Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

KING KOBRA - King Kobra [2011]
Wydawca: Frontiers Records

  1. Rock This House
  2. Turn Up The Good
  3. Live Forever
  4. Tear Down The Walls
  5. This Is How We Roll
  6. Midnight Woman
  7. We Got A Fever
  8. Tope Of The World
  9. You Make It Easy
  10. Cryin' Turns To Rain
  11. Screamin' For More
  12. Fade Away
King Kobra

Skład: Paul Shortino - śpiew; David Michael-Philips - gitara; Mick Sweda - gitara; Johnny Rod - gitara basowa; Carmine Appice - perkusja

Produkcja: King Kobra

King Kobra wraca na scenę. To zabrzmiało jak dobry żart, niemniej re-union ekipy Carmine'a Appice'a stał się faktem. Zespół ten został założony w 1984 roku przez wspomnianego wyżej bębniarza, związanego między innymi z takimi zespołami Vanilla Fudge czy Cactus, który bębnił także u Roda Stewarta, Ozzy'ego Osbourne'a, Michaela Angelo Batio czy wreszcie z Blue Murder. Appice uformował grupę King Kobra tuż po tym, jak opuścił on grupę Ozzy'ego Osbourne'a.

Bardzo szybko nowy zespół nagrał dwie płyty: Ready To Strike (1985) i Thrill Of A Lifetime (1986). Obydwa krążki wydała wytwórnia Capitol Records. Pewien rozgłos zyskał utwór Iron Eagle (Never Say Die), który znalazł się na ścieżce dzwiekowej do bardzo znanego i w naszym kraju "Iron Eagle". Trzeci album zatytułowany King Kobra III ukazał się dwa lata poźniej, w roku 1988. Tuż po wydaniu tej płyty Carmine Appice zdecydował się na zawieszenie działalności zespołu i dołączył w 1989 roku do grupy Blue Murder, prowadzonej przez Johna Sykesa. Na długie lata nazwa King Kobra zniknęła z muzycznego firmamentu. Po raz pierwszy panowie przypomnieli o sobie w roku 1999, kiedy to ukazała się składanka The Lost Years. I znów wszyscy myśleli, że niczego więcej ta formacja nie zaproponuje, do czasu, kiedy to w 2001 roku światło dzienne ujrzał nowy krążek, zatytułowany Hollywood Trash. I znów na długie lata zapadła cisza, bo w 2005 roku David Michael-Philips (gitarzysta) założył własny zespół Big Cock i nagrał płytę Year Of The Cock. W tym samym roku ukazała się wspominkowa płyta King Kobra Number One. Ponieważ wiosłowy na dobre zajął się własnym projektem, a pozostali muzycy odeszli do innych składów, wydawało się, że więcej nie usłyszymy o tym zespole. Tak więc sporym zaskoczeniem, także dla mnie była zapowiedż nowego LP, zatytułowanego po prostu King Kobra. Zespół wraca w niemalże oryginalnym składzie z roku 1985. Wokalistę Marka Free zastąpił wszystkim znany Paul Shortino. Drużyna w tym składzie planuje występować wiosną i latem na festiwalach. Nie da się ukryć, że to prawdziwy all-star band i nikogo chyba nie zdziwi to, co muzycy mówią o swoim najmłodszym dziecku. Zapowiedzi były obiecujące i buńczuczne. Nowy album ma być lepszy nawet od debiutanckiego Ready To Strike. I choć do premiery jeszcze daleko - Frontiers Records planuje wydać ten krążek dopiero 15 kwietnia 2011, zajrzyjmy co też ten LP w sobie kryje. Rozpoczyna się on utworem Rock This House. Jak zwykle tak zatytułowane utwory muszą być energetyczne i przebojowe. I tak właśnie jest. Radosne, hard rockowe młócenie na bardzo wysokim poziomie. A najlepszy jest tu refren. Przyznam się, że bałem się, jak wypadnie tu wiekowy już Shortino. Niepotrzebnie, bo jest w formie doskonałej. Główny riff