|
Skład: Paul Shortino - śpiew; David Michael-Philips - gitara; Mick Sweda - gitara; Johnny Rod - gitara basowa; Carmine Appice - perkusja
Produkcja: King Kobra
King Kobra wraca na scenę. To zabrzmiało jak dobry żart, niemniej re-union ekipy Carmine'a Appice'a stał się faktem. Zespół ten został założony w 1984 roku przez wspomnianego wyżej bębniarza, związanego między innymi z takimi zespołami Vanilla Fudge czy Cactus, który bębnił także u Roda Stewarta, Ozzy'ego Osbourne'a, Michaela Angelo Batio czy wreszcie z Blue Murder. Appice uformował grupę King Kobra tuż po tym, jak opuścił on grupę Ozzy'ego Osbourne'a.
Bardzo szybko nowy zespół nagrał dwie płyty: Ready To Strike (1985) i Thrill Of A Lifetime (1986). Obydwa krążki wydała wytwórnia Capitol Records. Pewien rozgłos zyskał utwór Iron Eagle (Never Say Die), który znalazł się na ścieżce dzwiekowej do bardzo znanego i w naszym kraju "Iron Eagle". Trzeci album zatytułowany King Kobra III ukazał się dwa lata poźniej, w roku 1988. Tuż po wydaniu tej płyty Carmine Appice zdecydował się na zawieszenie działalności zespołu i dołączył w 1989 roku do grupy Blue Murder, prowadzonej przez Johna Sykesa. Na długie lata nazwa King Kobra zniknęła z muzycznego firmamentu. Po raz pierwszy panowie przypomnieli o sobie w roku 1999, kiedy to ukazała się składanka The Lost Years. I znów wszyscy myśleli, że niczego więcej ta formacja nie zaproponuje, do czasu, kiedy to w 2001 roku światło dzienne ujrzał nowy krążek, zatytułowany Hollywood Trash. I znów na długie lata zapadła cisza, bo w 2005 roku David Michael-Philips (gitarzysta) założył własny zespół Big Cock i nagrał płytę Year Of The Cock. W tym samym roku ukazała się wspominkowa płyta King Kobra Number One. Ponieważ wiosłowy na dobre zajął się własnym projektem, a pozostali muzycy odeszli do innych składów, wydawało się, że więcej nie usłyszymy o tym zespole. Tak więc sporym zaskoczeniem, także dla mnie była zapowiedż nowego LP, zatytułowanego po prostu King Kobra. Zespół wraca w niemalże oryginalnym składzie z roku 1985. Wokalistę Marka Free zastąpił wszystkim znany Paul Shortino. Drużyna w tym składzie planuje występować wiosną i latem na festiwalach. Nie da się ukryć, że to prawdziwy all-star band i nikogo chyba nie zdziwi to, co muzycy mówią o swoim najmłodszym dziecku. Zapowiedzi były obiecujące i buńczuczne. Nowy album ma być lepszy nawet od debiutanckiego Ready To Strike. I choć do premiery jeszcze daleko - Frontiers Records planuje wydać ten krążek dopiero 15 kwietnia 2011, zajrzyjmy co też ten LP w sobie kryje. Rozpoczyna się on utworem Rock This House. Jak zwykle tak zatytułowane utwory muszą być energetyczne i przebojowe. I tak właśnie jest. Radosne, hard rockowe młócenie na bardzo wysokim poziomie. A najlepszy jest tu refren. Przyznam się, że bałem się, jak wypadnie tu wiekowy już Shortino. Niepotrzebnie, bo jest w formie doskonałej. Główny riff następnego w kolejce Turn Up The Good (Times) namolnie kojarzy mi się z pewnym bardzo znanym kawałkiem ekipy Axla Rose za czasów ich świetności. Nic w tym złego, a ja aż się uśmiechnąłem. Po prostu spodobało mi się to i już. No i jeszcze mi się ta płyta nie znudziła, a to już coś. Dodajmy do tego dudniąca sekcję i wspaniale śpiewajacego Paula. Live Forever to bodaj jeden z najlepszych utworów, jakie słyszałem w tym roku. Nieco wolniejszy niż dwie torpedy otwierajace album, ale ma jedną, ważną zaletę: jest po prostu "ładny", jeśli wiecie, co chcę powiedzieć. Bardzo, ale to bardzo podoba mi się to nagranie. Czołówka roku i jedno z najlepszych na płycie. Brzęk tłuczonego szkła wita nas w Tear Down The Walls. Typowy utwór dla lat '80 ze wspaniale grajacą w tle sekcją. No cóż, pora posypać głowę popiołem i oddać honor tej starej gwardii, która, jak się wydaje, nagrała bardzo dobry album. Żadne tam odgrzewanie kotletów i skok na kasę. Zamiast tego jest wszystko to, co być powinno. A to ,co się dzieje w This Is How We Roll, to jest mistrzostwo świata. Zespół złożony z weteranów zapędza młokosów do kąta i pokazuje im jasno i wyraźnie jak się gra i kto jest "debeściakiem". W latach osiemdziesiątych kawałków z kobietą w tytule było sporo, nie mogło zabraknąć zatem takowego i na tym krążku. Midnight Woman bo o nim mowa, to nieco słabszy w gronie już odsłuchanych utworów, ale może się podobać mniej więcej w środku. Ozdobą jest także wspaniała solówka. Skoro ten LP miał być powrotem do korzeni i przebijać debiut, to przydałoby się coś z glam rocka. Proszę bardzo, mamy We Got A Fever. Nie przeszkadza w słuchaniu i odbiorze całości, ale i też specjalnie nie porywa. Dużo lepszy będzie następny w kolejce, mocny, hard rockowy i z przebojowym refrenem Top Of The World. Na pewno jedna z najlepszych ścieżek na płycie i kolejny hit. Posłuchajcie tej solówki! You Make It Easy także może się spodobać, choć szkoda, że początek nie został pociągnięty dalej. Kolejny z nieco wolniejszych utworków na tym LP. Niemniej w środku kompozycji zaczyna robić się bardzo ciekawie. To zwolnienie naprawdę może się podobać. Cryin' Turns To Rain z akustycznym wstępem ładnie się rozwija. Posłuchajcie, ile serca włożył tu w swoje partie Shortino. On lubi śpiewać takie kawałki. Reszta kolegów bardzo się postarała, dając mu świetną melodię, a on zrobił resztę. Nie bijcie, ale mam tu skojarzenie z tymi wolniejszymi utworami Aerosmith. Tu i ówdzie przemkną znajome nuty. To nie jest zarzut, wręcz przeciwnie, to ogromna zaleta tego nagrania. Koncówka płyty to znakomity rocker Screamin' For More. Super-energetyczny kawałek, o który trudno podejrzewać starszych panów. Ale jednak. Na koniec zespół prezentuje znów kolejny, "ładny" utwór zatytułowany Fade Away. Znakomite, przyjemne zakończenie płyty. Płyty trzeba przyznać - znakomitej.
Moje wątpliwości budził powrót tych panów na muzyczną scenę. Niepotrzebnie. Ci panowie mimo podeszłego wieku udowadniają, że wciąż stać ich na nagranie porządnej, nie przynoszącej wstydu płyty. Re-union i powrót bardzo udany. Wydawnictwem roku ten album nie będzie, ale z pewnością znajdzie sie w czołówce krążków roku 2011. Ja gorąco polecam. Ode mnie 9/10.
Oficjalny profil zespołu na MySpace: www.myspace.com/officialkingkobra
Vincent marzec 2011
|