowicie - rytmiczne tupanie nogą. Pierwsze rytmy Video Lover przypominają mi żywo pewne zagrywki nieistniejącej grupy Steel Dragon, o której opowiadał film "Rockstar" (była tam taka piosenka Stand Up And Shout zaczynająca się bliźniaczo). Dalej jednak robi się nieco bardziej "megadethowo", zakładam, że to jakieś echa po Diamond Head i tym podobnych zespołach, na których zapewne wzorowali się muzycy z obu stron oceanu. Kan't Kill Rock N' Roll jest dokładnie tym, co mamy w tytule. Szybki rock'n'rollowy numer, gdzie mamy trochę z Guns N' Roses, a trochę z The Ramones i ich słynnego I Wanna Be Sedated (tutaj bliżej chyba do bonusowego coveru Vince'a Neila z jego solowego debiutu). Piosenka bardzo przyjemna i energetyczna zarazem. W Never Be Mine znów mam skojarzenia z filmem "Rockstar" i wokalami podkładanymi tam przez Matijevica. Czyżby chłopaki z King Lizard oglądali ten film i aż tak bardzo się nim zainspirowali? Nadeszła pora na balladę i zespół serwuje Not For Me, gdzie wokalista wciela się w rolę Axla Rose'a, przez co całość bardzo przypomina Guns N' Roses (w pewnym momencie chce się nawet zaśpiewać Knockin' On Heaven's Door). Zresztą podobieństwa na głosie gardłowego się nie kończą, posłuchajcie tylko solówki, a od razu wyczujecie nawiązujące stylem gry do Slasha. Jak słychać, nawet Angole potrafią być amerykańscy. Fajnym kawałkiem jest Riot. Pianistyczny wstęp nadaje kompozycji mroku, potem od wejścia linii basu nagranie przeradza się w jakąś mieszankę pomiędzy Megadeth a Panterą. Owszem, jest ciężko i ostro, ale ja przecież kompletnie nie mam nic przeciwko temu. Lubię takie klimaty. Taste The Hate to z kolei rock'n'rollowy utwór z tzw. przytupem. Świetnie sprawdzi się na jakiejś prywatce, gdy całe towarzystwo będzie już rozruszane i zarazem będzie mieć tyle siły, by jeszcze zapogować. Przed finiszem dostajemy dodatkowo nadzwyczaj energetycznego rockera w postaci Outrageous. Też można do niego poskakać, jak by nie było rasowy rock'n'roll i choć barwa głosu wokalisty jest zupełnie inna, to ja tu słyszę nawet Elvisa Presleya. Ostatni numer w zestawie to nieco punkowy Late Nite Dynamite, czasem tylko zwalniający, ale i wtedy nie na długo. Żywiołowość ścieżki kwalifikuje ją z miejsca na murowany hit koncertowy. Seria pirotechnicznych solówek z końcówki jest w dodatku cholernie zachęcająca do ponownego przesłuchania krążka.

Kapela dostała błogosławieństwo od Nikkiego Sixxa, a kilka magazynów muzycznych uznało ją za czynnik rewitalizujący londyńską scenę rockową. Naprawdę godny uwagi kawałek sleaze rocka w jego najlepszym wydaniu i rzecz jak najbardziej polecana fanom Mötley Crüe, Guns N' Roses i... Megadeth.

Oficjalna strona zespołu: www.kinglizard.co.uk

Guitarrizer
styczeń 2011