następnego w kolejce Turn Up The Good (Times) namolnie kojarzy mi się z pewnym bardzo znanym kawałkiem ekipy Axla Rose za czasów ich świetności. Nic w tym złego, a ja aż się uśmiechnąłem. Po prostu spodobało mi się to i już. No i jeszcze mi się ta płyta nie znudziła, a to już coś. Dodajmy do tego dudniąca sekcję i wspaniale śpiewajacego Paula. Live Forever to bodaj jeden z najlepszych utworów, jakie słyszałem w tym roku. Nieco wolniejszy niż dwie torpedy otwierajace album, ale ma jedną, ważną zaletę: jest po prostu "ładny", jeśli wiecie, co chcę powiedzieć. Bardzo, ale to bardzo podoba mi się to nagranie. Czołówka roku i jedno z najlepszych na płycie. Brzęk tłuczonego szkła wita nas w Tear Down The Walls. Typowy utwór dla lat '80 ze wspaniale grajacą w tle sekcją. No cóż, pora posypać głowę popiołem i oddać honor tej starej gwardii, która, jak się wydaje, nagrała bardzo dobry album. Żadne tam odgrzewanie kotletów i skok na kasę. Zamiast tego jest wszystko to, co być powinno. A to ,co się dzieje w This Is How We Roll, to jest mistrzostwo świata. Zespół złożony z weteranów zapędza młokosów do kąta i pokazuje im jasno i wyraźnie jak się gra i kto jest "debeściakiem". W latach osiemdziesiątych kawałków z kobietą w tytule było sporo, nie mogło zabraknąć zatem takowego i na tym krążku. Midnight Woman bo o nim mowa, to nieco słabszy w gronie już odsłuchanych utworów, ale może się podobać mniej więcej w środku. Ozdobą jest także wspaniała solówka. Skoro ten LP miał być powrotem do korzeni i przebijać debiut, to przydałoby się coś z glam rocka. Proszę bardzo, mamy We Got A Fever. Nie przeszkadza w słuchaniu i odbiorze całości, ale i też specjalnie nie porywa. Dużo lepszy będzie następny w kolejce, mocny, hard rockowy i z przebojowym refrenem Top Of The World. Na pewno jedna z najlepszych ścieżek na płycie i kolejny hit. Posłuchajcie tej solówki! You Make It Easy także może się spodobać, choć szkoda, że początek nie został pociągnięty dalej. Kolejny z nieco wolniejszych utworków na tym LP. Niemniej w środku kompozycji zaczyna robić się bardzo ciekawie. To zwolnienie naprawdę może się podobać. Cryin' Turns To Rain z akustycznym wstępem ładnie się rozwija. Posłuchajcie, ile serca włożył tu w swoje partie Shortino. On lubi śpiewać takie kawałki. Reszta kolegów bardzo się postarała, dając mu świetną melodię, a on zrobił resztę. Nie bijcie, ale mam tu skojarzenie z tymi wolniejszymi utworami Aerosmith. Tu i ówdzie przemkną znajome nuty. To nie jest zarzut, wręcz przeciwnie, to ogromna zaleta tego nagrania. Koncówka płyty to znakomity rocker Screamin' For More. Super-energetyczny kawałek, o który trudno podejrzewać starszych panów. Ale jednak. Na koniec zespół prezentuje znów kolejny, "ładny" utwór zatytułowany Fade Away. Znakomite, przyjemne zakończenie płyty. Płyty trzeba przyznać - znakomitej.

Moje wątpliwości budził powrót tych panów na muzyczną scenę. Niepotrzebnie. Ci panowie mimo podeszłego wieku udowadniają, że wciąż stać ich na nagranie porządnej, nie przynoszącej wstydu płyty. Re-union i powrót bardzo udany. Wydawnictwem roku ten album nie będzie, ale z pewnością znajdzie sie w czołówce krążków roku 2011. Ja gorąco polecam. Ode mnie 9/10.

Oficjalny profil zespołu na MySpace: www.myspace.com/officialkingkobra

Vincent
marzec 2011