|
Skład: Lenny Wolf - śpiew, gitara, solówki w [6, 8]; Eric Foerster - gitara prowądzaca; Hendrik Thiesbrummel - perkusja i instrumenty perkusyjne; Frank Binke - gitara basowa
Produkcja: Lenny Wolf
Roznegliżowana panienka zagląda lupą do tuby gramofonu. Piękna okładka. Za samą obwolutę daję zespołowi najwyższą notę. Kingdom Come to zespół nagrywający od ponad 20 lat i mający
na swoim koncie kilka drobnych sukcesów, kiedy jeszcze wydawała ich wytwórnia Polydor. Można powiedzieć, że pierwsze dwie płyty do dzisiaj w pewnych kręgach uważane są za klasykę i to taką, co to nawiązuje do starego stylu Led Zeppelin miksując go z trendami, jakie panowały pod koniec lat '80 ubiegłego wieku. Lider zespołu Lenny Wolf niegdyś występował w hard rockowo AOR-owym Stone Fury, ale jego następna grupa odeszła od tego stylu. I na Magnified pokazuje oblicze nieco zbieżne z tym, które Kingdom Come pokazali na pierwszych wydawnictwach, chociaż więcej tutaj melancholii i zadumy.
Album hipnotycznymi rytmami rozpoczyna utwór Living Dynamite. Wokalnie chyba wszystkie stare zespoły korzystają z 'wspomagaczy' (co mogę po części zrozumieć, gdyż w przypadku
większosci wokalistów gardła już nie te, wiecie prochy wóda i takie tam rock and rollwe sprawy ;)). Lenny nie jest tutaj żadnym wyjątkiem, ale widać, że wyraźnie stara się pokazać dawną formę. Niech nikt tu nie liczy na jakieś wesołe, melodyjne granie, bo ten kawałek jest tajemniczy, mroczny, mocno nasączony psychodelią lat '70. Z drugiej strony keyboardowe dodatki sprawiają, że ścieżka zapada w pamięć. Następny na płycie No Murdered I Kiss ma podobny klimat. Riff konkretny, sabbathowy, a Lenny czaruje głosem. Śpiewa wysoko, ale idealnie trzyma dźwięk. Po prostu klasyczny hard rock. 24 Hours jest balladą. Piękną, jedną z najlepszych, jakie słyszałem w ostatnim czasie. Prawdziwa perełka, która może przypasować też fanom AOR-u ze względu na partie klawiszy. Bliżej też jej do tego, co Lenny Pokazał ze Stone Fury, mimo że to trochę inne granie. Rozumiejąc, że to piękna piosenka powtórzono ją na płycie, tym
razem angażując jako wspomagającą wokalistkę niejaką Jessicę. Nie wiem kto to taki i nie jestem pewien, czy chcę wiedzieć. Do 24 Hours nie pasuje babski wokal, bo robi się z tego od razu jakieś No Angels czy inne Spice Girls ;). So Unreal to powrót do hipnotycznego hard rocka. Tym razem programowo zżynka z Led Zeppelin. Niby nic szczególnego, ale specjalnie mnie ten numer nie razi. Grupa trzyma się wypracowanego przed laty schematu. W zasadzie dowolny z tych tematów widziałbym na przykład na trzecim longplayu grupy Hands Of Time (i tam też była cudna okładka ;)). When I Was You jeszcze bardziej mistyczne i wydaje mi się, że trochę za mało pomysłowe. Bo te kawałki są zbyt do siebie podobne. Over You to następna po 24 Hours ballada, tyle że w innym stylu. Mimo wszystko mi pasuje, bowiem dodaje kolorytu tej schematycznej muzyce. Sweet Killing to także spokojny numer, ale już ciężkawy. Wokale zmontowane jak u Rush na Vapor Trails, a mimo tego kompozycja jakimś ciosem między oczy nie jest. Wszystko wydaje się rozmyte do granic możliwości. Idąc po rozum do głowy Lenny nie mając specjalnie dużo pomysłów na różnorodne kompozycje, postawił na urozmaicające album ballady, bo jak mam rozumieć, że następny utwór to już trzecia ballada na krążku? Takie jest właśnie Unwritten Language. Ale muszę przyznać, że strasznie mnie ten numer wciąga. Jest po prostu ładny i przyjemnie się go słucha. W końcu dobry pomysł na refren. No prawie hit. Jeden z lepszych kawałków na płycie. W Hey Mama zgodnie z oczekiwaniami powrót do ostrzejszego grania. Staromodne riffy ciosają w wiadomym stylu i numer jest całkiem żywiołowy, co niewątpliwie potrzebne było w tym momencie krążka. Solówka też niczego sobie. Prawdziwy hard rock. Szkoda że nie ma tu więcej takich nagrań. The Machine Inside rozpoczyna się niczym jakieś disco. Takie disco 'co to para Holendrów śpiewała, że no no no limits' ;). Młodszym czytelnikom podpowiem, że był kiedyś taki megapopularny duet 2 Unlimited i mieli dyskotekowy hit numer 1, który zwał się No Limits. Ale proszę się tutaj nie oburzać, bo na szczęście te klawisze to jedyne, co kojarzy mi się z tym komercyjnym techno. Jak wchodzi riff, to mamy nie tylko hard rock, ale i bardzo przebojowe granie. Kawałek w stylu lat '80, można powiedzieć. Obok 24 Hours najbardziej zapamiętywalny utwór na Magnified. Po prostu hicior jak się patrzy. Feeding The Flame jest już spokojniejszy, taki pół balladowy. I całkiem niezły. Pod koniec krążka widać zespół rozkręcił się na bardziej strawne piosenki. A na koniec już tylko 2 bonusy, czyli ta nieszczęsna przeróbka 24 Hours i utwór Anywhere I Go, który obiektywnie rzecz
biorąc nie odstaje zbytnio od reszty, czyli generalnie może być ale nie całkiem ;).
Podsumowując Magnified należy wspomnieć, że mamy tu do czynienia z graniem na jedną modłę i to dość smętną (wyjątkiem są 24 Hours i The Machine Inside), więc fani melodyjnego hard rocka nie mają tutaj raczej czego szukać. Ale płyta może spodobać się fanom klasyki spod znaku Led Zeppelin, gdyż chyba najwięcej tutaj naleciałości klasycznie hard rockowych. No i oczywiscie fani Kingdom Come powinni czuć się usatysfakcjonowani. Mnie tam się ten album podoba, chociaż przekonałem się do niego dopiero po kilku odsłuchach.
Oficjalna strona zespołu: www.lennywolf.com
LSDisease kwiecień 2009
|